27.07.2026, 08:57 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 01.08.2026, 11:43 przez Anthony Shafiq.)
Jego ramię nie nadawało się za bardzo na poduszkę, a przynajmniej tak wydawało mu się przez większość życia. Teraz też czuł bardzo dosadnie ciężar śpiącej głowy i miał poczucie, że jego ciało nieco ścierpło, nienawykłe przecież do spędzania czasu w ten sposób. Nie zamierzał jednak odchodzić, mając pełną świadomość tego jak zmęczony musiał być Jonathan, ale też jak lekki jego sen mógł być. Oraz… jak przyjemnie było mu w myśli obracać wyznania szeptane półprzytomnym umysłem kochanka. Partnera. Miłości jego życia…
Kciukiem zataczał kręgi po skórze luźno opartej o jego udo dłoni i chyba w tym wszystkim stracił poczucie czasu. Kolacja w wydzielonym wagonie restauracyjnym miała być dopiero za godzinę, a każdy miał czas, aby na spokojnie rozpakować się i zadomowić w swoim przedziale, lub porzucić ciasne przestrzenie przedziałów na rzecz eleganckiego saloniku z barkiem i stolikami uszykowanymi pod posiłek.
Pukanie potraktował jako przynaglenie do posiłku i usłyszał je z pewnym opóźnieniem przez wzgląd na zbyt długie przebywanie w miękkiej błękitem krainie własnych myśli i marzeń oświetlonych ciepłem hiszpańskiego słońca przedwczesnej emerytury. A może powinien kupić im jakąś grecką wysepkę? Zdawało mu się, że Mona ostatnio wspominała o takich inwestycjach fantazjując jakby to było zarządzać tak małą (w umyśle Anthony'ego: ściśle wyselekcjonowaną) społecznością. Ale tak tak, ktoś pukał i już miał odpowiedzieć, że zaraz idą, gdy usłyszał szczęk klamki, odgłos, który momentalnie zacisnął jego szczękę, a czoło zrosił mokrym potem. Wolną dłonią wykonał szybki gest mający przekręcić zamek przedziału, ale było już na to za późno, a być może wytrysk adrenaliny do żył uniemożliwił mu właściwe skupienie do zarządzania magią bez różdżki.
Oto jednak stało się i w drzwiach stanął Robert, którego twarz z oczywistych wględów przybrała taki a nie inny grymas zaskoczenia.
Oh well…
Pocieszającym był fakt, że nie była to scena in flagranti. Właściwie mógł bardzo łatwo wykpić się z oczywistych wniosków, do których doszedł Crouch szczególnie, że jego kciuk delikatnie pieszczący skórę dłoni śpiącego zastygł w bezruchu. No dobrze, nie byłoby to aż tak proste, ale dalej nie niewykonalne. Czy jednak na prawdę chciał to robić? Trwali w bezruchu całą wieczność, skroploną do kilku sekund. Pierwszy odruch wypierania się i tłumaczenia jak bardzo to nie jest to, co myślał sędzia, został powstrzymany zamrożeniem, a potem… Czyż nie byli sojusznikami? Przyjaciółmi? Czyż nie pili razem na rodzinnym Mabon? Czyż nie nosili od dawna swoich sekretów, które już dawno mogłyby zaszkodzić i to znacząco ich wzajemnej pozycji? Anthony rozluźnił się i pozwolił sobie na blady uśmiech, jednocześnie chwytając Jonathana za dłoń nieco mocniej, wsuwając swoje palce między jego palce w niemym potwierdzeniu.
– Możemy chwilę spóźnić się na kolację – powiedział cicho, nie przerywając kontaktu wzrokowego, najprawdopodobniej nie mrugając wcale od pojawienia się Roberta w drzwiach –… eliksiry na chorobę lokomocyjną miały uboczne skutki – dodał, jakby to był całkowity powód zaistniałej sytuacji.
Kciukiem zataczał kręgi po skórze luźno opartej o jego udo dłoni i chyba w tym wszystkim stracił poczucie czasu. Kolacja w wydzielonym wagonie restauracyjnym miała być dopiero za godzinę, a każdy miał czas, aby na spokojnie rozpakować się i zadomowić w swoim przedziale, lub porzucić ciasne przestrzenie przedziałów na rzecz eleganckiego saloniku z barkiem i stolikami uszykowanymi pod posiłek.
Pukanie potraktował jako przynaglenie do posiłku i usłyszał je z pewnym opóźnieniem przez wzgląd na zbyt długie przebywanie w miękkiej błękitem krainie własnych myśli i marzeń oświetlonych ciepłem hiszpańskiego słońca przedwczesnej emerytury. A może powinien kupić im jakąś grecką wysepkę? Zdawało mu się, że Mona ostatnio wspominała o takich inwestycjach fantazjując jakby to było zarządzać tak małą (w umyśle Anthony'ego: ściśle wyselekcjonowaną) społecznością. Ale tak tak, ktoś pukał i już miał odpowiedzieć, że zaraz idą, gdy usłyszał szczęk klamki, odgłos, który momentalnie zacisnął jego szczękę, a czoło zrosił mokrym potem. Wolną dłonią wykonał szybki gest mający przekręcić zamek przedziału, ale było już na to za późno, a być może wytrysk adrenaliny do żył uniemożliwił mu właściwe skupienie do zarządzania magią bez różdżki.
Oto jednak stało się i w drzwiach stanął Robert, którego twarz z oczywistych wględów przybrała taki a nie inny grymas zaskoczenia.
Oh well…
Pocieszającym był fakt, że nie była to scena in flagranti. Właściwie mógł bardzo łatwo wykpić się z oczywistych wniosków, do których doszedł Crouch szczególnie, że jego kciuk delikatnie pieszczący skórę dłoni śpiącego zastygł w bezruchu. No dobrze, nie byłoby to aż tak proste, ale dalej nie niewykonalne. Czy jednak na prawdę chciał to robić? Trwali w bezruchu całą wieczność, skroploną do kilku sekund. Pierwszy odruch wypierania się i tłumaczenia jak bardzo to nie jest to, co myślał sędzia, został powstrzymany zamrożeniem, a potem… Czyż nie byli sojusznikami? Przyjaciółmi? Czyż nie pili razem na rodzinnym Mabon? Czyż nie nosili od dawna swoich sekretów, które już dawno mogłyby zaszkodzić i to znacząco ich wzajemnej pozycji? Anthony rozluźnił się i pozwolił sobie na blady uśmiech, jednocześnie chwytając Jonathana za dłoń nieco mocniej, wsuwając swoje palce między jego palce w niemym potwierdzeniu.
– Możemy chwilę spóźnić się na kolację – powiedział cicho, nie przerywając kontaktu wzrokowego, najprawdopodobniej nie mrugając wcale od pojawienia się Roberta w drzwiach –… eliksiry na chorobę lokomocyjną miały uboczne skutki – dodał, jakby to był całkowity powód zaistniałej sytuacji.
Koniec sesji