27.07.2026, 10:07 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.07.2026, 10:10 przez Anthony Shafiq.)
Anthony nie sięgnął po dokumenty od razu. Pozwolił Lazarusowi mówić, bo jego asystent robił to z tą charakterystyczną dla siebie skrupulatnością człowieka, który wierzył, że dobrze sporządzony protokół jest równie ważny jak sam towar. Była to cecha, którą szalenie w nim cenił, podobnie jak doświadczenie mężczyzny w pracy w Magicznym Urzędzie Celnym i umiejętność słuchania i mówienia między wierszami. Shafiq skupiony był jednak w tamtym momencie na gospodarzu. Nie obserwował jego twarzy, uwagę ściągały bardziej dłonie: spracowane, lekko poparzone od wieloletniej pracy z ogniem salamander, ale pozbawione nerwowości. Człowiek pewny swojej hodowli i swojej pozycji na rynku. Tacy ludzie byli wręcz stworzeni do interesów.
– Naturalnie – odparł hodowca z szerokim uśmiechem. – Każda partia jest oznaczona datą pobrania, temperaturą magazynowania i nazwiskiem alchemika nadzorującego proces. Możecie wybrać dowolne beczułki.
Anthony skinął głową z uznaniem.
– Imponujące. Nieczęsto spotyka się przedsiębiorstwo prowadzone z taką… konsekwencją. – Było to szczere. Jako szef OMSHM-u widział zbyt wielu dostawców która próbowała przede wszystkim zrobić tylko dobre pierwsze wrażenie zasłaniające wszelkie braki w prowadzonej dokumentacji, druga połowa koncentrowała się na kreatywnej księgowości, a znajdowanie luk w przepisach i zaawansowane kombinatorstwo odbijało się na samej jakości produktu. Islandczyk najwyraźniej wolał inwestować w jakość, nic dziwnego, że znalazł się na szczycie proponowanego przez Lovegooda zestawienia, na podstawie którego wybrali swojego pierwszego rozmówcę. Mogli się przyczepić, zawsze mogli się przyczepić, znaleźć lukę w luce, aneks, który został zatwierdzony przed tygodniem i nie znalazł swojego odbicia w papierach hodowcy. Anthony jednak - wbrew wszelkim pozorom - cenił sobie ludzi takich jak ich rozmówca. Gatunek na wyginięciu…
– Ég á eina spurningu sem á ekki heima í neinum opinberum skjölum. – Brzmienie jego głosu nie niosło kłującego w ucho akcentu obcokrajowca. Anthony miał pytanie bezpośrednie do hodowcy, wierzył, że jego ojczysta mowa będzie wygodniejszą przestrzenią do prowadzenia negocjacji, podprogowo informując rozmówcę, że wychodzą poza brytyjską inspekcję na teren zupełnie inny. Bliższy. Hodowca uniósł brew w zdziwieniu, ale nie powiedział nic na to. Anthony uśmiechnął się ledwie zauważalnie i kontynuował roztaczając opowieść o tym, jak według pewnego angielskiego przesądu kąpiele w krwi salamandry zapewniają utrzymanie wiecznej młodości. Pozwolił, by w kąciku ust pojawił się cień rozbawienia.
– Ég ætla ekki að dæma hjátrú ef hún borgar vel. – Kim był, by walczyć z przesądami, skoro dobrze za nie płacono? To podsumowanie rozluźniło nieco właściciela, który zabrzmiał się ze zrozumieniem.
– Þeir ríku eru alls staðar eins. – "Bogaci wszędzie są tacy sami" usłyszał Anthony we własnych uszach, czując przyjemne mrowienie nadchodzącej finalizacji tej transakcji. Nie czekał dłużej by wyłożyć swoją ofertę - jeden transport, kilka dodatkowych baryłek dla klientów, którzy woleliby pozostać niewidoczni. Było to ryzykowne, bo sami byli przecież kontrolą, która powinna pilnować przepływu dóbr. Dostęp ten jednak z oczywisty sposób korumpował. Pensja ministerialnego urzędnika była w końcu przeciętna, a każda szansa na złapanie dodatkowego grosza wydawała się jedyną słuszną drogą do wypracowania sobie słusznej emerytury. Nikt nie musiał wiedzieć, że Anthony regularnie obmywa się niekoniecznie krwią salamandry ale zgromadzonym przez siebie złotem.
Zapadła cisza. Hodowca przez kilka sekund przyglądał mu się uważnie. Nie wyglądał na zaskoczonego. Raczej oceniał, czy nie jest to rodzaj prowokacji. Czy jednak opłacałoby się tym ludziom podążać tak daleko na północ tylko po to by mu zaszkodzić?
– Það kostar. – "To kosztuje" padło krótkie, a Anthony pozwolił sobie na krótkie prychnięcie, udając obrażonego za sugestię, że nie będzie płacił. Nie zdziwił się też, gdy padła cena wyższa od rynkowej. Dyskrecja kosztowała, ale on nie zamierzał się targować.
Skinął głową na znak, że się zgadza, a Islandczyk odchylił się w fotelu i przeszedł na angielski.
– Ile?
– Dwanaście.
Na twarzy hodowcy pojawiło się szczere zdziwienie.
– Þetta eru ekki bað fyrir nokkrar auðugar ekkjur.
Anthony pozwolił sobie na pełen uśmiech.
– Í Englandi auðugar ekkjur eiga stór baðker. – "W Anglii bogate wdowy mają bardzo duże wanny." Obaj parsknęli śmiechem. Żart był wystarczająco absurdalny, by ostatecznie rozładować napięcie. Shafiq był zadowolony, transport magicznym kutrem który załatwili, powinien pomieścić towar bez najmniejszych problemów. Rzucił jeszcze okiem w stronę asystenta, który zapewne nie był zbyt zadowolony, że nie wiedział o czym rozmawiali, ale jego twarz wyrażała nienaganny spokój i wewnętrzne opanowanie. Wylot mieli dopiero jutro i Anthony chciał się teleportować do gorących źródeł sam, aby uporządkować myśli, ale postanowił zaprosić ze sobą Lovegooda. Mężczyzna zapracował sobie na kilka słów wyjaśnień bardziej niż ktokolwiek inny.
Mężczyźni uścisnęli sobie ręce i dopełnili formalności. Ani ton głosu Anthony'ego, ani nienagannie uprzejmy wyraz twarzy nie zdradzały, że przed kilkudziesięcioma sekundami wydał z własnej kieszeni sumę, za którą w Londynie można było kupić eleganckie mieszkanko na horyzontalnej. Jeśli Zakon miał przetrwać nadchodzące miesiące, potrzebował zapasów, których nie dało się wpisać do żadnego ministerialnego rejestru, a jego palił wewnętrzny ogień neofity, który szalenie chciał się wykazać. Zwłaszcza przed Jonathanem, który tak bardzo w niego wątpił.
– Naturalnie – odparł hodowca z szerokim uśmiechem. – Każda partia jest oznaczona datą pobrania, temperaturą magazynowania i nazwiskiem alchemika nadzorującego proces. Możecie wybrać dowolne beczułki.
Anthony skinął głową z uznaniem.
– Imponujące. Nieczęsto spotyka się przedsiębiorstwo prowadzone z taką… konsekwencją. – Było to szczere. Jako szef OMSHM-u widział zbyt wielu dostawców która próbowała przede wszystkim zrobić tylko dobre pierwsze wrażenie zasłaniające wszelkie braki w prowadzonej dokumentacji, druga połowa koncentrowała się na kreatywnej księgowości, a znajdowanie luk w przepisach i zaawansowane kombinatorstwo odbijało się na samej jakości produktu. Islandczyk najwyraźniej wolał inwestować w jakość, nic dziwnego, że znalazł się na szczycie proponowanego przez Lovegooda zestawienia, na podstawie którego wybrali swojego pierwszego rozmówcę. Mogli się przyczepić, zawsze mogli się przyczepić, znaleźć lukę w luce, aneks, który został zatwierdzony przed tygodniem i nie znalazł swojego odbicia w papierach hodowcy. Anthony jednak - wbrew wszelkim pozorom - cenił sobie ludzi takich jak ich rozmówca. Gatunek na wyginięciu…
– Ég á eina spurningu sem á ekki heima í neinum opinberum skjölum. – Brzmienie jego głosu nie niosło kłującego w ucho akcentu obcokrajowca. Anthony miał pytanie bezpośrednie do hodowcy, wierzył, że jego ojczysta mowa będzie wygodniejszą przestrzenią do prowadzenia negocjacji, podprogowo informując rozmówcę, że wychodzą poza brytyjską inspekcję na teren zupełnie inny. Bliższy. Hodowca uniósł brew w zdziwieniu, ale nie powiedział nic na to. Anthony uśmiechnął się ledwie zauważalnie i kontynuował roztaczając opowieść o tym, jak według pewnego angielskiego przesądu kąpiele w krwi salamandry zapewniają utrzymanie wiecznej młodości. Pozwolił, by w kąciku ust pojawił się cień rozbawienia.
– Ég ætla ekki að dæma hjátrú ef hún borgar vel. – Kim był, by walczyć z przesądami, skoro dobrze za nie płacono? To podsumowanie rozluźniło nieco właściciela, który zabrzmiał się ze zrozumieniem.
– Þeir ríku eru alls staðar eins. – "Bogaci wszędzie są tacy sami" usłyszał Anthony we własnych uszach, czując przyjemne mrowienie nadchodzącej finalizacji tej transakcji. Nie czekał dłużej by wyłożyć swoją ofertę - jeden transport, kilka dodatkowych baryłek dla klientów, którzy woleliby pozostać niewidoczni. Było to ryzykowne, bo sami byli przecież kontrolą, która powinna pilnować przepływu dóbr. Dostęp ten jednak z oczywisty sposób korumpował. Pensja ministerialnego urzędnika była w końcu przeciętna, a każda szansa na złapanie dodatkowego grosza wydawała się jedyną słuszną drogą do wypracowania sobie słusznej emerytury. Nikt nie musiał wiedzieć, że Anthony regularnie obmywa się niekoniecznie krwią salamandry ale zgromadzonym przez siebie złotem.
Zapadła cisza. Hodowca przez kilka sekund przyglądał mu się uważnie. Nie wyglądał na zaskoczonego. Raczej oceniał, czy nie jest to rodzaj prowokacji. Czy jednak opłacałoby się tym ludziom podążać tak daleko na północ tylko po to by mu zaszkodzić?
– Það kostar. – "To kosztuje" padło krótkie, a Anthony pozwolił sobie na krótkie prychnięcie, udając obrażonego za sugestię, że nie będzie płacił. Nie zdziwił się też, gdy padła cena wyższa od rynkowej. Dyskrecja kosztowała, ale on nie zamierzał się targować.
Skinął głową na znak, że się zgadza, a Islandczyk odchylił się w fotelu i przeszedł na angielski.
– Ile?
– Dwanaście.
Na twarzy hodowcy pojawiło się szczere zdziwienie.
– Þetta eru ekki bað fyrir nokkrar auðugar ekkjur.
Anthony pozwolił sobie na pełen uśmiech.
– Í Englandi auðugar ekkjur eiga stór baðker. – "W Anglii bogate wdowy mają bardzo duże wanny." Obaj parsknęli śmiechem. Żart był wystarczająco absurdalny, by ostatecznie rozładować napięcie. Shafiq był zadowolony, transport magicznym kutrem który załatwili, powinien pomieścić towar bez najmniejszych problemów. Rzucił jeszcze okiem w stronę asystenta, który zapewne nie był zbyt zadowolony, że nie wiedział o czym rozmawiali, ale jego twarz wyrażała nienaganny spokój i wewnętrzne opanowanie. Wylot mieli dopiero jutro i Anthony chciał się teleportować do gorących źródeł sam, aby uporządkować myśli, ale postanowił zaprosić ze sobą Lovegooda. Mężczyzna zapracował sobie na kilka słów wyjaśnień bardziej niż ktokolwiek inny.
Mężczyźni uścisnęli sobie ręce i dopełnili formalności. Ani ton głosu Anthony'ego, ani nienagannie uprzejmy wyraz twarzy nie zdradzały, że przed kilkudziesięcioma sekundami wydał z własnej kieszeni sumę, za którą w Londynie można było kupić eleganckie mieszkanko na horyzontalnej. Jeśli Zakon miał przetrwać nadchodzące miesiące, potrzebował zapasów, których nie dało się wpisać do żadnego ministerialnego rejestru, a jego palił wewnętrzny ogień neofity, który szalenie chciał się wykazać. Zwłaszcza przed Jonathanem, który tak bardzo w niego wątpił.
Korzystam z przewag: Wieża Babel 0, Bogacz II oraz konsekwencji Wiedzy o Przyrodzie ○○○○○ przez co Anthony nie wie w sumie ile tej krwi jest potrzebne, więc zamawia jej Bardzo Dużo
Koniec sesji