27.07.2026, 15:55 ✶
– Ja niekoniecznie, a jednak posiadanie ojca artysty nauczyło mnie tego i owego – odpowiedział grzecznie. Nie był dyletantem, o nie, ale wiedział, że ani płótno, ani tworzywo zupełnie go nie słuchały. Jednak to ciało stanowiło dla niego materiał dla sztuki. Jakkolwiek makabrycznie by to nie brzmiało, zmiany własnego wyglądu, modelowanie rysów twarzy, sylwetki, ale i wykonywanie operacji chirurgicznych, wszystko to wymagało wrażliwości na piękno godnej prawdziwego rzeźbiarza. Po prostu materia nie mogła być martwa.
Pytanie Ophelii Black, tak spokojnie zadane, zbiło go z tropu. Wiedział, że spłodzenie potomka lub potomkini było jego obowiązkiem. A jednak on miał w tym wypadku o wiele łatwiejsze zadanie. Wręcz ordynarnie proste, niewymagające nic poza zwykłą reakcją ciała. Czy był jednak gotów, by z ciałem Lydii, tak krucho wyglądającym, uczynić coś tak diametralnie transformującego? Wiedział przecież jak przebiegały ciąże, ile zmian czyniły w kobiecym ciele. Jaką krzywdę mogły wyrządzić. Posłał spojrzenie Lydii. Pierwsze prawdziwie szczere. Przepraszające.
– Oczywiście, pani Black. Aczkolwiek nie należy wyprzedzać faktów, bowiem zagadnienie rodzicielstwa, w szanującej się rodzinie pojawia się dopiero po ślubie – rzekł spokojnie. – Aby jednak uciąć wszystkie wątpliwości i udowodnić, że bynmajmniej nie unikam tematu, mogę powiedzieć, że oczywiście nie mam problemów z płodnością. A i mademoiselle Lydii, w każdym przypadku będę w stanie zapewnić odpowiednią opiekę medyczną. I każdą inną. Jak pewnie panie wiedzą, ojciec przekazał mi sporą posiadłość pod Cork. Jest to przepiękna okolica. A jeśli mademoiselle to zainteresuje, nieopodal znajdują się miejsca kultu, wielkie kamienne kręgi ukryte w lesie. Pamiętają o nich jedynie miejscowi. Gdyby panienka chciała, moglibyśmy wybrać się tam kiedyś na spacer.
Bez matki – mówiło jego spojrzenie skoncentrowane jedynie na młodszej z kobiet. Nie chodziło o nic zdrożnego, a o pozbycie się na chwilę towarzystwa kobiety, która – jak łatwo było zauważyć, również po niciach – do córki nie żywiła krzty szacunku.
Pytanie Ophelii Black, tak spokojnie zadane, zbiło go z tropu. Wiedział, że spłodzenie potomka lub potomkini było jego obowiązkiem. A jednak on miał w tym wypadku o wiele łatwiejsze zadanie. Wręcz ordynarnie proste, niewymagające nic poza zwykłą reakcją ciała. Czy był jednak gotów, by z ciałem Lydii, tak krucho wyglądającym, uczynić coś tak diametralnie transformującego? Wiedział przecież jak przebiegały ciąże, ile zmian czyniły w kobiecym ciele. Jaką krzywdę mogły wyrządzić. Posłał spojrzenie Lydii. Pierwsze prawdziwie szczere. Przepraszające.
– Oczywiście, pani Black. Aczkolwiek nie należy wyprzedzać faktów, bowiem zagadnienie rodzicielstwa, w szanującej się rodzinie pojawia się dopiero po ślubie – rzekł spokojnie. – Aby jednak uciąć wszystkie wątpliwości i udowodnić, że bynmajmniej nie unikam tematu, mogę powiedzieć, że oczywiście nie mam problemów z płodnością. A i mademoiselle Lydii, w każdym przypadku będę w stanie zapewnić odpowiednią opiekę medyczną. I każdą inną. Jak pewnie panie wiedzą, ojciec przekazał mi sporą posiadłość pod Cork. Jest to przepiękna okolica. A jeśli mademoiselle to zainteresuje, nieopodal znajdują się miejsca kultu, wielkie kamienne kręgi ukryte w lesie. Pamiętają o nich jedynie miejscowi. Gdyby panienka chciała, moglibyśmy wybrać się tam kiedyś na spacer.
Bez matki – mówiło jego spojrzenie skoncentrowane jedynie na młodszej z kobiet. Nie chodziło o nic zdrożnego, a o pozbycie się na chwilę towarzystwa kobiety, która – jak łatwo było zauważyć, również po niciach – do córki nie żywiła krzty szacunku.
Monsieur sans visage
Et quand le soir viendra, l'air sera doux
Qui se jouera, caressant, dans vos voiles,
Et les regards paisibles des étoiles
Bienveillamment souriront aux époux.
Et quand le soir viendra, l'air sera doux
Qui se jouera, caressant, dans vos voiles,
Et les regards paisibles des étoiles
Bienveillamment souriront aux époux.