27.07.2026, 18:00 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.07.2026, 18:04 przez Gabriel Montbel.)
Nie zamierzał wypierdalać, trudno, Gabriel postanowił po tym zdaniu, że będzie go ignorował i najwyżej sam się stąd wyczołga za dwa momenty, a Delakurce zostawi do posprzątania swój bałagan nie pierwszy raz. Kolejne słowa przeszły w płynny bełkot (i kto tu niby był pijany!), ale nie dał się sprowokować, nawet przy tym pierdoleniu o znajomości trwającej wiele lat. Przedstawienie. Dobre sobie. Ile właściwie się znali tak na prawdę dla przyjętej wartości i definicji tego sformuowania? Znać dobrze to on się mógł z Jonathanem a i tak to jakby nie znać się wcale, patrząc jak żałośnie skończył przez tę znajomość mógł się znać z dyrektorem francuskiej akademii uzdrowicieli, bo ten jeszcze jak był podlotkiem z mlekiem pod nosem namówił go na sformalizowanie magipsychiatrycznego wykształcenia. Z wampirami to nigdy nic nie było wiadomo. Bo rzeczywiście ich "znajomość" sięgała XVIII wieku i co z tego, skoro potem ponad sto lat Gabriel przesiedział w zamknięciu PRZEZ Gustawa właśnie (z pominięciem przeklętego posągu, naruszania wielu, wielu, wielu praw za które powinni go wystawić na słońce, a nie zakładać możliwość resocjalizacji). Dla wielu kara którą dostał Gabriel była gorsza od śmierci. Przeżył, ale jakim kosztem. Oczywiście, zapewne gdyby umarł byłby bardziej zdenerwowany, ale to zdenerwowanie trwałoby tylko przez chwilę. Ale nawet to nie wyprowadziło go z równowagi, wolał patrzeć w sufit niż na iskrzącą się skórę tego chodzącego trupa w bieli.
A potem Gustaw powiedział coś o pijanym detektywie i oczęta Gabriela zaszły czerwoną mgłą, a obżarł się całkiem niedawno i trudno, Bardzo Trudno było mu nie zauważyć tejże czerwieni.
pijany
detektyw
Skąd ten bladolicy kurw o tym wiedział!? Myśli pobiegła chyżo ciągiem bardzo szybkich kojarzeń, które jak w kalejdoskopie przechodziły jedno w drugie. Owszem, Montbel pomagał Lucy, owszem kilka razy pojawił się u jej boku przez ten miesiąc, no chociażby wczoraj gdzie prawie później prawie… prawie złapał ją za głowę, prawie przyciągnął do siebie i prawie, PRAWIE dowiedział się jak słodkie są jej usta. Ale skąd ON o tym wiedział?! Wniosek był jeden (oczywiście) i przez moment w tym wewnętrznym amoku pozbawionym najmniejszego ruchu, Gabriel przypomniał sobie wyrywek z rozprawy, gdzie padł wyrok. Szarpał się i krzyczał, wrzeszczał, wyrywał ale z Gustawem ktoś był, ktoś był na pewno i była to istota, druga istota przez którą to wszystko się tak skończyło. Wspomnienie - prawdziwe bądź jak najbardziej zmyślone chwilą - zapiekło go do żywego, a zbyt bujna wyobraźnia rozhulała się na dobre, przedstawiając cały montaż bardzo romantycznych scen z Paryża i okolic w których zarówno adwokat, jak i drobna czarnowłosa angielka spędzili stanowczo zbyt wiele zbyt upojnych chwil.
Siekło go. Siekło go i to bardzo.
Jego położenie było zaiste niekorzystne.
Bezruch zamienił się w ruch - szybki i gwałtowny. Gabriel podciął Gustawa, sprowadzając go do parteru, a ten nim zdążył zareagować, to już okrwawiony rozchełstany wampir wspinał się na niego, rechocząc pijacko, pozwalając ślinie i krwi kapać z niego jak wysyconemu zazdrością jadowi własnej duszy. Wspinał się po nim znacząc go rwawymi dłońmi, ocierając się brudem minionej kolacji.
– Czyje teraz położenie jest niekorzystne lalusiu? – To było oczywiste, że Lucienne Rosewood wolałaby kogoś takiego jak leżący pod nim adwokacina. Był szarmancki, wspaniale wychowany i opanowany, był po prostu piękny, w ujmujący sposób sprawiający, że trudno było o nim zapomnieć. Na pewno godzinami rozmawiali o książkach i prawie. Kto wie, może to właśnie ON namówił JĄ do założenia agencji detektywistycznej. Może ze sobą wielokrotnie współpracowali, utrzymując kontakt nawet po tym, gdy ich romans wygasł. Może ich romans nie wygasł.
Miał ochotę go udusić.
Zamiast tego mocno przycisnął go do ziemi, odsłoniętymi kłami rozdzierając żyły na swoich rękach. Skażona alkoholem posoka zaczęła kapać na wyglancowaną porcelanową twarz i Montbel z żalem odkrył, że nie wypala w niej dziur.
– No dalej, chciałeś zostaś na kolacji… – cedził przez zaciśnięte zęby, siedząc na nim okrakiem i kapiąc na niego przefiltrowaną przez swoje ciało krwią, wciąż przyciskając go drugą ręką do ziemi.
A potem Gustaw powiedział coś o pijanym detektywie i oczęta Gabriela zaszły czerwoną mgłą, a obżarł się całkiem niedawno i trudno, Bardzo Trudno było mu nie zauważyć tejże czerwieni.
pijany
detektyw
Skąd ten bladolicy kurw o tym wiedział!? Myśli pobiegła chyżo ciągiem bardzo szybkich kojarzeń, które jak w kalejdoskopie przechodziły jedno w drugie. Owszem, Montbel pomagał Lucy, owszem kilka razy pojawił się u jej boku przez ten miesiąc, no chociażby wczoraj gdzie prawie później prawie… prawie złapał ją za głowę, prawie przyciągnął do siebie i prawie, PRAWIE dowiedział się jak słodkie są jej usta. Ale skąd ON o tym wiedział?! Wniosek był jeden (oczywiście) i przez moment w tym wewnętrznym amoku pozbawionym najmniejszego ruchu, Gabriel przypomniał sobie wyrywek z rozprawy, gdzie padł wyrok. Szarpał się i krzyczał, wrzeszczał, wyrywał ale z Gustawem ktoś był, ktoś był na pewno i była to istota, druga istota przez którą to wszystko się tak skończyło. Wspomnienie - prawdziwe bądź jak najbardziej zmyślone chwilą - zapiekło go do żywego, a zbyt bujna wyobraźnia rozhulała się na dobre, przedstawiając cały montaż bardzo romantycznych scen z Paryża i okolic w których zarówno adwokat, jak i drobna czarnowłosa angielka spędzili stanowczo zbyt wiele zbyt upojnych chwil.
Siekło go. Siekło go i to bardzo.
Jego położenie było zaiste niekorzystne.
Bezruch zamienił się w ruch - szybki i gwałtowny. Gabriel podciął Gustawa, sprowadzając go do parteru, a ten nim zdążył zareagować, to już okrwawiony rozchełstany wampir wspinał się na niego, rechocząc pijacko, pozwalając ślinie i krwi kapać z niego jak wysyconemu zazdrością jadowi własnej duszy. Wspinał się po nim znacząc go rwawymi dłońmi, ocierając się brudem minionej kolacji.
– Czyje teraz położenie jest niekorzystne lalusiu? – To było oczywiste, że Lucienne Rosewood wolałaby kogoś takiego jak leżący pod nim adwokacina. Był szarmancki, wspaniale wychowany i opanowany, był po prostu piękny, w ujmujący sposób sprawiający, że trudno było o nim zapomnieć. Na pewno godzinami rozmawiali o książkach i prawie. Kto wie, może to właśnie ON namówił JĄ do założenia agencji detektywistycznej. Może ze sobą wielokrotnie współpracowali, utrzymując kontakt nawet po tym, gdy ich romans wygasł. Może ich romans nie wygasł.
Miał ochotę go udusić.
Zamiast tego mocno przycisnął go do ziemi, odsłoniętymi kłami rozdzierając żyły na swoich rękach. Skażona alkoholem posoka zaczęła kapać na wyglancowaną porcelanową twarz i Montbel z żalem odkrył, że nie wypala w niej dziur.
– No dalej, chciałeś zostaś na kolacji… – cedził przez zaciśnięte zęby, siedząc na nim okrakiem i kapiąc na niego przefiltrowaną przez swoje ciało krwią, wciąż przyciskając go drugą ręką do ziemi.