28.07.2026, 19:50 ✶
Lydia siedziała nieruchomo przez całą wymianę zdań pomiędzy matką a mężczyzną. Córka rodu. Przyszła żona. Ozdoba nazwiska, które istniało już długo przed nią i miało przetrwać długo po tym, gdy jej własny głos kiedyś ucichnie. Przez moment nie potrafiła odczytać jego spojrzenia, kiedy powróciło ku niej. Nie była pewna, czy widziała w nim troskę. W związku z tym, słuchała jednym uchem, jak mówił o obowiązkach, przyszłości.
Pomyślała o krukach ze swoich snów. Czy brak cienia oznaczał przekleństwo? Czy istota pozbawiona tego ciężaru należała jeszcze do świata, który ją stworzył?
Poczuła ukłucie irytacji, gdy temat płodności znów powrócił. Ophelia natomiast zdawała się być w pełni usatysfakcjonowana odpowiedzią. Przyszłość kobiety zawsze mierzono liczbą dzieci, które miała wydać na świat. Do podobnych uwag ze strony matki zdążyła już przywyknąć, jednak wypowiedziane przez Émile’a zabrzmiały inaczej.
Być może dlatego, że był uzdrowicielem i dla niego były to jedynie słowa należące do języka nauki — pozbawione romantycznych uniesień, a jednocześnie pozbawione intencji, którą Lydia odruchowo próbowała w nich odnaleźć.
Ta myśl nie przyniosła jej całkowitego spokoju. Po chwili zrozumiała.
Och. Czy właśnie dlatego na nią spojrzał?
— Chętnie zobaczyłabym je kiedyś na własne oczy — odpowiedziała, kiedy nagła odrobina prawdziwego zainteresowania prześlizgnęła się przez żelazną kurtynę konwenansu. Jednocześnie było to słowa najbliższe prośbie, na jaką mogła sobie pozwolić. Matko, czy to wystarczy?, pomyślała.
— Zobaczymy, co powie na to Corvus, ale wstępnie nie widzę przeszkód.
Matka była pierwszym bóstwem, przed którym kobieta nauczyła się klękać. Mówiono, że te były pierwszym domem człowieka, pierwszym głosem, światłem, pod którym dziecko uczyło się istnieć, ale nie wszystkie boginie były łaskawe. Niektóre wymagały ofiar, a jeszcze inne żądały posłuszeństwa.
Ophelia Black była właśnie takim bóstwem. Jeżeli kochała, czyniła to w języku obowiązku tak surowym, że z czasem niemożliwym stało się odróżnienie troski od okrucieństwa. Lydia dawno przestała pragnąć jej zachwytu. Wystarczało jej, że nie zasługiwała na rozczarowanie.
Pomyślała o krukach ze swoich snów. Czy brak cienia oznaczał przekleństwo? Czy istota pozbawiona tego ciężaru należała jeszcze do świata, który ją stworzył?
Poczuła ukłucie irytacji, gdy temat płodności znów powrócił. Ophelia natomiast zdawała się być w pełni usatysfakcjonowana odpowiedzią. Przyszłość kobiety zawsze mierzono liczbą dzieci, które miała wydać na świat. Do podobnych uwag ze strony matki zdążyła już przywyknąć, jednak wypowiedziane przez Émile’a zabrzmiały inaczej.
Być może dlatego, że był uzdrowicielem i dla niego były to jedynie słowa należące do języka nauki — pozbawione romantycznych uniesień, a jednocześnie pozbawione intencji, którą Lydia odruchowo próbowała w nich odnaleźć.
Ta myśl nie przyniosła jej całkowitego spokoju. Po chwili zrozumiała.
Och. Czy właśnie dlatego na nią spojrzał?
— Chętnie zobaczyłabym je kiedyś na własne oczy — odpowiedziała, kiedy nagła odrobina prawdziwego zainteresowania prześlizgnęła się przez żelazną kurtynę konwenansu. Jednocześnie było to słowa najbliższe prośbie, na jaką mogła sobie pozwolić. Matko, czy to wystarczy?, pomyślała.
— Zobaczymy, co powie na to Corvus, ale wstępnie nie widzę przeszkód.
Matka była pierwszym bóstwem, przed którym kobieta nauczyła się klękać. Mówiono, że te były pierwszym domem człowieka, pierwszym głosem, światłem, pod którym dziecko uczyło się istnieć, ale nie wszystkie boginie były łaskawe. Niektóre wymagały ofiar, a jeszcze inne żądały posłuszeństwa.
Ophelia Black była właśnie takim bóstwem. Jeżeli kochała, czyniła to w języku obowiązku tak surowym, że z czasem niemożliwym stało się odróżnienie troski od okrucieństwa. Lydia dawno przestała pragnąć jej zachwytu. Wystarczało jej, że nie zasługiwała na rozczarowanie.
Je t'aime, je te hais
Mais ma meilleure ennemie, c'est toi
Fuis-moi, le pire, c'est toi et moi
Mais ma meilleure ennemie, c'est toi
Fuis-moi, le pire, c'est toi et moi