Leviathan zawsze lubił problemy. Co prawda może nie te, które przytrafiały się jemu samemu, ale pochylanie się nad logicznymi zagadkami i badanie gruntu, wydawały mu się całkiem ciekawą rozgrywką. Momenty, kiedy można było odkrywać, wykładać podwaliny pod jakieś naukowe rozprawki… wydawał się w nich faktycznie odkrywać faktyczny sens ludzkiej istoty. Siedział więc z Astorią i mimowolnie uśmiechał się lekko, kiedy błądził myślami po kolejnych zagadnieniach, które mogły być elementem układanej przez nich układanki, ale też śledził z zainteresowaniem to, jak i jej umysł przeskakuje dalej i dalej, szukając rozwiązań.
— Borgin&Burkes — podsunął jej wreszcie, kiedy zaczęła mówić o ewentualnych trudnościach w zdobyciu takowej i dokumentacjach. — Podobno mają tam pełno przeróżnych rzeczy w tym swoim sklepiku. Może mają dostęp do jakichś szafek zniknięć, a jeśli nie to, to może posiadają dokumentację, która by cię interesowała — wzruszył ramionami, bo nawet jeśli nie był to pewien traf, to zawsze było to jakiś trop, a to już było jego zdaniem coś. On nie zamierzał się tym przejmować, głównie dlatego że nie zamierzał postawać na Nokturnie. Brzydziło go to miejsce do granic możliwości.
— A co z framugą? — odchylił się nieco na siedzisku, rozpierając na oparciu i bębniąc palcami o podłokietnik w zastanowieniu. — Jest z reguły drewniana, prawda? A w drewnie o wiele łatwiej jest wyryć runy, które mogą utrwalić magiczne działanie — myślał dalej, spojrzenie utkwiwszy w smoczoogniku, jakby ten miał zostać idealnym wręcz źródłem inspiracji. — Wiem, że nie zajmujesz się obróbką drewna, ani runami, ale może dałoby się kogoś takiego znaleźć. Chyba nawet u Burke ktoś taki pracuje… — pewnie było ich tam na pęczki, bo spodziewał się że rodzinnie mogli mieć pod ręką kogoś, kto byłby w stanie naprawiać ich te wszystkie amuleciki i ręki glorii, ale w tym momencie chodził mu po głowie Caius, którego Astoria równie dobrze mogła kojarzyć ze szkoły. — W każdym razie, nie jestem specjalistą. Ale pomysły zawsze mogę ci rzucić — uśmiechnął się wreszcie nieco wyraźniej, jakby przestał już błądzić myślami po domniemanych szafkach czy obrazach i skupił się na tu i teraz.
— Najlepiej dać mu teraz spokój. Vulcor jest bardzo mądrym smoczognikiem, ale jeszcze zanadto zainteresuje się tym jajkiem — konsekwencje pozostawił w domyśle. Przyklepał dłonią mech i oddał jej pudełeczko. — Kiedy się wykluje, najlepiej umieścić go w klatce i niech na spokojnie dorasta. Za towarzystwo zawsze może mieć inną sowę, jeśli boisz się że będzie czuć się samotnie — uśmiechnął się do niej delikatnie. — Nic nie szkodzi. Z chęcią bym się napił. Możemy wyjść z Vulcorem do ogrodów, żeby zobaczyć jak będzie się zachowywał na świeżym powietrzu. Co ty na to?
Go on, stick your bloody head in the jaws of the beast