Och, Helloise może i sprawiała wrażenie szalonej, ale według Guinevere, było to tylko wrażenie. Może i miała bardzo niekonwencjonalne podejście do wielu rzeczy, ale wariatka nie byłaby w stanie warzyć tych wszystkich eliksirów (bo choć Ginny nie była w tym biegła, to przecież uczyła się tego w szkole i doskonale wiedziała, jak w tej sztuce ważna była precyzja). Daleko jej było do sztywnej damulki w tych przyciężkawych, drogich kreacjach, dygających jak nakazują te wszystkie stare zasady, których zresztą było tyle, że kto by to wszystko pamiętał; nie popisywała się niczym, bo nie musiała niczego nikomu udowadniać. I to w niej lubiła (bo Ginny owszem, przyjaźniła się z Anthonym Shafiqiem, ale był to bodaj wyjątek od reguły, zdecydowanie lepiej czuła się w towarzystwie nieco mniej… okrzesanych typów).
– Widzisz to na jawie, czy w śnie? – zapytała, zastanawiając się nad słowami Helki. O tak, wierzyła jej, miała wszelkie powody sądzić, że to nie jest żadna zbiorowa halucynacja. Rzecz tyczyła się tego, w jaki sposób się wróżyło: dotyczyło to danej, konkretnej osoby i nie spoglądało się w głowę tego czarodzieja, oklumencja nie była więc w stanie zablokować postawienia wróżby, ani nie patrzyło się też na innych, to nie było jasnowidzenie, a wskazówki, drogowskazy… więc tym dziwniejsze, że Coś, przez wielkie C, zdołało się przez to wszystko przebić. – Chyba nie? Jestem trochę skołowana, ale to nie było standardowe wróżenie, więc pewnie mam prawo – bo czy faktycznie coś jej było? Teoretycznie nie powinno, wizja była dziwaczna i akurat tego typu jej się nie zdarzyła, ale miała już na koncie odczyt dziwacznych… obrazów. Nie miała bladego pojęcia, że ten byt coś w niej przestawił, żeby nie była w stanie już na niego “zerknąć”.
Wychodząc, zabrała jeszcze swój notes, w którym zwyczajowo rysowała i ołówek, i poprowadziła je na parter do kuchni, w której ciągle krzątała się babcia Ginny, a na widok dwóch czarownic uśmiechnęła się ciepło.
- Helloise, dobrze cię widzieć, słoneczko - przywitała się i wycelowała różdżką w kilka naczyń, które zatańczyły, chowając się do szafek na swoje miejsce. - Dziewczynki, zrobić wam coś do picia? A może chcecie po ciastku? - żadna z nich nie była już od dawna dziewczynką, ale starszej czarownicy kompletnie to nie przeszkadzało.
– Herbatę? I właściwie to przyszłyśmy na tartę – przyznała, siadając przy sporym okrągłym stole, który znajdował się na środku kuchni, z jednej strony bliżej okna. Niemalże od razu otworzyła swój notes, przekartkowała go i zapatrzyła się na Helloise. – Myślałam ciągle o tym, co mówiłaś. Może faktycznie chce cię stamtąd wyrzucić? – tylko dlaczego? Stare rytuały i dawne rzeczy pokrywały się z odczuciem Ginny, które miała po tej dziwnej wizji. Halsey nuciła sobie pod nosem, gdy zagotowywała dla nich wodę i kroiła ciasto, potem nawet zagaiła Helloise, pytając jak się ma, sama mówiła coś o którymś ze zwierzaków, a chwilę później zostawiła je same. W tym czasie z kolei Guinevere szkicowała – szybko i może nie były to dzieła sztuki, ale według niej wystarczające, by jakoś ukazać Helli to, co sama widziała jeszcze kilkanaście minut temu. Jedno z nich przedstawiało stare, wielkie drzewo na wzgórzu, szyszki, które się po nim toczyły, liście opadłe na ziemię z innych drzew, nieco w oddali, ale nie wokół tego jednego – to była jesień, która widziała. Wyrwała kartkę z notesu i podała ją Rowle, i zabrała się do drugiego szkicu. To było to samo drzewo ale jakby nieco bliżej, pusty pień i cień czający się wewnątrz. Trzeci rysunek przedstawiał dłoń i oskarżycielski wyciągnięty, zakrzywiony, zwyrodniały, sękaty wręcz, palec zakończony długim, ostrym paznokciem.
– Jestem przekonana, że to drzewo jest puste w środku i coś się w nim czai… miałam wrażenie że mnie stamtąd obserwuje – powiedziała, podając blondynce ostatni rysunek.