30.07.2026, 13:37 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 30.07.2026, 13:49 przez Millie Moody.)
5.10 okolice podwieczorku
okolice domu Szeptuchy, a potem (jak raszpla pozwoli) wewnątrz wspomnianego domku
okolice domu Szeptuchy, a potem (jak raszpla pozwoli) wewnątrz wspomnianego domku
– Dobra, ustalmy fakty. To był pojebany pomysł wysranego przez śpiączkę umysłu. – Moody nienawidziła Little Hangleton, nienawidziła lasu i nienawidziła starej kurwy do której właśnie sobie wędrowali przez las. Z tego całego równania wybijała się mocno jej miłość do kuzyna, którego teraz mocno ściskała za rękę, korzystając z faktu, ze nikt nie patrzy. Oczywiście nie bała się, bo jej zepsute ciało nie wiedziało co to jest strach. Nie. Kłębił się w niej gniew przed tym co mogło się okazać wewnątrz czterech zapyziałych ścian i gdyby nie obecność Peregrinusa, pewnie zawróciłaby już pół godziny temu. BA! W ogóle by się tu nie teleportowała, kładąc uszy po sobie i ignorując obmyślany od miesiąca plan spotkania z Szeptuchą, starą zdziwaczałą wiedzmą, która krążyła satelitą wokół rodu Trelawney od zawsze.
– Wiesz, że cały czas nie mogę sobie przypomnieć? – dodała przez zaciśnięte zęby, idąc ze swoim krewniakiem dalej przez las, licząc na to, że ich podwójna krew Trelawney'owska zagwarantuje im przejście do chatki. Albo, że jak sama będzie mieć za zębami tylko przekleństwa, to Peregrinus będzie mógł mówić w jej imieniu. Albo że powstrzyma ją, jak rzuci się z pięściami na złośliwą kurwę. – Wtedy, jak mama umarła… była na pogrzebie i powiedziała mi coś… ale nie wiem, nie umiem sobie przypomnieć. Nawet w snach, widzę tylko ten jej głupi ryj – urwała, rozglądając się złotymi ślepiami po drzewach, szukając oznak, że być może mają uszy. Te odstające… kawałki od nich, trochę wyglądały jak uszy. Albo jak języki. Pierdolony las. Nienawidziła lasów.
– Kiedyś chciałam tu przyjść i jej to wygarnąć, ale nigdy się nie zebrało… A Ty? – zagadnęła w końcu, by jakoś skrócić sobie drogę. Nie puszczała jednak ręki bladolicego mężczyzny, jakby od tego połączenia zależało, czy w ogóle pozostanie na obranej ścieżce – Byłeś tu kiedyś? – przekrzywiła z zaciekawieniem głowę, rozluźniając nieco ściągnięte dotąd brwi. Las był ciemny i nieprzychylny, ale jej kuzyn, jej serdeczny przyjaciel zdawał się promykiem słońca, który przynosił jej więcej komfortu niż byłaby w stanie wypowiedzieć (inaczej niż słowami "bez Ciebie to chuj"). Ścieżki mogły się im plątać pod nogami, las gęstnieć absolutnie bez sensu (nie żeby w normalnym lesie potrafiła się odnaleźć), ale kiedy on był obok, wszystko było odrobinę lepsze. Mniej wkurwiające. Zacisnęła rękę w uścisku mocniej. Na wszelki wypadek, żeby upewnić się, jak bardzo rzeczywista jest jego obecność. Musiała poznać w końcu odpowiedź, ale jej ciekawość dotycząca własnej popsutej natury nie wystarczała, by zapędzić się w te tereny wcześniej. Jego wsparcie stanowiło katalizator. Niezbędny czynnik.
– Pierdolę, muszę zapalić. Chcesz też? – stanęła gwałtownie po środku punktu wyglądającego jak każdy inny w tym pierdolonym lesie, złapana nagłym wzruszeniem, którego nie chciała pokazywać Szeptusze. To miała być rozmowa biznesowa. "Jaki jest deal ze mną, co ja kurwa patrze w tym tęczu?" takie miały być pytania. Wizje… sny… o co kurwa chodziło. Zbyt wiele lat była pogodzona z tym, że nie ma trzeciego oka, to było tak bardzo bez sensu, że tu szli. To miało tak wiele sensu, że szli tu razem. Milles miała siebie serdecznie w dupie, ale Peregrinusowi zależało. Musiała tylko odrobinę, odrobineczkę podkraść mu to uczucie "zależenia". I może spalić filtr w fajce, którą właśnie odpaliła. To brzmiało jak świetny plan.