31.07.2026, 13:32 ✶
– Dziękuję. Lubię kolorowe rzeczy – stwierdziła po prostu, dziękując i za schwytanie stokrotek, i za komplement, bo nie należała do osób, które by się takich wstydziły, a ten wianek postanowiła zachować. Musiała sprawdzić, czy zaklęciami da się sprawić, by nie zwiędnął: a jeżeli nie, to go ususzy i zawiesi gdzieś na pamiątkę. W końcu niecodziennie kwiatowymi wieńcami koronowała cię cała gromada wróżek! Uśmiechnął się znowu, najpierw do niego, potem do tańczących wokół wróżek, sypiących srebrzystym pyłem, śmiejących się chyba w swój dziwny sposób. Dwie przez moment bawiły się włosami Kate, inna czepiła się ozdoby do włosów, wyraźnie zafascynowana błyszczącymi w niej kamyczkami: Kate pozbyła się większości biżuterii, mogącej przeszkadzać przy pracy, ale na szyi wciąż miała ulubiony wisiorek, a włosy spięła jedną ze spinek swojego autorstwa. Nie było mowy, aby mogła odróżnić emanację przekleństwa żywiołów od magii wróżek, więc i to dzieło, kwiaty rozkwitające wokół, brała za ich robotę: przykucnęła i trąciła jeden z nich palcem, wyrosły ponad miarę, mimo pory roku, która temu przecież ani trochę nie sprzyjała.
To był bardzo magiczny moment, przynajmniej na swój sposób.
– Lubię swoją pracownię – powiedziała, bo jeżeli szło o nią, była dużo bardziej zakorzeniona w zwykłym świecie niż Samuel i chyba nie wyobrażała sobie na dłuższą metę pracy w miejscu, w którym nie ma ładnie poukładanych narzędzi, wszystkiego pod ręką i nie musi martwić się o chłód ani gorąc. – Ale muszę przyznać, że to był zupełnie inny projekt. Czegoś takiego nie dałoby się zrobić nigdzie indziej. I chyba to jedno z najbardziej niezwykłych zleceń, z jakimi miałam do czynienia.
I biedna Kate z pewnością miała wspominać je bardzo czule, tkwiąc w swojej pracowni i raz po raz próbując wykonać kolejne komplety gwoździ albo drewnianych pojemników, wpadając to w czarną rozpacz, to w morderczy szał, gdy miała ochotę kogoś tymi nieudanymi gwoździami zwyczajnie zadźgać. Może myśl o tym zachodzie słońca, na który teraz znów skierowała spojrzenie ciemnych oczu, trochę ją w tych chwilach pocieszy.
– Ja tego miejsca nie poznaję. Jesteśmy wciąż w Walii? Czy to może Anglia? Przeniosły nas tutaj, bo tu działa jakaś magia czy po prostu uznały, że akurat tu zachód słońca będzie ładny? A jest, tak nawiasem mówiąc, naprawdę bardzo piękny – przyznała, pozwalając sobie opaść na trawę, bo uznała podobnie jak Sam, że właściwie szkoda byłoby teraz się stąd zabierać i ten zachód przegapić. Nie mieszkała w Londynie: spędzała lwią część czasu na ziemiach Yaxleyów, a wcześniej w szkockiej posiadłości ciotki i wuja, i tam widywała wiele wspaniałych zachodów słońca, i tych momentów, gdy niebo zaczynały rozświetlać gwiazdy. Nad jeziorami, górami, nad lasami. Może nawet do pewnego stopnia trochę jej to spowszedniało, i przestała je zauważać, zapatrzona w błysk tworzonej przez siebie biżuterii. Ale to miejsce miało niesamowity czar, a taki zachód słońca, Kate była pewna, nie trafiał się codziennie, ani nawet co miesiąc. Siedziała więc po prostu na trawie, obserwując kolory nieba, słońce zanurzające się w wodzie, tańczące wróżki. Patrzyła z uśmiechem błąkającym się po twarzy jak istoty umknęły wreszcie, znów wolne, do swoich wróżkowych spraw. I jak pierwsze gwiazdy zaczęły rozbłyskiwać na niebie, najpierw granatowym na zachodzie, potem ciemniejącym. Pożegnać się i zniknąć stąd do własnej pracowni zamierzała dopiero, gdy zrobi się już całkiem ciemno: żałowała, że maluje za rzadko, by potrafić odwzorować ten zachód słońca, ale mogła zabrać się za projektowanie biżuterii zainspirowany wróżkami, ich psotami, pyłem i tym zachodem słońca.
To był bardzo magiczny moment, przynajmniej na swój sposób.
– Lubię swoją pracownię – powiedziała, bo jeżeli szło o nią, była dużo bardziej zakorzeniona w zwykłym świecie niż Samuel i chyba nie wyobrażała sobie na dłuższą metę pracy w miejscu, w którym nie ma ładnie poukładanych narzędzi, wszystkiego pod ręką i nie musi martwić się o chłód ani gorąc. – Ale muszę przyznać, że to był zupełnie inny projekt. Czegoś takiego nie dałoby się zrobić nigdzie indziej. I chyba to jedno z najbardziej niezwykłych zleceń, z jakimi miałam do czynienia.
I biedna Kate z pewnością miała wspominać je bardzo czule, tkwiąc w swojej pracowni i raz po raz próbując wykonać kolejne komplety gwoździ albo drewnianych pojemników, wpadając to w czarną rozpacz, to w morderczy szał, gdy miała ochotę kogoś tymi nieudanymi gwoździami zwyczajnie zadźgać. Może myśl o tym zachodzie słońca, na który teraz znów skierowała spojrzenie ciemnych oczu, trochę ją w tych chwilach pocieszy.
– Ja tego miejsca nie poznaję. Jesteśmy wciąż w Walii? Czy to może Anglia? Przeniosły nas tutaj, bo tu działa jakaś magia czy po prostu uznały, że akurat tu zachód słońca będzie ładny? A jest, tak nawiasem mówiąc, naprawdę bardzo piękny – przyznała, pozwalając sobie opaść na trawę, bo uznała podobnie jak Sam, że właściwie szkoda byłoby teraz się stąd zabierać i ten zachód przegapić. Nie mieszkała w Londynie: spędzała lwią część czasu na ziemiach Yaxleyów, a wcześniej w szkockiej posiadłości ciotki i wuja, i tam widywała wiele wspaniałych zachodów słońca, i tych momentów, gdy niebo zaczynały rozświetlać gwiazdy. Nad jeziorami, górami, nad lasami. Może nawet do pewnego stopnia trochę jej to spowszedniało, i przestała je zauważać, zapatrzona w błysk tworzonej przez siebie biżuterii. Ale to miejsce miało niesamowity czar, a taki zachód słońca, Kate była pewna, nie trafiał się codziennie, ani nawet co miesiąc. Siedziała więc po prostu na trawie, obserwując kolory nieba, słońce zanurzające się w wodzie, tańczące wróżki. Patrzyła z uśmiechem błąkającym się po twarzy jak istoty umknęły wreszcie, znów wolne, do swoich wróżkowych spraw. I jak pierwsze gwiazdy zaczęły rozbłyskiwać na niebie, najpierw granatowym na zachodzie, potem ciemniejącym. Pożegnać się i zniknąć stąd do własnej pracowni zamierzała dopiero, gdy zrobi się już całkiem ciemno: żałowała, że maluje za rzadko, by potrafić odwzorować ten zachód słońca, ale mogła zabrać się za projektowanie biżuterii zainspirowany wróżkami, ich psotami, pyłem i tym zachodem słońca.