31.07.2026, 19:23 ✶
Las za moimi plecami nadal sprawiał wrażenie, jakby obserwował mnie setkami niewidocznych oczu, lecz ja nie potrafiłem oderwać wzroku od rozkopanej ziemi - ślady były zbyt świeże, by deszcz zdołał je całkowicie rozmyć i wygładzić, a jednocześnie zbyt stare, bym mógł uwierzyć, że sprawca wciąż znajdował się w pobliżu - rozsądek podpowiadał mi, że powinienem zrobić dokładnie odwrotnie niż czyniłem, zawrócić i pozostawić to miejsce własnemu losowi, bo normalny człowiek przecież nie znajdował podobnych rzeczy przypadkiem, zwłaszcza w lesie, który od pierwszej chwili sprawiał wrażenie, jakby nie życzył sobie żadnych gości. Gdybym jednak odszedł, nigdy nie dowiedziałbym się na własnych zasadach, co skrywała gleba, chociaż… Przecież… Przecież nie tak to działało, nie do końca, koszmary nie pozwalały wybierać, pozwalały jedynie łudzić się, że wybór w ogóle istniał, gdybym więc nie podążył tą ścieżką, sen niechybnie znalazłby dla mnie inną drogę…
Stałem przez chwilę bez ruchu, z oczami wbitymi w świeżo naruszony grunt, czując coraz wyraźniej, że coś zmuszało mnie do wykonania następnego kroku, jednocześnie budząc we mnie irracjonalny opór przed zbliżeniem się ku tej cholernej połaci terenu choćby o cal. Wreszcie ruszyłem, nie potrafiwszy do końca powiedzieć, dlaczego zamiast zawrócić albo poszukać łatwiejszej drogi, uparcie trzymałem się tego kierunku, lecz za każdym razem, gdy tylko myślałem o jego zmianie, coś we mnie stawiało opór - uporczywy i pozbawiony jakiegokolwiek logicznego uzasadnienia - wciąż nie potrafiłem stwierdzić, co mną kierowało, to konkretne uczucie doprowadzało mnie jednak do narastającej frustracji, bo nie znosiłem działać całkowicie po omacku z przymusu, chociażby nawet tego wewnętrznego, zdany wyłącznie na instynkt, który uparcie pchał mnie naprzód, nie oferując w zamian ani jednego sensownego punktu zaczepienia.
Zrobiłem jeszcze kilka ostrożnych kroków i przykucnąłem, przyglądając się ziemi z bliska, podczas gdy ciepławe krople deszczu spływały mi po kosmykach włosów, karku i przedramionach, a mdląco-żelazowy zapach drażnił moje nozdrza, w dalszym ciągu pochodząc z zewsząd i znikąd. Błoto skrywało więcej, niż chciało pokazać na pierwszy rzut oka, dostrzegłem ślady butów, częściowo rozmyte, różniące się wielkością, jedne głębsze, drugie ledwie odciśnięte, jakby ktoś poruszał się tutaj w pośpiechu, nie zwracając uwagi na to, co pozostawiał za sobą. Nie byłem jednak w stanie stwierdzić, ile osób tędy przechodziło ani dokąd ostatecznie zmierzały.
Przede mną, co prawda, rozciągała się dolina, w oddali majaczyły dachy domów, niewyraźne przez zasłonę deszczu, lecz wystarczająco widoczne, bym poczuł krótkotrwałą ulgę, wstając z klęczek i prostując się po niezbyt wiele mówiących oględzinach. Obecność ludzi zwykle oznaczała odpowiedzi, pomoc albo przynajmniej możliwość zapytania, dlaczego okolica sprawiała wrażenie opuszczonej, mimo widocznych zabudowań i drogi, która zdecydowanie musiała dokądś prowadzić. Problem polegał na tym, że im dłużej przyglądałem się temu miejscu, tym bardziej wydawało mi się, iż coś się w nim nie zgadzało. Przez krótką chwilę miałem absurdalne wrażenie, że jeśli tylko odwrócę wzrok, układ domów zmieni się niepostrzeżenie, a kiedy spojrzę ponownie, droga do nich będzie prowadziła zupełnie inaczej niż przed chwilą. Cała osada dużo bardziej przypominała dekorację ustawioną na scenie tuż przed rozpoczęciem przedstawienia, zanim jeszcze pojawili się na niej aktorzy, aniżeli coś stworzonego w celu rzeczywistego zamieszkania. W oknach nie paliło się ani jedno światło, na zewnątrz również nie dostrzegłem żadnego wyraźniejszego ruchu, nawet dym nie unosił się z kominów, choć pogoda aż prosiła się o to, żeby ktoś rozpalił ogień w kominku.
Zatrzymałem się dopiero wtedy, gdy zza najbliższego domu dobiegło mnie głuche uderzenie, przypominające odgłos rąbanego drwa opadającego na mokrą ziemię - dźwięk był pojedynczy, krótki i natychmiast utonął w szumie deszczu, jednak coś w jego brzmieniu wystarczyło, żeby wszystkie mięśnie napięły mi się odruchowo. Nie wyciągnąłem różdżki, jeszcze nie, ale moja dłoń sama zawisła tuż przy kieszeni płaszcza. Powietrze zgęstniało, gdzieś daleko rozległ się pojedynczy grzmot, choć błyskawica nie przecięła nieba ani razu.
Stałem przez chwilę bez ruchu, z oczami wbitymi w świeżo naruszony grunt, czując coraz wyraźniej, że coś zmuszało mnie do wykonania następnego kroku, jednocześnie budząc we mnie irracjonalny opór przed zbliżeniem się ku tej cholernej połaci terenu choćby o cal. Wreszcie ruszyłem, nie potrafiwszy do końca powiedzieć, dlaczego zamiast zawrócić albo poszukać łatwiejszej drogi, uparcie trzymałem się tego kierunku, lecz za każdym razem, gdy tylko myślałem o jego zmianie, coś we mnie stawiało opór - uporczywy i pozbawiony jakiegokolwiek logicznego uzasadnienia - wciąż nie potrafiłem stwierdzić, co mną kierowało, to konkretne uczucie doprowadzało mnie jednak do narastającej frustracji, bo nie znosiłem działać całkowicie po omacku z przymusu, chociażby nawet tego wewnętrznego, zdany wyłącznie na instynkt, który uparcie pchał mnie naprzód, nie oferując w zamian ani jednego sensownego punktu zaczepienia.
Zrobiłem jeszcze kilka ostrożnych kroków i przykucnąłem, przyglądając się ziemi z bliska, podczas gdy ciepławe krople deszczu spływały mi po kosmykach włosów, karku i przedramionach, a mdląco-żelazowy zapach drażnił moje nozdrza, w dalszym ciągu pochodząc z zewsząd i znikąd. Błoto skrywało więcej, niż chciało pokazać na pierwszy rzut oka, dostrzegłem ślady butów, częściowo rozmyte, różniące się wielkością, jedne głębsze, drugie ledwie odciśnięte, jakby ktoś poruszał się tutaj w pośpiechu, nie zwracając uwagi na to, co pozostawiał za sobą. Nie byłem jednak w stanie stwierdzić, ile osób tędy przechodziło ani dokąd ostatecznie zmierzały.
Przede mną, co prawda, rozciągała się dolina, w oddali majaczyły dachy domów, niewyraźne przez zasłonę deszczu, lecz wystarczająco widoczne, bym poczuł krótkotrwałą ulgę, wstając z klęczek i prostując się po niezbyt wiele mówiących oględzinach. Obecność ludzi zwykle oznaczała odpowiedzi, pomoc albo przynajmniej możliwość zapytania, dlaczego okolica sprawiała wrażenie opuszczonej, mimo widocznych zabudowań i drogi, która zdecydowanie musiała dokądś prowadzić. Problem polegał na tym, że im dłużej przyglądałem się temu miejscu, tym bardziej wydawało mi się, iż coś się w nim nie zgadzało. Przez krótką chwilę miałem absurdalne wrażenie, że jeśli tylko odwrócę wzrok, układ domów zmieni się niepostrzeżenie, a kiedy spojrzę ponownie, droga do nich będzie prowadziła zupełnie inaczej niż przed chwilą. Cała osada dużo bardziej przypominała dekorację ustawioną na scenie tuż przed rozpoczęciem przedstawienia, zanim jeszcze pojawili się na niej aktorzy, aniżeli coś stworzonego w celu rzeczywistego zamieszkania. W oknach nie paliło się ani jedno światło, na zewnątrz również nie dostrzegłem żadnego wyraźniejszego ruchu, nawet dym nie unosił się z kominów, choć pogoda aż prosiła się o to, żeby ktoś rozpalił ogień w kominku.
Zatrzymałem się dopiero wtedy, gdy zza najbliższego domu dobiegło mnie głuche uderzenie, przypominające odgłos rąbanego drwa opadającego na mokrą ziemię - dźwięk był pojedynczy, krótki i natychmiast utonął w szumie deszczu, jednak coś w jego brzmieniu wystarczyło, żeby wszystkie mięśnie napięły mi się odruchowo. Nie wyciągnąłem różdżki, jeszcze nie, ale moja dłoń sama zawisła tuż przy kieszeni płaszcza. Powietrze zgęstniało, gdzieś daleko rozległ się pojedynczy grzmot, choć błyskawica nie przecięła nieba ani razu.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)