Nieczęsto bywała w Dolinie Godryka. Ot raptem kilka razy, bo zwykle ścieżki jej dni prowadziły ją w zupełnie inne miejsca. Wiedziała, rzecz jasna, że Dolina, podobnie jak Londyn i wiele innych miejsc w Anglii, ucierpiała podczas Spalonej Nocy. Że domy płonęły, że ludzie potrafili swoje dobytki. Ale w zasadzie nie zastanawiała się nad tym, co działo się chociażby z Knieją czy tymi wszystkimi polami uprawnymi, które otaczały miasteczko. Trochę dlatego, że nie przyszło jej to do głowy, bo choć wiedziała, że tutaj są i tym bardziej ogień może je zniszczyć, to w jej własnej głowie nie był to krajobraz mocno wyryty w pamięci. Ciągle się tego uczyła – Wielkiej Brytanii. Bo co innego posiadać wiedzę książkową i bywać tutaj też na jakiś czas, a co innego przeżywać następujące po sobie pory roku na własnej skórze i chłonąć to, jakie Wyspy Brytyjskie są nie tylko na papierze czy w tych krótkich wyobrażeniach.
Rozglądała się więc ciekawie, gdy Anthony prowadził ich drogą. Przyglądała się murom i bramie, przyglądała się dziko zarośniętemu ogrodowi, nawet tym pnączom, które wspinały się po ścianie budynku. O, to był znajomy widok w Anglii dla kogoś, kto lubił odwiedzać opuszczone budynki, a Ginny wszak lubiła i czasami Cathal zabierał ją gdzieś do takich starych miejsc. Albo na cmentarze. Tu takiego jednak nie widziała.
Widziała za to sporo krzątających się ludzi. Praca wrzała, najwyraźniej Anthony już jakiś czas pracował nad tym miejscem. Jej uwagę przykuły za to klatki – a jakże – i pułapki, a potem z jednego worka wyciągnięty został wielki szczur. Jakąś część jej zwierzęcej natury chyba została poruszona, bo spokojne dotąd spojrzenie w pełnym skupieniu wbiło się w tłustego zwierzaka, a na jej usta zabłąkał się uśmieszek. Ten nie zszedł jej, gdy Anthony popisał się swoim żarcikiem, i poszli dalej.
– W Dolinie Godryka? Byłam – odparła spokojnie, kiedy dotarli w końcu do drzwi wejściowych bardzo starej posiadłości. – Tutaj rzecz jasna nie. Ale jeśli chodzi o takie stare dworki, to sporo jest ich w Szkocji, trochę sobie pooglądałam… – przyznała i lekko przekrzywiła głowę na ramię, zupełnie jak kot, który jest czymś ewidentnie zainteresowany. – Duchy po prostu lubią nawiedzać takie miejsca. Są stare i mieszkało w nich na przestrzeni lat sporo ludzi, statystycznie więc istnieje większa szansa, że któryś po śmierci nie pójdzie dalej, a zostanie… a jeszcze dodać do tego dworki bogatych rodzin, co częściej wiązało się z intrygami i przedwczesnymi śmierciami i duch gotowy. Póki to nie poltergeist to chyba nie ma się czym martwić – nie była co prawda spirytystką, ale akurat w Uagadou uczono o duchach w normalnym trybie nauczania, coś więc tam wiedziała. Zresztą w swojej pracy miała z nimi znacznie więcej do czynienia. – Ładnie, prawda. Ale jak zobaczyłam te klatki to przez chwilę myślałam, że chciałeś, żebym trochę pogoniła za szczurami… – zaczepiła go. – Jak boisz się korników to zawsze możesz zwrócić się do mojego dziadka. Może on miałby na nie jakiś pomysł – Malcolm McGonagall ostatecznie prowadził przytułek dla zwierząt i co prawda był wyszkolonym zoomedykiem, ale posiadał również wiedzę z zakresu magizoologii – to się rozumiało samo przez się, biorąc pod uwagę czym się zajmował na co dzień.