Obejrzała właśnie pierdółki sprzedawane przy jednym z kramów. Jakieś zawieszki i talizmany tak zwane „ochronne”, w których skuteczność nie wierzyła ani trochę, ale takie niespokojne czasy musiały w ludziach wyzwalać potrzebę otaczania się przedmiotami mającymi zapewnić szczęście, ochronę, pewnie i zdrowie oraz bogactwo. Normalnie pokrecilaby na to głową, może powiedziałaby sprzedającemu słowo czy dwa na temat żerowania na nieszczęściu i przesądności innych, ale dzisiaj tylko pokręciła lekko głową, zbywając ręką zachęcające do kupna komentarze czarownicy i poszła dalej.
Tu nie zdążyła się za bardzo rozejrzeć, nie zwróciła nawet uwagi, że sprzedawali tutaj zdecydowanie zbyt młodzi czarodzieje, bo ktoś stanął obok niej i się do niej odezwał.
Męski głos.
Odwróciła głowę już gotowa powiedzieć, że to pewnie pomyłka, ale… wtedy właśnie zobaczyła kto obok niej stoi i uśmiechnęła się mimowolnie. Nie, to nie była żadna pomyłka.
– Dzień dobry – odpowiedziała i jej jasnobrązowe oczy prześlizgnęły się po sylwetce i twarzy Hannibala szybko i nienachalnie. W tym świetle wyglądał odrobinę inaczej, tym bardziej, że gdy ostatnim razem się widzieli, Guinevere spoglądała na świat oczami kota. Wyglądał dobrze. Niepomiernie lepiej niż wtedy, gdy znalazła go pod teatrem poparzonego zaklęciem… i ona nie zamierzała do tego nawiązywać, przywoływanie wspomnienia Spalonej Nocy zwłaszcza ludziom, którzy wtedy ucierpieli, nie było zupełnie konieczne, zresztą Hannibal zdążył jej za to podziękować więcej niż raz… – Ciebie również. Chociaż prawdę mówiąc nie spodziewałam się, że spotkam tutaj kogoś znajomego – Hannibal jakoś… nie do końca pasował na bywalca tego typu jarmarków? Oczywiście to była tylko powierzchowna ocena, nie mająca zbyt wiele wspólnego z rzeczywistością, ale rzeczy, jakie można było tutaj kupić, jakoś niekoniecznie jej pasowały do wizerunku Hannibala.
Była druga połowa października i chłód już doskwierał McGonagall, przyzwyczajonej do znacznie cieplejszych temperatur, teraz zaś opatulonej jesiennym płaszczem i z cienką, rdzawo-zieloną chustą na szyi. Długie proste włosy spływały jej, jak poprzednio, na plecy.
– Och nie, niczego konkretnego. Rozglądam się po prostu, zaciekawiło mnie to zbiorowisko – przyznała, na moment tylko oderwawszy spojrzenie od Hana, by potoczyć nim wszędzie i nigdzie wokół, ale zaraz wróciła nim do Selewyna. Może i nie miała najlepszego nastroju, ale i tak była ciekawa jak sobie radzi. – A ty? Czy też jesteś po prostu przelotem? Tam dalej chyba są sprzedawane jakieś ciasteczka – kiwnęła głową, ale prawdę mówiąc zostawiała to sobie na koniec tej przechadzki.