Ognista kula zwolna lizała promykami nieprzejednanego słońca padół ziemski, chowając się powoli za upstrzonym listowiem horyzontem; pomarańcze i czerwienie rozlewały się na niebie, ustępując tronu wczesnemu wieczorowi, który już niebawem miał się rozlać czernią po podszyciu, wyszyć mglistą akwarelę oczkami gwiazd. Polana, tętniąca życiem i zielenią, skłaniała ku szampańskiej zabawie – ona jednak zwróciła tylko ciemne, sarnie oczy ku płonącym stosom, iskrzącym się gargantuiczną masą na paleniskach. Na chwilę utknęła w tej malignie bezkresu, obserwując jak pojedyncze, rozżarzone węgielki umykają ku górze, aby po chwili opaść na trawę, już bez czerwieniejącej powłoki.
Rozejrzała się, wzrokiem usiłując dojrzeć bliźniaka, ten jednak pozostawał spowity mgłą, a jego obecność zapewne czarowała inne panny, które Loretta najpewniej z ogromem angażu pozbawiłaby głów. Otrząsnęła się lekko, wyzbywając z myśli zawierające się w tym sorcie, a proscenium myśli momentalnie opustoszało; wiatr potargał jej włosy nieomal bardziej, niż na ogół, tworząc kontrolowany chaos. Po chwili ciemną barwę wzroku skierowała ku swojej blondwłosej towarzyszce – Cynthii.
Ciągnąc ją po ramię, zaprowadziła siłą nieomal do stanowiska z kwiatami, z których należało upleść wianek; zabobony dotyczące tego zwyczaju wyjątkowo mocno uderzały w jej serce – a w zasadzie w to, co po nim pozostało, poza rdzawym śladem w klatce żeber.
– Och, wianki – zagaiła, w dłoń ujmując jedną spośród ułożonych łodyg.
Wśród jej myśli zasklepiły się dwie – Philip Nott i gorzkie rozczarowanie. Agresywnym ruchem wręcz, wzięła masę pelargonii, niezapominajek i hibiskusa. Nie przewidywała, iż będzie jej dane wręczyć mu swoje dzieło, a przecież w sztukach plastycznych była biegła, prędko jednak zajęła się zaplataniem wianka.
– O kim myślisz teraz? W kontekście wianków, rzecz jasna – spytała niewinnie, wzrok unosząc na Cynthię.
Sukces!
[czekam na postać gracza!]