02.08.2026, 20:58 ✶
Nagle siedziała boso przy ustawionym na dzikiej polanie stole. Lucy rozejrzała się po okolicy, a gdy spojrzała na ciemniejące z każdą chwilą niebo, z pewnym pesymizmem zaczęła rozważać, czy najpierw poczuje zapach deszczu, czy może palonego od piorunu ciała. Co ona w ogóle tutaj robiła? Ubrana w jasną koszulę nocną z włosami raz po raz przyklejającymi jej się do twarzy przez silny wiatr? Przeniosła spojrzenie na swoją towarzyszkę, ale w pierwszej chwili nic w jej wyglądzie nie wydawało się alarmujące.
Zerknęła na podwieczorek. Ciasteczka, czekoladki, scones z bitą śmietaną i dżemem… Wszystko czym chętnie zagryzłaby porcję świeżej krwi. A jednak… Jednak coś jej nie pasowało. Uczucie niepokoju narastało w niej z każdą sekundą, gotowe aby uderzyć z siła kroczącej w ich stronę burzy.
No i ten zapach… Metalicznie jedyny w swoim rodzaju, znajomy, chociaż nie kosztowany zbyt często.
Tak pachniała krew Helloise.
– Hm… – mrukneła cicho, nagle obracając w czerwonych paznokciach jedną z czekoladek. Czyżby to była jej robota? Miałoby to sens zważywszy na okoliczności, ale nie… Ona nigdy nie zrobiłaby przy tym tyle bałaganu i co najważniejsze nie pozwoliłaby aby tyle krwi się zmarnowało. Nie lubiła przecież gdy jej przysmaki się marnowały, a zwłaszcza takie o wybitnym bukiecie smaków.
Nagle ostry powiew wiatru wytrącił jej z ręki czekoladkę. Gdzieś w oddali błysnęło. Cała zastawa zadrżała, chociaż nie było słychać huku.
Wciąż nieco otumaniona Lucy posłała Helloise uśmiech, a następnie chwyciła swoją filiżankę i rzeczywiście – ziołowy napar, który się w niej znajdował zdecydowanie bardziej wpasowywał się w gusta drugiej kobiety. Wampirzyca przekrzywiła głowę, wciąż wpatrując się w wypełnione płynem naczynie. Pływający w nim rumianek napawał ją dziwnym niepokojem, ale nie była w stanie określić dlaczego. Ostrożnie zastukała parę razy w porcelanę. Powierzchnia napoju zafalowała, a gdy wreszcie uspokoiła się Lucy mogła zobaczyć, że kwiatek wcale nie był kwiatkiem, a niewielką roślinną spódniczką należącą do utopionego w herbacie… Elfka? Wróżki jak z bajek dla mugolskich dzieci?
– Hm… – mruknęła ponownie i wyciągnęła za nóżlę ciałko z filiżanki. – Tego chyba też nie chciałabyś pić… – Dodała i uniosła wyżej swoje znalezisko, ale wtedy zamiast herbacianego denata, po jej nadgarstku popłynęła śmierdząca ziołami krew.
Kolejny powiew wiatru. Coś było naprawdę nie w porządku. I wtedy dotarły do niej słowa Helloise, a jej spojrzenie samo nabrało burzowych barw.
— Kto? – spytała, bo najwyraźniej ktoś marnował jej okazjonalne źródło krwi, które na dodatek było całkiem przyjemnym towarzystwem.
Zerknęła na podwieczorek. Ciasteczka, czekoladki, scones z bitą śmietaną i dżemem… Wszystko czym chętnie zagryzłaby porcję świeżej krwi. A jednak… Jednak coś jej nie pasowało. Uczucie niepokoju narastało w niej z każdą sekundą, gotowe aby uderzyć z siła kroczącej w ich stronę burzy.
No i ten zapach… Metalicznie jedyny w swoim rodzaju, znajomy, chociaż nie kosztowany zbyt często.
Tak pachniała krew Helloise.
– Hm… – mrukneła cicho, nagle obracając w czerwonych paznokciach jedną z czekoladek. Czyżby to była jej robota? Miałoby to sens zważywszy na okoliczności, ale nie… Ona nigdy nie zrobiłaby przy tym tyle bałaganu i co najważniejsze nie pozwoliłaby aby tyle krwi się zmarnowało. Nie lubiła przecież gdy jej przysmaki się marnowały, a zwłaszcza takie o wybitnym bukiecie smaków.
Nagle ostry powiew wiatru wytrącił jej z ręki czekoladkę. Gdzieś w oddali błysnęło. Cała zastawa zadrżała, chociaż nie było słychać huku.
Wciąż nieco otumaniona Lucy posłała Helloise uśmiech, a następnie chwyciła swoją filiżankę i rzeczywiście – ziołowy napar, który się w niej znajdował zdecydowanie bardziej wpasowywał się w gusta drugiej kobiety. Wampirzyca przekrzywiła głowę, wciąż wpatrując się w wypełnione płynem naczynie. Pływający w nim rumianek napawał ją dziwnym niepokojem, ale nie była w stanie określić dlaczego. Ostrożnie zastukała parę razy w porcelanę. Powierzchnia napoju zafalowała, a gdy wreszcie uspokoiła się Lucy mogła zobaczyć, że kwiatek wcale nie był kwiatkiem, a niewielką roślinną spódniczką należącą do utopionego w herbacie… Elfka? Wróżki jak z bajek dla mugolskich dzieci?
– Hm… – mruknęła ponownie i wyciągnęła za nóżlę ciałko z filiżanki. – Tego chyba też nie chciałabyś pić… – Dodała i uniosła wyżej swoje znalezisko, ale wtedy zamiast herbacianego denata, po jej nadgarstku popłynęła śmierdząca ziołami krew.
Kolejny powiew wiatru. Coś było naprawdę nie w porządku. I wtedy dotarły do niej słowa Helloise, a jej spojrzenie samo nabrało burzowych barw.
— Kto? – spytała, bo najwyraźniej ktoś marnował jej okazjonalne źródło krwi, które na dodatek było całkiem przyjemnym towarzystwem.