03.08.2026, 11:57 ✶
Crow zawsze do niego przychodził. A potem znikał w nocy jak Batman. Śmierdział petami. Zenek zdziwił się jedynie, kiedy wyszedł z łazienki i nie miał na sobie skórzanych spodni. Był tylko nylon.
Wodził po konturach przekąski. Rogale pod naciskiem przyległy do opakowania. Kruszyły się, ale to tak poznał ich kształt. Uśmiech szedł im w górę lub w dół, jak banan. Albo jak księżyc, na boku.
Głos dziewczyny był słodki. Widział kątem oka kelnerkę wywracającą oczami.
Widok nóg przysłaniały mu ręce, wyciągające się w jego kierunku. Wystawały spod bluzy: najpierw nadgarstki, potem wnętrza dłoni i kłykcie. Wrócił do nadgarstków. Nie były to kobiece przeguby.
Chciał się podeprzeć, naprawdę chciał. Chociażby nie miał nic innego do roboty pod tym kiblem. Wyciągnął ręce. W jednej z nich miał rogaliki. W rozwartą dłoń trafiła paczuszka. Nikt jej nie chwycił. Rogale upadły smętnie między nich. Banany niewątpliwie przybrały wtedy wyraz smutku.
Zenek splótł swoje dłonie z tymi należącymi do Florki. A że wydało się to niesamowicie podniosłe, kelnerka na nich patrzyła, a Zenek się wcale nie unosił, to przesunął dłonie właśnie na te przeguby. Pociągnął lekko, bo Florka była w stanie jakiegoś alarmu i nie chciał jej niepokoić. A poza tym nadal śmierdziała tymi petami. Zapach wdzierał się w jego przestrzeń coraz wyraźniej.
— Czy możemy już tak nie robić? — zaczął cicho. Ledwo co się napił, a i tak chrypiał. Powinien iść do lekarza.
Wszedł wzrokiem po zamku welurowej bluzy (albo zwykłej, Zenek nie prowadził katalogu tekstur) i zadarł głowę pod dramatycznym kątem. Przełknął ślinę, co poruszyło całą grdyką.
— Nora czeka. — jeździł kciukami po przegubach, na których się zawiesił z braku rogalików do miętoszenia. Chyba szukał pulsu. Zadzieranie głowy w poszukiwaniu twarzy było nie do zniesienia, więc powrócił wzrokiem do poziomu dłoni. — Czy możemy być dla siebie mili? Dla Nory?
Udało mu się wyczuć podskakiwanie rytmu na skórze.
— I dla mnie też.
Wodził po konturach przekąski. Rogale pod naciskiem przyległy do opakowania. Kruszyły się, ale to tak poznał ich kształt. Uśmiech szedł im w górę lub w dół, jak banan. Albo jak księżyc, na boku.
Głos dziewczyny był słodki. Widział kątem oka kelnerkę wywracającą oczami.
Widok nóg przysłaniały mu ręce, wyciągające się w jego kierunku. Wystawały spod bluzy: najpierw nadgarstki, potem wnętrza dłoni i kłykcie. Wrócił do nadgarstków. Nie były to kobiece przeguby.
Chciał się podeprzeć, naprawdę chciał. Chociażby nie miał nic innego do roboty pod tym kiblem. Wyciągnął ręce. W jednej z nich miał rogaliki. W rozwartą dłoń trafiła paczuszka. Nikt jej nie chwycił. Rogale upadły smętnie między nich. Banany niewątpliwie przybrały wtedy wyraz smutku.
Zenek splótł swoje dłonie z tymi należącymi do Florki. A że wydało się to niesamowicie podniosłe, kelnerka na nich patrzyła, a Zenek się wcale nie unosił, to przesunął dłonie właśnie na te przeguby. Pociągnął lekko, bo Florka była w stanie jakiegoś alarmu i nie chciał jej niepokoić. A poza tym nadal śmierdziała tymi petami. Zapach wdzierał się w jego przestrzeń coraz wyraźniej.
— Czy możemy już tak nie robić? — zaczął cicho. Ledwo co się napił, a i tak chrypiał. Powinien iść do lekarza.
Wszedł wzrokiem po zamku welurowej bluzy (albo zwykłej, Zenek nie prowadził katalogu tekstur) i zadarł głowę pod dramatycznym kątem. Przełknął ślinę, co poruszyło całą grdyką.
— Nora czeka. — jeździł kciukami po przegubach, na których się zawiesił z braku rogalików do miętoszenia. Chyba szukał pulsu. Zadzieranie głowy w poszukiwaniu twarzy było nie do zniesienia, więc powrócił wzrokiem do poziomu dłoni. — Czy możemy być dla siebie mili? Dla Nory?
Udało mu się wyczuć podskakiwanie rytmu na skórze.
— I dla mnie też.
I miss the kiss of treachery, the shameless kiss of vanity.