03.08.2026, 14:13 ✶
Cóż więcej pozostało jej nad pogardę dla sztuki, dla której nie mogła znaleźć miejsca w swoim życiu? Między życiem artystki i policjantki znajdowała się przepaść, szczególnie finansowa. W przeciwieństwie do Avery nie miała umoszczonego wygodnego gniazdka pieniędzmi rodziców ba! pieniędzmi całej familii. Ktoś kiedyś powiedział jej, że każdy jest kowalem własnego losu, ale to tak bardzo rozpaczliwie i wkurwiająco nie była prawda jak to było tylko możliwe. Co miałaby żreć, gdyby nagle zdecydowała się jednak poświęcić życie tej wspaniałej sztuce pełnej wzniosłych wartości? Te wartości nie napełniały brzucha, nie dawały kilku sykli na paczkę fajek. Sztuka nie zaszyje brzucha. Nie odprawi rytuału zdejmującego klątwę.
I ponad wszystko, sztuka mogła sobie świetnie radzić, uprawiana przez tych, których było na to stać.
Ona miała swoją ścieżkę, swoje powołanie, swoją zszarzałą obrożę zaciśniętą na szyi.
Być może zwyczajnie nie potrafiła inaczej.
Dlatego też zignorowała to co mówiła Astoria, bo dopuszczenie tego do siebie, do swojego serca byłoby zbyt bolesne. Gdyby wiedziała, że się spotkają, to by wymigała się od tej "roboty". A może właśnie chciała zostać złapana? Jak ten rusek co zajebał starą sąsiadkę? Złapana za rękę, potrząśnięta. Może potrzebowała, żeby ktoś kto widział jak maluje, jak widzi świat, jak cierpi, ale znajduje przestrzeń, żeby pokazać to w sztuce, żeby taki ktoś złapał ją za rękę i pociągnął do siebie, przytulił do cyca i powiedział to nic, że nie załatwiłaś formalności, jesteś chciana, jesteś potrzebna, to co masz do powiedzenia jest ważne.
Takiego wała. Sztuka się liczyła, nie człowiek. Dlaczego kiedykolwiek miało być inaczej?
Dlatego nie słuchała, później wróci do domu i się najebie, by spłukać z siebie gorycz czyściuszkowego zadzierania nosa. Była tu w robocie. W robocie na której znała się, przynajmniej w tej części, która wymagała bystrego oka i szybkiego łączenia faktów.
– Tak? A było coś jeszcze? – pytanie o szczegóły dokumentacji padło zdawkowe, zobojętniałe, głuche na złośliwości, rzucone znad miejsca w którym wcześniej wisiała nadobna serenita. Z jakiej gliny była ulepiona? Szalony pies. Trelawneyowie i Moody nigdy nie powinni się krzyżować. Wszystko co najlepsze dostał jej starszy brat. Resztki przypadły jej. Szczęsliwie pomimo tej fali deprecjonowania własnej wartości która obmywała ją od początku tej jakże niewygodnej konfrontacji, brygadzistka miała dobre oko i niemal dziesięcioletnie doświadczenie. Uwielbiała w szkole łapać znicze, a tutaj… tropy migotały wręcz oczywistością. Zebrała do fiolek dość dokładnie i precyzyjnie trochę migoczącego proszku, śluz pozostawiony w miejscu gdzie była rama, do szkicownika odwzorowała pasmo run zabezpieczających przy jednym z okien. – …w sumie i tak nie będzie to konieczne. Myślę, że do wieczora złodzieje będą aresztowani, a jutro rano obraz wróci na swoje miejsce. W imieniu Brygady Uderzeniowej dziękuję za pani czas. – spakowała fiolki i notes, znając już odpowiedzi, które były potrzebne do rozwiązania śledztwa. Oczywiście Bones jebał ją nie raz nie dwa, że za szybko wyciągała wnioski. Faktem było jednak że trafiała z zaskakującą skutecznością, a brak awansu podyktowany był raczej wybuchową naturą, kilkoma skargami i obezwładniającą niechęcią do uzupełniania jakiejkolwiek dokumentacji. – Proszę się nie kłopotać, znam kierunek do drzwi. – Krzywy uśmiech wypłynął na twarz o ostrych, niemal ptasich rysach, tak odległy od łagodności zachwyconego efektami oblicza, gdy podczas kursów te kilka miesięcy temu wiedza rzucana przez Astorię trafiała na mimo wszystko podatny grunt. Moody nie była szczęśliwą osobą i przebijało to w zjadliwości jej spojrzenia. Teraz co prawda też czuła satysfakcję, ale było to uczucie psa gończego, a nie wrażliwej artystki. Ta druga nie miała szans z istotą, którą od zdziczenia dzieliły trzy niezjedzone posiłki.
I ponad wszystko, sztuka mogła sobie świetnie radzić, uprawiana przez tych, których było na to stać.
Ona miała swoją ścieżkę, swoje powołanie, swoją zszarzałą obrożę zaciśniętą na szyi.
Być może zwyczajnie nie potrafiła inaczej.
Dlatego też zignorowała to co mówiła Astoria, bo dopuszczenie tego do siebie, do swojego serca byłoby zbyt bolesne. Gdyby wiedziała, że się spotkają, to by wymigała się od tej "roboty". A może właśnie chciała zostać złapana? Jak ten rusek co zajebał starą sąsiadkę? Złapana za rękę, potrząśnięta. Może potrzebowała, żeby ktoś kto widział jak maluje, jak widzi świat, jak cierpi, ale znajduje przestrzeń, żeby pokazać to w sztuce, żeby taki ktoś złapał ją za rękę i pociągnął do siebie, przytulił do cyca i powiedział to nic, że nie załatwiłaś formalności, jesteś chciana, jesteś potrzebna, to co masz do powiedzenia jest ważne.
Takiego wała. Sztuka się liczyła, nie człowiek. Dlaczego kiedykolwiek miało być inaczej?
Dlatego nie słuchała, później wróci do domu i się najebie, by spłukać z siebie gorycz czyściuszkowego zadzierania nosa. Była tu w robocie. W robocie na której znała się, przynajmniej w tej części, która wymagała bystrego oka i szybkiego łączenia faktów.
– Tak? A było coś jeszcze? – pytanie o szczegóły dokumentacji padło zdawkowe, zobojętniałe, głuche na złośliwości, rzucone znad miejsca w którym wcześniej wisiała nadobna serenita. Z jakiej gliny była ulepiona? Szalony pies. Trelawneyowie i Moody nigdy nie powinni się krzyżować. Wszystko co najlepsze dostał jej starszy brat. Resztki przypadły jej. Szczęsliwie pomimo tej fali deprecjonowania własnej wartości która obmywała ją od początku tej jakże niewygodnej konfrontacji, brygadzistka miała dobre oko i niemal dziesięcioletnie doświadczenie. Uwielbiała w szkole łapać znicze, a tutaj… tropy migotały wręcz oczywistością. Zebrała do fiolek dość dokładnie i precyzyjnie trochę migoczącego proszku, śluz pozostawiony w miejscu gdzie była rama, do szkicownika odwzorowała pasmo run zabezpieczających przy jednym z okien. – …w sumie i tak nie będzie to konieczne. Myślę, że do wieczora złodzieje będą aresztowani, a jutro rano obraz wróci na swoje miejsce. W imieniu Brygady Uderzeniowej dziękuję za pani czas. – spakowała fiolki i notes, znając już odpowiedzi, które były potrzebne do rozwiązania śledztwa. Oczywiście Bones jebał ją nie raz nie dwa, że za szybko wyciągała wnioski. Faktem było jednak że trafiała z zaskakującą skutecznością, a brak awansu podyktowany był raczej wybuchową naturą, kilkoma skargami i obezwładniającą niechęcią do uzupełniania jakiejkolwiek dokumentacji. – Proszę się nie kłopotać, znam kierunek do drzwi. – Krzywy uśmiech wypłynął na twarz o ostrych, niemal ptasich rysach, tak odległy od łagodności zachwyconego efektami oblicza, gdy podczas kursów te kilka miesięcy temu wiedza rzucana przez Astorię trafiała na mimo wszystko podatny grunt. Moody nie była szczęśliwą osobą i przebijało to w zjadliwości jej spojrzenia. Teraz co prawda też czuła satysfakcję, ale było to uczucie psa gończego, a nie wrażliwej artystki. Ta druga nie miała szans z istotą, którą od zdziczenia dzieliły trzy niezjedzone posiłki.