03.08.2026, 23:14 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.08.2026, 07:30 przez Lorraine Malfoy.)
Jeżeli gra od początku była ustawiona, po co w ogóle w nią grać? Bo życie też było ustawione, a jednak wszyscy jakoś je przeżywali.
Wygrać, wygrać za wszelką cenę, powtarzała sobie kiedyś Lorraine. Nie wiedziała, kiedy właściwie uświadomiła sobie, że cały ten czas używała niewłaściwych słów. Patrząc na Lorien, na przemian to płaczącą, to zanoszącą się śmiechem, zrozumiała: przeżyć, powtarzała tak naprawdę, przeżyć za wszelką cenę.
Całe swoje życie próbowała wygrać. Wykorzystywała zasady dla własnej korzyści, naginała je pod siebie, wpłynąć usiłowała nie na wynik gry, lecz na mechanizmy leżące u jej podstaw. Nie czerpała już jednak radości z wygranej. Jak można cieszyć się z wygranej, jeżeli gra od początku była ustawiona? Niby lepiej było wygrać niż przegrać. W pewnym momencie nawet porażki przestały jednak Lorraine smucić.
Wygrywając, wcale nie czuła się lepiej niż wtedy, gdy przegrywała.
Może na tym polegała akceptacja. A może to było właśnie wyzwaniem? Potrzeba było siły charakteru, aby odrzucić to, co wydawało się właściwym. Wybrać najgorszą z możliwych opcji po to tylko, aby pozbyć się ciężaru oczekiwań. Postawić zakład na przegranego konia. Trzymać stronę słabszego. Nie podążać za większością. Jebać ich. Jebać ich wszystkich.
To wszystko to była tylko gra, nic ponadto. To wszystko to było tylko życie. Po prostu odpuść, Lorraine.
W pewnym sensie, wdzięczna była ojcu, że wyjaśnił to w taki a nie inny sposób. Gdyby przemówił do niej ostrzej, czułaby potrzebę polemiki, gdyby przedstawił to jako dogmat, być może chciałaby się zbuntować. A jednak przyjęła jego słowa jako prawdę wiary, powtarzała jak modlitwę, powracając do nich wciąż na nowo. Były czymś pomiędzy przestrogą a pocieszeniem. Nie chciała wierzyć w to, że nie robi życiu żadnej różnicy swoim wyborem. A jednak wystarczało jej już w pełni, że robi tym różnicę w swoim życiu. Łatwiej było bowiem zaakceptować niesprawiedliwość gry niż niesprawiedliwość życia. Bo życie nie składało się z turniejowych walk, w których dumni rycerze potykali się w siodle, aby dowieść swego honoru. Nie było baśnią o księciu, którzy przybył wierzchem na swym dzielnym rumaku, aby uratować piękną księżniczkę. Nie było też historią o królu, który gotów być oddać królestwo w zamian za konia. W prawdziwym życiu nie było czegoś takiego jak honor. Była tylko krew wypływająca pulsacyjnie, wśród krzyków gawiedzi.
W prawdziwym życiu dobijało się konie.
— Nie ma potrzeby przepraszać. — Oczy Lorraine zamigotały, odbijając blask świec, płonących w stojącym na biurku lichtarzu. Eliksir uspokajający przygotowała już wcześniej: nie dlatego, że zwykła nim raczyć każdego, kto zakład pogrzebowy nawiedzał, ale dlatego, że zaniepokoił ją ton listu Lorien; znała jej przypadłość, jak i wiążące się z nią zagrożenia, nie w dobrym tonie byłoby jednak oferować remedium na znękaną duszę przedwcześnie. Lorraine była osobą taktowną. Wprawiona była w doświadczaniu tak smutku, jak i żałoby. Zaopatrywanie cudzych ran zawsze było dla niej łatwiejszym niż konfrontacja z własnymi. Zrazu więc Lorien została zaopatrzona w eliksir, w chusteczki; zrazu przytłaczająca aura, która zwykła otaczać postać Lorraine stała się czymś kojącym. Ciężar jej spojrzenia był kocem, którym okrywało się podczas samotnej nocy. Ciepłem ciała obok, które oferowało pocieszenie. Kotem zwiniętym w kłębek na piersi. Lorraine była bardzo dostrojona do swoich uczuć, a choć odczuwała głęboko, nie udzielały jej się łatwo nastroje innych. Nie musiała współodczuwać, aby umieć podnieść na duchu. Nie musiała w ogóle czuć, aby rozumieć. Wprzódy nauczyła jej tego legilimencja, w przekonaniu tym utwierdziła ją natomiast wiara. A może było na odwrót, ważyła w sobie Lorraine, dochodząc ostatecznie do wniosku, że nie potrafi oddzielić jednego od drugiego. Być może taką była po prostu dola kobiety. Łono było początkiem, było też grobem: kobiece dłonie koiły niepokój kwilącego dziecka, grzebały też w ziemi. Odkąd stała się matką patrzyła na to wszystko z innej perspektywy.
Największym aktem samolubstwa ze strony Roberta było to, że pozostawił Lorien bezdzietną. Oto kobieta jej pokroju odrzuciła dla niego rodowe nazwisko, oto przyjęła miano Mulciber, a on… On pozostawił ją z niczym. Było to dla Lorraine niewybaczalnym. Było to dla Lorraine przerażającym. To, że kobieta wypełnić mogła każdą swoją powinność zgodnie oczekiwaniami, poświęcić wszystko, nawet własną tożsamość, a na koniec i tak zostać ukaraną. Przez rodzinę, która nie zapewniła jej opieki, ani przestrzeni na żałobę. Przez zazdrosnego brata zmarłego męża, ulegającego bogini raczy wiedzieć jakim perwersjom, i wreszcie, przez samego męża, który zmarł, nie wypełniwszy swojego zadania jako mąż. Swoją śmiercią wydał ponadto przyzwolenie na dalsze upokorzenie Lorien, nie zapewnił jej bowiem zabezpieczenia należnego wdowie.
Nawet najgorsze z kobiet odnajdowały w macierzyństwie pewną pociechę, uważała Lorraine. Nawet Miranda chciała być nazywana matką.
W gruncie rzeczy konserwatywna pozostawała w większości swoich przekonań, nawet jeżeli nie wypowiadała ich na głos w towarzystwie arystokratek ze swego pokolenia. Wiele z nich pozowało na osoby bardzo wyzwolone, kwestionując naturalny porządek relacji damsko-męskich, co było szalenie nużącym dla Lorraine, która miała ochotę przewracać oczami, gdy dyskutowano przy niej na temat równości płci. Po to przecież bogini uczyniła kobietę i mężczyznę, aby dopełniali się wzajemnie, nie zaś stawali przeciwko sobie. Tak jak Lorraine lubiła swoją niezależność, tak nie widziała żadnego konfliktu między możliwością stanowienia o sobie, a zachowania przy tym kobiecości. Nie widziała go również w małżeństwie… Przynajmniej w teorii. W praktyce, myśl o zamążpójściu była jej drażliwą, choć nie przez wzgląd na utratę autonomii.
Lorraine po prostu nie potrafiła wyobrazić sobie niebycia Malfoy.
Ujęła czule ręce Lorien, gdy ta otarła twarz, delikatnie powiódłszy kciukiem wzdłuż drobnych ranek na skórze siedzącej przed nią kobiety.
— Skieruj wzrok w stronę bogini. Przed nią tylko winno się przepraszać. Najsurowszymi sędziami jesteśmy bowiem w przestrzeni własnych sumień. A jednak tutaj nikt nie cię nie będzie osądzał. Nie musisz więc przepraszać, nie, gdy jestem tutaj dla ciebie, Lorien. Jestem tutaj z tobą, bo tego chciała bogini.
Podobne do kościstych dłoni Lorraine, drobne, liszajowate łapki przesunęły się wzdłuż grawerunku wysadzanego kamieniami szlachetnymi naszyjnika, spoczywającego na samym wierzchu stojącej na biurku szkatułki z kosztownościami. Lorien przypominała jej nieco tę szkatułkę. Gdy płakała, płakała diamentami o łzawym szlifie, a szloch dławił ją, zaciskając się na jej gardle niczym brylantowa kolia. Rozpacz przydawała blasku oczom przypominającym ciemną mgławicę: ciemnym był również plusz, wyścielający wnętrze szkatułki.
A we wnętrzu szkatułki spał dementorek.
Wynurzył sie teraz spośród biżuterii, przecierając oczka piąstkami, poprawiając różową kokardkę, która wieńczyła czarny kapturek… Musiał rozbudzić się, słysząc znajomy głos. Nieco zdezorientowany spuścił się na biurko po zapięciu naszyjnika ze szmaragdami, nie rzucił się jednak od razu do rozrabiania, jak miał w zwyczaju, nie: dementorzątko zastanawiało się przez chwilę, nerwowo prostując wymięty snem płaszczyk, jak się przy tak ważnym gościu zachować!
— "A gdzie więcej niż dwoje spotyka się w imię moje, tam i ja jestem pośród nich" — dopowiedziała łagodnie Lorraine, patrząc w stronę spoważniałego stworzonka.
Ostatecznie dementorek uniósł bowiem zakapturzoną główkę, po to tylko, aby z gracją przepłynąć w powietrzu bliżej Lorraine i siedzącej naprzeciw Lorien... A potem przytulił się do ich złączonych dłoni, ewidentnie próbując pocieszyć Lorien, której magię od razu rozpoznał.
"On… On… na-naprawdę nie żyje, prawda?"
— Zdążyłam go już wykrwawić — oznajmiła beznamiętnie Lorraine. — Byłabyś zaskoczona, jak mało krwi mieści się w człowieku. Osiem kuflów piwa. Może z dziesięć, jeżeli barman dolewa wody. Pochowałam niedawno pijaka mieszkającego ledwie przecznicę dalej, który był w stanie wypić więcej jednego dnia. Gdy przygotowywałam jego pogrzeb, zastanawiałam się naiwnie… Czy wypłynie z niego krew, czy piwo, gdy otworzę mu żyły? — Lorraine przechyliła lekko głowę, jak gdyby w zamyśleniu. — Dokonałam rekonstrukcji żuchwy. Zszyłam ją przy pomocy drutu, zapijaczony upadł bowiem twarzą na ziemię: oszczędziłam jego żonie widoku obrażeń, dokonując właściwej korekty. Ustabilizowałam złamaną ścianę oczodołu. Nastawiłam szczękę szczypcami, aż chrupnęło. Robię to dość często. Po śmierci mięśnie tracą napięcie, a język zapada się wraz z podniebieniem. Konieczne jest odpowiednie ułożenie tkanek, aby twarz zachowała naturalny wyraz. Zamykam więc usta. Zakładam osłonki pod powieki, aby nadać łagodność martwemu wejrzeniu. Sprawiam, że wyglądają tak, jak gdyby spali. Jak gdyby śnili. — "Pomyśl, że to sen", powtarzali wszyscy Mulciberowie, dopóki nie zmorzył ich sen wieczny. Lorraine wątpiła jednak, aby rozumieli znaczenie swojej dewizy. W pewnym sensie podobni byli dzieciom, które przed złożeniem głowy na poduszce naprędce odmawiają pacierz, wbijany im do głów przez matki, ciotki i babki. Naiwnie klepana formułka modlitwy, powtarzana do znudzenia, bo ktoś im kiedyś powiedział, że tak jest, i tak musi być, a nigdy nie objaśnił sensu rytuału. A przecież w tym sęk cały, jakie w tym śnie wiecznym marzenia przyjść mogą. — Jak myślisz, czy kiedy śmierć przychodzi we śnie, sen umiera razem ze śniącym? — spytała Lorraine, nagle dziwnie odległa, jak gdyby sama była bardziej zjawą, aniżeli człowiekiem z krwi i kości: zimne miała palce, a jednak przyjemnym był jej dotyk.
Podobno dotyk białych dam, duchów zwiastujących śmierć, był dziwnie palącym, gdy zbliżał się koniec.
Podobno czuło się ich dłonie na sercu.
Lorraine była jednak żywa, i była tuż obok, skąpana w miękkim świetle świec, które miały moc rozproszenia wszystkich strachów.
— Tak jak Bogini zsyła na człowieka sen śmiertelny, tak ja mogę wpłynąć na wspomnienia o śniącym. — Po latach pracy w zakładzie pogrzebowym Lorraine doszła bowiem do wniosku, że jej praca nie polega na konserwacji zwłok, lecz na konserwacji wspomnień. — Zakląć wspomnienia o Robercie w jego twarzy. Uczynić z nich pośmiertny makijaż… Wybrać tylko te wspomnienia, które życzysz sobie, aby ludzie pamiętali. Wybrać narrację, którą uznasz za najbardziej słuszną.
Wygrana. Przegrana. A może iluzja wygranej. Dla Lorraine wszystkie wyglądały tak samo: wszystkie kończyły przecież wykrwawione w jej kostnicy.
Wygrać, wygrać za wszelką cenę, powtarzała sobie kiedyś Lorraine. Nie wiedziała, kiedy właściwie uświadomiła sobie, że cały ten czas używała niewłaściwych słów. Patrząc na Lorien, na przemian to płaczącą, to zanoszącą się śmiechem, zrozumiała: przeżyć, powtarzała tak naprawdę, przeżyć za wszelką cenę.
Całe swoje życie próbowała wygrać. Wykorzystywała zasady dla własnej korzyści, naginała je pod siebie, wpłynąć usiłowała nie na wynik gry, lecz na mechanizmy leżące u jej podstaw. Nie czerpała już jednak radości z wygranej. Jak można cieszyć się z wygranej, jeżeli gra od początku była ustawiona? Niby lepiej było wygrać niż przegrać. W pewnym momencie nawet porażki przestały jednak Lorraine smucić.
Wygrywając, wcale nie czuła się lepiej niż wtedy, gdy przegrywała.
Może na tym polegała akceptacja. A może to było właśnie wyzwaniem? Potrzeba było siły charakteru, aby odrzucić to, co wydawało się właściwym. Wybrać najgorszą z możliwych opcji po to tylko, aby pozbyć się ciężaru oczekiwań. Postawić zakład na przegranego konia. Trzymać stronę słabszego. Nie podążać za większością. Jebać ich. Jebać ich wszystkich.
To wszystko to była tylko gra, nic ponadto. To wszystko to było tylko życie. Po prostu odpuść, Lorraine.
W pewnym sensie, wdzięczna była ojcu, że wyjaśnił to w taki a nie inny sposób. Gdyby przemówił do niej ostrzej, czułaby potrzebę polemiki, gdyby przedstawił to jako dogmat, być może chciałaby się zbuntować. A jednak przyjęła jego słowa jako prawdę wiary, powtarzała jak modlitwę, powracając do nich wciąż na nowo. Były czymś pomiędzy przestrogą a pocieszeniem. Nie chciała wierzyć w to, że nie robi życiu żadnej różnicy swoim wyborem. A jednak wystarczało jej już w pełni, że robi tym różnicę w swoim życiu. Łatwiej było bowiem zaakceptować niesprawiedliwość gry niż niesprawiedliwość życia. Bo życie nie składało się z turniejowych walk, w których dumni rycerze potykali się w siodle, aby dowieść swego honoru. Nie było baśnią o księciu, którzy przybył wierzchem na swym dzielnym rumaku, aby uratować piękną księżniczkę. Nie było też historią o królu, który gotów być oddać królestwo w zamian za konia. W prawdziwym życiu nie było czegoś takiego jak honor. Była tylko krew wypływająca pulsacyjnie, wśród krzyków gawiedzi.
W prawdziwym życiu dobijało się konie.
— Nie ma potrzeby przepraszać. — Oczy Lorraine zamigotały, odbijając blask świec, płonących w stojącym na biurku lichtarzu. Eliksir uspokajający przygotowała już wcześniej: nie dlatego, że zwykła nim raczyć każdego, kto zakład pogrzebowy nawiedzał, ale dlatego, że zaniepokoił ją ton listu Lorien; znała jej przypadłość, jak i wiążące się z nią zagrożenia, nie w dobrym tonie byłoby jednak oferować remedium na znękaną duszę przedwcześnie. Lorraine była osobą taktowną. Wprawiona była w doświadczaniu tak smutku, jak i żałoby. Zaopatrywanie cudzych ran zawsze było dla niej łatwiejszym niż konfrontacja z własnymi. Zrazu więc Lorien została zaopatrzona w eliksir, w chusteczki; zrazu przytłaczająca aura, która zwykła otaczać postać Lorraine stała się czymś kojącym. Ciężar jej spojrzenia był kocem, którym okrywało się podczas samotnej nocy. Ciepłem ciała obok, które oferowało pocieszenie. Kotem zwiniętym w kłębek na piersi. Lorraine była bardzo dostrojona do swoich uczuć, a choć odczuwała głęboko, nie udzielały jej się łatwo nastroje innych. Nie musiała współodczuwać, aby umieć podnieść na duchu. Nie musiała w ogóle czuć, aby rozumieć. Wprzódy nauczyła jej tego legilimencja, w przekonaniu tym utwierdziła ją natomiast wiara. A może było na odwrót, ważyła w sobie Lorraine, dochodząc ostatecznie do wniosku, że nie potrafi oddzielić jednego od drugiego. Być może taką była po prostu dola kobiety. Łono było początkiem, było też grobem: kobiece dłonie koiły niepokój kwilącego dziecka, grzebały też w ziemi. Odkąd stała się matką patrzyła na to wszystko z innej perspektywy.
Największym aktem samolubstwa ze strony Roberta było to, że pozostawił Lorien bezdzietną. Oto kobieta jej pokroju odrzuciła dla niego rodowe nazwisko, oto przyjęła miano Mulciber, a on… On pozostawił ją z niczym. Było to dla Lorraine niewybaczalnym. Było to dla Lorraine przerażającym. To, że kobieta wypełnić mogła każdą swoją powinność zgodnie oczekiwaniami, poświęcić wszystko, nawet własną tożsamość, a na koniec i tak zostać ukaraną. Przez rodzinę, która nie zapewniła jej opieki, ani przestrzeni na żałobę. Przez zazdrosnego brata zmarłego męża, ulegającego bogini raczy wiedzieć jakim perwersjom, i wreszcie, przez samego męża, który zmarł, nie wypełniwszy swojego zadania jako mąż. Swoją śmiercią wydał ponadto przyzwolenie na dalsze upokorzenie Lorien, nie zapewnił jej bowiem zabezpieczenia należnego wdowie.
Nawet najgorsze z kobiet odnajdowały w macierzyństwie pewną pociechę, uważała Lorraine. Nawet Miranda chciała być nazywana matką.
W gruncie rzeczy konserwatywna pozostawała w większości swoich przekonań, nawet jeżeli nie wypowiadała ich na głos w towarzystwie arystokratek ze swego pokolenia. Wiele z nich pozowało na osoby bardzo wyzwolone, kwestionując naturalny porządek relacji damsko-męskich, co było szalenie nużącym dla Lorraine, która miała ochotę przewracać oczami, gdy dyskutowano przy niej na temat równości płci. Po to przecież bogini uczyniła kobietę i mężczyznę, aby dopełniali się wzajemnie, nie zaś stawali przeciwko sobie. Tak jak Lorraine lubiła swoją niezależność, tak nie widziała żadnego konfliktu między możliwością stanowienia o sobie, a zachowania przy tym kobiecości. Nie widziała go również w małżeństwie… Przynajmniej w teorii. W praktyce, myśl o zamążpójściu była jej drażliwą, choć nie przez wzgląd na utratę autonomii.
Lorraine po prostu nie potrafiła wyobrazić sobie niebycia Malfoy.
Ujęła czule ręce Lorien, gdy ta otarła twarz, delikatnie powiódłszy kciukiem wzdłuż drobnych ranek na skórze siedzącej przed nią kobiety.
— Skieruj wzrok w stronę bogini. Przed nią tylko winno się przepraszać. Najsurowszymi sędziami jesteśmy bowiem w przestrzeni własnych sumień. A jednak tutaj nikt nie cię nie będzie osądzał. Nie musisz więc przepraszać, nie, gdy jestem tutaj dla ciebie, Lorien. Jestem tutaj z tobą, bo tego chciała bogini.
Podobne do kościstych dłoni Lorraine, drobne, liszajowate łapki przesunęły się wzdłuż grawerunku wysadzanego kamieniami szlachetnymi naszyjnika, spoczywającego na samym wierzchu stojącej na biurku szkatułki z kosztownościami. Lorien przypominała jej nieco tę szkatułkę. Gdy płakała, płakała diamentami o łzawym szlifie, a szloch dławił ją, zaciskając się na jej gardle niczym brylantowa kolia. Rozpacz przydawała blasku oczom przypominającym ciemną mgławicę: ciemnym był również plusz, wyścielający wnętrze szkatułki.
A we wnętrzu szkatułki spał dementorek.
Wynurzył sie teraz spośród biżuterii, przecierając oczka piąstkami, poprawiając różową kokardkę, która wieńczyła czarny kapturek… Musiał rozbudzić się, słysząc znajomy głos. Nieco zdezorientowany spuścił się na biurko po zapięciu naszyjnika ze szmaragdami, nie rzucił się jednak od razu do rozrabiania, jak miał w zwyczaju, nie: dementorzątko zastanawiało się przez chwilę, nerwowo prostując wymięty snem płaszczyk, jak się przy tak ważnym gościu zachować!
— "A gdzie więcej niż dwoje spotyka się w imię moje, tam i ja jestem pośród nich" — dopowiedziała łagodnie Lorraine, patrząc w stronę spoważniałego stworzonka.
Ostatecznie dementorek uniósł bowiem zakapturzoną główkę, po to tylko, aby z gracją przepłynąć w powietrzu bliżej Lorraine i siedzącej naprzeciw Lorien... A potem przytulił się do ich złączonych dłoni, ewidentnie próbując pocieszyć Lorien, której magię od razu rozpoznał.
"On… On… na-naprawdę nie żyje, prawda?"
— Zdążyłam go już wykrwawić — oznajmiła beznamiętnie Lorraine. — Byłabyś zaskoczona, jak mało krwi mieści się w człowieku. Osiem kuflów piwa. Może z dziesięć, jeżeli barman dolewa wody. Pochowałam niedawno pijaka mieszkającego ledwie przecznicę dalej, który był w stanie wypić więcej jednego dnia. Gdy przygotowywałam jego pogrzeb, zastanawiałam się naiwnie… Czy wypłynie z niego krew, czy piwo, gdy otworzę mu żyły? — Lorraine przechyliła lekko głowę, jak gdyby w zamyśleniu. — Dokonałam rekonstrukcji żuchwy. Zszyłam ją przy pomocy drutu, zapijaczony upadł bowiem twarzą na ziemię: oszczędziłam jego żonie widoku obrażeń, dokonując właściwej korekty. Ustabilizowałam złamaną ścianę oczodołu. Nastawiłam szczękę szczypcami, aż chrupnęło. Robię to dość często. Po śmierci mięśnie tracą napięcie, a język zapada się wraz z podniebieniem. Konieczne jest odpowiednie ułożenie tkanek, aby twarz zachowała naturalny wyraz. Zamykam więc usta. Zakładam osłonki pod powieki, aby nadać łagodność martwemu wejrzeniu. Sprawiam, że wyglądają tak, jak gdyby spali. Jak gdyby śnili. — "Pomyśl, że to sen", powtarzali wszyscy Mulciberowie, dopóki nie zmorzył ich sen wieczny. Lorraine wątpiła jednak, aby rozumieli znaczenie swojej dewizy. W pewnym sensie podobni byli dzieciom, które przed złożeniem głowy na poduszce naprędce odmawiają pacierz, wbijany im do głów przez matki, ciotki i babki. Naiwnie klepana formułka modlitwy, powtarzana do znudzenia, bo ktoś im kiedyś powiedział, że tak jest, i tak musi być, a nigdy nie objaśnił sensu rytuału. A przecież w tym sęk cały, jakie w tym śnie wiecznym marzenia przyjść mogą. — Jak myślisz, czy kiedy śmierć przychodzi we śnie, sen umiera razem ze śniącym? — spytała Lorraine, nagle dziwnie odległa, jak gdyby sama była bardziej zjawą, aniżeli człowiekiem z krwi i kości: zimne miała palce, a jednak przyjemnym był jej dotyk.
Podobno dotyk białych dam, duchów zwiastujących śmierć, był dziwnie palącym, gdy zbliżał się koniec.
Podobno czuło się ich dłonie na sercu.
Lorraine była jednak żywa, i była tuż obok, skąpana w miękkim świetle świec, które miały moc rozproszenia wszystkich strachów.
— Tak jak Bogini zsyła na człowieka sen śmiertelny, tak ja mogę wpłynąć na wspomnienia o śniącym. — Po latach pracy w zakładzie pogrzebowym Lorraine doszła bowiem do wniosku, że jej praca nie polega na konserwacji zwłok, lecz na konserwacji wspomnień. — Zakląć wspomnienia o Robercie w jego twarzy. Uczynić z nich pośmiertny makijaż… Wybrać tylko te wspomnienia, które życzysz sobie, aby ludzie pamiętali. Wybrać narrację, którą uznasz za najbardziej słuszną.
Wygrana. Przegrana. A może iluzja wygranej. Dla Lorraine wszystkie wyglądały tak samo: wszystkie kończyły przecież wykrwawione w jej kostnicy.