03.08.2026, 23:22 ✶
Podczas treningów, zwłaszcza gdy te nie szły zgodnie z oczekiwaniami trenowanego, zawsze następował taki magiczny moment, gdy determinacja i pewność siebie gwałtownie zmieniały się w frustrację.
Jonathan właśnie znajdował się na skraju takiego momentu o ile już go nie przekroczył.
Siedział w swoim fotelu, raz po raz próbując przedrzeć się do antoniuszowej twierdzy i dojrzeć doskonale mu znane kolory. Tylko, że to. Wcale. Nie. Było. Takie. Łatwe.
Nie wychodziło mu. Od kiedy zaczęli nie był w stanie, ani razu wkraść się do cudzego umysłu czego nie mógł powiedzieć o wpełzających do jego własnej głowy bólach. Na bogów! Jeszcze chwila, a jedyną aurę, którą dzisiaj zobaczy, to ta wywołana przez migreny!
I jeszcze ten Anthony…
Oh, ten irytująco przystojny władczy Anthony, który niezachwianie nie pozwalał aurowidzowi ujrzeć otaczających go kolorów. Ten frustrująco idealnie inteligenty księżyc opanowania, dzielący się z nim jakże podjudzajacymi i błyskotliwymi komentarzami. Ociekający złotem smok, który najwyraźniej nie tylko majestatycznie wygląd, ale do tego ział nie ogniem, a jadem! Ah, jakże on by sobie w życiu poradził bez tych c u d o w n y c h uwag? Bez tego n o n s z a l a n c k i e g o podejścia do jego prób?! Ciekawe co tak szalenie zaciekawiło go w swojej gazetce, że nie mógł oderwać od niej oczu. Na pewno nie mogła być to żadna reklama kosmetyków, ani kursów na złośliwość, bo ani piękna, ani ciętego języka najwyraźniej naturalnie mu nie brakowało.
Jeszcze raz! Jeszcze raz! Jeszcze raz!
A może chociaż by się łaskawie uśmiechnął w jego stronę!
Jeszcze raz.
Nogi Jonathana, które już i tak od jakiegoś czasu drgały ostrzegawczo, poderwały go ze swojego miejsca w fotelu.
—Tak to poganiaj sobie swojego Mulcibera! – wykrzyknął dając wreszcie upust swojej frustracji. Łyżeczka do herbaty. Pogratuluje mu jak wreszcie znajdzie szczelinę. Oh jaki łaskawca. Jaki… ugh! – Trzydzieści lat! Ponad trzydzieści lat mojego życia, które możesz obserwować! Ponad trzydzieści lat, podczas których nauczyłem się wszechstronnej wiedzy, warsztatu aktorskiego, oklumencji, czym mało kto się może poszczycić, sztuki politycznej, zarządzania kryzysami i rozwoju auro i niciowidzenia do naprawdę dobrego poziomu, a zapewne jakiś Mulciber dostaje gratulacje, a nie ja, bo połaskotał cię po aurze, co pewnie nawet nie było celowe, a jakimś przypadkiem podczas kichnięcia! Naprawdę Anthony! Nie chcę twojej szczeliny, a odrobinę empatii!
Przecież tak się starał! Jakim cudem dalej mu nie wychodziło skoro tak bardzo się starał? A może było to po prostu niewykonalne? Może nie docenił inteligencji Anthony'ego? Szybkim krokiem dopadł partnera i z wielką satysfakcją zaczął rozpinać mu najpierw kamizelkę, a potem koszulę.
– Gdzie on jest? To jakiś amulet prawda? Masz coś, co potęguje twoją barierę, lub osłabia moje zdolności! – rzucił oskarżycielsko, a jego palce w szale odpinały kolejne guziki.
Jonathan właśnie znajdował się na skraju takiego momentu o ile już go nie przekroczył.
Siedział w swoim fotelu, raz po raz próbując przedrzeć się do antoniuszowej twierdzy i dojrzeć doskonale mu znane kolory. Tylko, że to. Wcale. Nie. Było. Takie. Łatwe.
Nie wychodziło mu. Od kiedy zaczęli nie był w stanie, ani razu wkraść się do cudzego umysłu czego nie mógł powiedzieć o wpełzających do jego własnej głowy bólach. Na bogów! Jeszcze chwila, a jedyną aurę, którą dzisiaj zobaczy, to ta wywołana przez migreny!
I jeszcze ten Anthony…
Oh, ten irytująco przystojny władczy Anthony, który niezachwianie nie pozwalał aurowidzowi ujrzeć otaczających go kolorów. Ten frustrująco idealnie inteligenty księżyc opanowania, dzielący się z nim jakże podjudzajacymi i błyskotliwymi komentarzami. Ociekający złotem smok, który najwyraźniej nie tylko majestatycznie wygląd, ale do tego ział nie ogniem, a jadem! Ah, jakże on by sobie w życiu poradził bez tych c u d o w n y c h uwag? Bez tego n o n s z a l a n c k i e g o podejścia do jego prób?! Ciekawe co tak szalenie zaciekawiło go w swojej gazetce, że nie mógł oderwać od niej oczu. Na pewno nie mogła być to żadna reklama kosmetyków, ani kursów na złośliwość, bo ani piękna, ani ciętego języka najwyraźniej naturalnie mu nie brakowało.
Jeszcze raz! Jeszcze raz! Jeszcze raz!
A może chociaż by się łaskawie uśmiechnął w jego stronę!
Jeszcze raz.
Nogi Jonathana, które już i tak od jakiegoś czasu drgały ostrzegawczo, poderwały go ze swojego miejsca w fotelu.
—Tak to poganiaj sobie swojego Mulcibera! – wykrzyknął dając wreszcie upust swojej frustracji. Łyżeczka do herbaty. Pogratuluje mu jak wreszcie znajdzie szczelinę. Oh jaki łaskawca. Jaki… ugh! – Trzydzieści lat! Ponad trzydzieści lat mojego życia, które możesz obserwować! Ponad trzydzieści lat, podczas których nauczyłem się wszechstronnej wiedzy, warsztatu aktorskiego, oklumencji, czym mało kto się może poszczycić, sztuki politycznej, zarządzania kryzysami i rozwoju auro i niciowidzenia do naprawdę dobrego poziomu, a zapewne jakiś Mulciber dostaje gratulacje, a nie ja, bo połaskotał cię po aurze, co pewnie nawet nie było celowe, a jakimś przypadkiem podczas kichnięcia! Naprawdę Anthony! Nie chcę twojej szczeliny, a odrobinę empatii!
Przecież tak się starał! Jakim cudem dalej mu nie wychodziło skoro tak bardzo się starał? A może było to po prostu niewykonalne? Może nie docenił inteligencji Anthony'ego? Szybkim krokiem dopadł partnera i z wielką satysfakcją zaczął rozpinać mu najpierw kamizelkę, a potem koszulę.
– Gdzie on jest? To jakiś amulet prawda? Masz coś, co potęguje twoją barierę, lub osłabia moje zdolności! – rzucił oskarżycielsko, a jego palce w szale odpinały kolejne guziki.