04.08.2026, 19:50 ✶
Czy każda wizyta w galerii polegała na tym, że za człowiekiem ciągnął się cień? Człowiek, czyli Zenek pragnął się zastanowić nad tym, co widział. Poświęcić elementom więcej, niż pięć sekund, chyba że uznawał je za przeszywająco nudne. A tu cień. Tak do jego połowy ciała. Czuł się w tej sytuacji niezaprzeczalnie obserwowany. No ale przecież dostał tę wycieczkę jak na zamówienie… Z przewodniczką. I to tylko w cenie jednego upokorzenia. Nie miał prawa teraz grymasić.
— Hm. — zacisnął usta na modłę angielską. Pytaniu Astorii poświęcił chwilę milczenia. To, że obrazy nie powinny się ruszać, uznawał za oczywistość tak oczywistą, że nie musiał jej nawet akcentować. W kulki z nim sobie leciała ta laska.
Zenek twardo wypatrywał czegoś przed sobą. Wzrok mu padał akurat na pomarańcze. No więc one. Astoria próbowała go wtajemniczyć w arkana sztuki czarodziejskiej, a on kiwał głową. Tak sobie stali, jak te dwa pingwiny.
— A telewizji nie macie. — głos mu podskoczył w akord durowy. — I to dlatego je macie? — pojaśniał w uszach, w miarę jak sobie składał teorię. — Ja, jak chcę oglądać, jak coś się rusza, to włączam telewizor. Albo patrzę na świat wokół.
Przełknął ślinę. Przyniosła mu na język dużo nowych myśli. Obejrzał się za ramię, ku reszcie sali. Inni ludzie robili mniej więcej to samo, co oni. Zwróceni byli ku obrazom. Pewnie też je oglądali, albo uciekali w swoją głowę, próbując składać sensy z tabliczek z podpisami. Jeszcze inni przenosili się ku innym salom i innym wystawom. Tylko Zenek luksusowo podróżował z przewodniczką.
On i te dzieci, które maszerowały teraz ku sali. Z heterą — wychowawczynią szkolną na czele. Trzymała dzieci ciasno w zwartej kupie. Piski trampek nakładały się na siebie. Pewnie też nie mogły spacerować wokół, przykute do swojej pary.
— Taka chyba specyfika medium. — ponownie zwrócił się do czubka Astorii. — No bo obraz, jak się nie rusza, to ma przekazać coś zupełnie innego. — był blisko uformowania pełnej myśli na ten temat. Naprawdę blisko.
Magiczne fotografie też się ruszały. Tyle to on wiedział.
— No nie wiem, no. — podrapał się po głowie. Dalsze męczenie pomarańcza nie miało sensu. Czuł drapanie w nosie, ale takimi obserwacjami już się z Astorią nie chciał dzielić. Była miła, póki co, ale jednak próbował. Próbował zachować się… poprawnie. W tym dziwnym miejscu, gdzie odziali go w drapiące kelnerskie szaty i kazali patrzeć.
Już od iluś minut tupał nogą w miejscu. Astoria podążała za nim wszędzie tam, gdzie szedł. Ruszył zatem dalej wzdłuż prostokąta sali.
Przeszli do tematu radia. Astoria podjęła się wyjaśnień, a może wymówek, i… to tyle. Poznał odpowiedź, ale jakoś nie wznieciło to pożaru w jego sercu. Owszem, świętokradcze słowa, et cetera, ale Astoria po prostu nie wiedziała, czym to radio było. I nie widziała potrzeby jego istnienia, ewidentnie. Ludzkość chyba tak funkcjonowała, że nie tęskniła za tym, co nieznane. Astoria też miała do tego prawo. Czy te dzieci wiedziały, co to radio?
— Nooo, nie. Nie gramofon. — w chwilach takich jak tamta, kieszenie spodni oferowały potrzebne dłoniom ustronie. — Bardziej takie urządzenie, że leci muzyka, ale ty jej nie wybierasz. Zajmują się tym ludzie z rozgłośni. Kustosze muzyki.
— Hm. — zacisnął usta na modłę angielską. Pytaniu Astorii poświęcił chwilę milczenia. To, że obrazy nie powinny się ruszać, uznawał za oczywistość tak oczywistą, że nie musiał jej nawet akcentować. W kulki z nim sobie leciała ta laska.
Zenek twardo wypatrywał czegoś przed sobą. Wzrok mu padał akurat na pomarańcze. No więc one. Astoria próbowała go wtajemniczyć w arkana sztuki czarodziejskiej, a on kiwał głową. Tak sobie stali, jak te dwa pingwiny.
— A telewizji nie macie. — głos mu podskoczył w akord durowy. — I to dlatego je macie? — pojaśniał w uszach, w miarę jak sobie składał teorię. — Ja, jak chcę oglądać, jak coś się rusza, to włączam telewizor. Albo patrzę na świat wokół.
Przełknął ślinę. Przyniosła mu na język dużo nowych myśli. Obejrzał się za ramię, ku reszcie sali. Inni ludzie robili mniej więcej to samo, co oni. Zwróceni byli ku obrazom. Pewnie też je oglądali, albo uciekali w swoją głowę, próbując składać sensy z tabliczek z podpisami. Jeszcze inni przenosili się ku innym salom i innym wystawom. Tylko Zenek luksusowo podróżował z przewodniczką.
On i te dzieci, które maszerowały teraz ku sali. Z heterą — wychowawczynią szkolną na czele. Trzymała dzieci ciasno w zwartej kupie. Piski trampek nakładały się na siebie. Pewnie też nie mogły spacerować wokół, przykute do swojej pary.
— Taka chyba specyfika medium. — ponownie zwrócił się do czubka Astorii. — No bo obraz, jak się nie rusza, to ma przekazać coś zupełnie innego. — był blisko uformowania pełnej myśli na ten temat. Naprawdę blisko.
Magiczne fotografie też się ruszały. Tyle to on wiedział.
— No nie wiem, no. — podrapał się po głowie. Dalsze męczenie pomarańcza nie miało sensu. Czuł drapanie w nosie, ale takimi obserwacjami już się z Astorią nie chciał dzielić. Była miła, póki co, ale jednak próbował. Próbował zachować się… poprawnie. W tym dziwnym miejscu, gdzie odziali go w drapiące kelnerskie szaty i kazali patrzeć.
Już od iluś minut tupał nogą w miejscu. Astoria podążała za nim wszędzie tam, gdzie szedł. Ruszył zatem dalej wzdłuż prostokąta sali.
Przeszli do tematu radia. Astoria podjęła się wyjaśnień, a może wymówek, i… to tyle. Poznał odpowiedź, ale jakoś nie wznieciło to pożaru w jego sercu. Owszem, świętokradcze słowa, et cetera, ale Astoria po prostu nie wiedziała, czym to radio było. I nie widziała potrzeby jego istnienia, ewidentnie. Ludzkość chyba tak funkcjonowała, że nie tęskniła za tym, co nieznane. Astoria też miała do tego prawo. Czy te dzieci wiedziały, co to radio?
— Nooo, nie. Nie gramofon. — w chwilach takich jak tamta, kieszenie spodni oferowały potrzebne dłoniom ustronie. — Bardziej takie urządzenie, że leci muzyka, ale ty jej nie wybierasz. Zajmują się tym ludzie z rozgłośni. Kustosze muzyki.
Sen jest bratem śmierci.