04.08.2026, 22:41 ✶
- Wpadłem po drodze - wzruszył lekko ramieniem, wciąż błądząc wzrokiem po kolekcji na prowizorycznej ladzie - lubię zaglądać na takie stragany, można czasami znaleźć… - urwał na chwilę, bo dostrzegł coś, co sprawiło, że zmarszczył brwi w zamyśleniu - …coś ciekawego… - dokończył powoli - Przepraszam cię na moment.
Przeskoczył spojrzeniem między towarem, a nieletnim sprzedawcą i sięgnął po przedmiot, który przyciągnął jego wzrok. Była to bransoletka, na tyle skromna, by nadawała się do wygodnego noszenia na co dzień. Podwójna nić podłużnych, niebieskich koralików, zwieńczona pośrodku płaskim, okrągłym, mlecznym opalem wielkości sykla, ale grubszym. Hannibal obrócił opal w palcach - z drugiej strony oczko było czarne z oleistym połyskiem. Błyskotka raczej nie pasowała do jego stylu, zbyt delikatna i za mała na męski nadgarstek, ale ewidentnie wzbudziła jego zainteresowanie.
- Hmm… ile za to? - z nagłą niedbałością zakręcił bransoletką na palcu. Kamienie zagrzechotały cicho, kiedy z powrotem stuknęła o wnętrze jego dłoni. Jeden z chłopaków obsługujących stoisko podał cenę - zdecydowanie zawyżoną, jak na proste świecidełko, ale Selwyn bez mrugnięcia okiem wyciągnął portfel.
- Jeszcze różdżkę pan dorzuci - wskazał głową na oglądaną wcześniej różdżkę, a po usłyszeniu ceny, odliczył galeony na dłoń nieco zdumionego brakiem targów (i nagłym byciem na “pan”) młodzika.
- Jak mówiłem, można natrafić na perełki - dokończył. Wielu czarodziejów o jego statusie zaopatrywało się w niemal wszystko w drogich magazynach i Hannibal również nie stronił od dóbr luksusowych, ale doceniał też miejsca takie, jak to. Kiermasze, sklepiki z rękodziełem, pchle targi, czy zgoła lumpeksy, zarówno czarodziejskie, jak i mugolskie - eklektyczny styl sam się nie zrobi.
To znaczy… doceniał je, gdy nie prowadziły sprzedaży kradzionych rzeczy. Teraz, kiedy bransoletka spoczęła bezpiecznie w kieszeni jego jeansów, zwrócił się do Ginny.
- Znalazłaś coś ciekawego? - zapytał cicho, a potem spojrzał na jednego z chłopaczków z uśmiechem, który jednak nie sięgał jego oczu i zapytał niewinnym tonem:
- A te fanty, to macie skąd właściwie? Bo dość dziwny zestaw i ja nie wiem, czy różdżkami to tak można handlować… - nie miał pojęcia, czy istniały jakieś przepisy regulujące obrót różdżkami, ale raczej niesłychane było, by kupować je z drugiej ręki, wyjąwszy jakieś szczególne, kolekcjonerskie albo historyczne egzemplarze. Młodzieniec stropił się jego uszy poczerwieniały w sposób, którego nijak nie dało się wyjaśnić lekkim, październikowym chłodem, ale w sukurs przyszedł mu kolega.
- Panie, toż my uczciwe chłopaki, zbieramy na zakupy w Miodowym Królestwie! Po rodzinie pozbieraliśmy jakieś starocie, na strychu i w ogóle…
Hannibal miał ochotę postraszyć domniemanych paserów Brygadą Uderzeniową albo konkurencją z Nokturnu i pewnie nawet by to zrobił, gdyby był tu sam albo w towarzystwie któregoś ze swoich kolegów ze szkoły, ale ostatecznie obdarzył ich tylko kpiącym półuśmiechem, mówiącym wyraźnie, że nie kupuje gadki o “uczciwych chłopakach” i strychu, i porzucił temat. W zamian skupił całą swoją uwagę na Guinevere.
- Wspominałaś o ciastkach? Rozumiem, że dasz się zaprosić? - uśmiechnął się do niej zdecydowanie cieplej, niż do straganiarzy - Za dzieciaka na Mabon zawsze było takie stoisko z owocami w czekoladzie, ale teraz go nie widzę…
Przeskoczył spojrzeniem między towarem, a nieletnim sprzedawcą i sięgnął po przedmiot, który przyciągnął jego wzrok. Była to bransoletka, na tyle skromna, by nadawała się do wygodnego noszenia na co dzień. Podwójna nić podłużnych, niebieskich koralików, zwieńczona pośrodku płaskim, okrągłym, mlecznym opalem wielkości sykla, ale grubszym. Hannibal obrócił opal w palcach - z drugiej strony oczko było czarne z oleistym połyskiem. Błyskotka raczej nie pasowała do jego stylu, zbyt delikatna i za mała na męski nadgarstek, ale ewidentnie wzbudziła jego zainteresowanie.
- Hmm… ile za to? - z nagłą niedbałością zakręcił bransoletką na palcu. Kamienie zagrzechotały cicho, kiedy z powrotem stuknęła o wnętrze jego dłoni. Jeden z chłopaków obsługujących stoisko podał cenę - zdecydowanie zawyżoną, jak na proste świecidełko, ale Selwyn bez mrugnięcia okiem wyciągnął portfel.
- Jeszcze różdżkę pan dorzuci - wskazał głową na oglądaną wcześniej różdżkę, a po usłyszeniu ceny, odliczył galeony na dłoń nieco zdumionego brakiem targów (i nagłym byciem na “pan”) młodzika.
- Jak mówiłem, można natrafić na perełki - dokończył. Wielu czarodziejów o jego statusie zaopatrywało się w niemal wszystko w drogich magazynach i Hannibal również nie stronił od dóbr luksusowych, ale doceniał też miejsca takie, jak to. Kiermasze, sklepiki z rękodziełem, pchle targi, czy zgoła lumpeksy, zarówno czarodziejskie, jak i mugolskie - eklektyczny styl sam się nie zrobi.
To znaczy… doceniał je, gdy nie prowadziły sprzedaży kradzionych rzeczy. Teraz, kiedy bransoletka spoczęła bezpiecznie w kieszeni jego jeansów, zwrócił się do Ginny.
- Znalazłaś coś ciekawego? - zapytał cicho, a potem spojrzał na jednego z chłopaczków z uśmiechem, który jednak nie sięgał jego oczu i zapytał niewinnym tonem:
- A te fanty, to macie skąd właściwie? Bo dość dziwny zestaw i ja nie wiem, czy różdżkami to tak można handlować… - nie miał pojęcia, czy istniały jakieś przepisy regulujące obrót różdżkami, ale raczej niesłychane było, by kupować je z drugiej ręki, wyjąwszy jakieś szczególne, kolekcjonerskie albo historyczne egzemplarze. Młodzieniec stropił się jego uszy poczerwieniały w sposób, którego nijak nie dało się wyjaśnić lekkim, październikowym chłodem, ale w sukurs przyszedł mu kolega.
- Panie, toż my uczciwe chłopaki, zbieramy na zakupy w Miodowym Królestwie! Po rodzinie pozbieraliśmy jakieś starocie, na strychu i w ogóle…
Hannibal miał ochotę postraszyć domniemanych paserów Brygadą Uderzeniową albo konkurencją z Nokturnu i pewnie nawet by to zrobił, gdyby był tu sam albo w towarzystwie któregoś ze swoich kolegów ze szkoły, ale ostatecznie obdarzył ich tylko kpiącym półuśmiechem, mówiącym wyraźnie, że nie kupuje gadki o “uczciwych chłopakach” i strychu, i porzucił temat. W zamian skupił całą swoją uwagę na Guinevere.
- Wspominałaś o ciastkach? Rozumiem, że dasz się zaprosić? - uśmiechnął się do niej zdecydowanie cieplej, niż do straganiarzy - Za dzieciaka na Mabon zawsze było takie stoisko z owocami w czekoladzie, ale teraz go nie widzę…