Może gdyby Cyrus wychował Edith inaczej to teraz błagałaby agresora o litość. Może padłaby na ziemie, w ten kurz i pył, i brud lepiący się do tkanin i skóry, może zamknęłaby oczy, całkowicie poddając cierpkiemu losowi. Może zapłakałaby na głos nad swoim pieprzonym losem. Najgorsza była ta ciemność towarzysząca oślepieniu i to, że tak wiele osób widziało tę całą sytuację.
W końcu zainteresował się ktoś nią; głos wydawał się być znajomy — jakby wspomnienie z niedawnej przeszłości. Roztrzęsione dłonie, mimowolnie wycierały pozostałości czerwonej farby, ta uparcie nie chciała jednak ustąpić. Zdawała się wchłonąć już na zawsze, wsiąknąć w powierzchnie bladej skóry. Przez dłuższą chwilę nie potrafiła nic powiedzieć, tylko tarła tak te dłonie i twarz, próbując pozbyć obcej cieczy.
"Auror Lestrange", dotarło do niej w końcu, potem jeszcze pytanie, ale bardziej w tle, jakby dalej reszta świata znajdowała się gdzieś poza jej zasięgiem. W końcu wyprostowała się, jakby nic zupełnie się nie wydarzyło, jakby tej farby i gapiów, i ich dwójki pośrodku tej całej wojny i zamieszania nie było, i otworzyła oczy, gdy już była pewna, że nic nieznajomego się do nich nie dostanie.
— Amnezjatorka Rookwood — wylegitymowała się, kiwając jednocześnie głową na przywitanie. Nie była pewna czy powinna porzucić te wszystkie formy grzecznościowe, jakie obowiązywały w Ministerstwie, czy może zachowywać się śmielej i użyć imienia Lestrange. Dawno już ze sobą nie rozmawiały, więc może nie powinna dawać sobie tego prawa, ale kiedyś dość sporo je ze sobą łączyło. — Myślałam, że sytuacja trochę się uspokoiła, więc wydawało mi się, że mogę trochę pomóc. Nie dostałam co prawda wytycznych z Ministerstwa, ale trudno mi było patrzeć na tych wszystkich biednych ludzi, którzy stracili dzisiaj domy i bliskich. Jak się to skończyło widzisz. — rzekła, spuszczając oczy w dół. Przeleciała nimi po swojej własnej sylwetce, zafarbowanych dłoniach oraz brudnej szacie. Była z niej dobra aktorka, fantastyczna aktorka wręcz, więc to małe kłamstewko, wydobyło się spomiędzy jej warg z wyjątkową łatwością. Kilka lat temu może i czułaby wyrzutu sumienia, wiedziała jednak, że nie może wyjść na idiotkę — bo to co zrobiła, że tak wyszła z domu bez przygotowania i nastawienia, że ktoś może ją zaatakować idotyzmem było. Dlatego wypowiadała te słowa spokojnie bez zająknięcia.
W końcu skierowała swe spojrzenie na Victorię. Dopiero teraz zauważyła w jaki strasznym jest stanie. Domyśliła się, że aurorka spędziła kilka poprzednich godzin na pomocy właśnie, bo o tym świadczył stan jej szat oraz popiół, oblepiający odsłoniętą skórę. Nie powiedziała jednak nic, chociaż w głowię Edith kłębiło się wielkie niezrozumienie. Zastanawiała się po co Victoria tak ryzykuje swoim własnym życiem. Miała przecież wiele, nie musiała poświęcać się dla kilku marnych groszy płaconych przez Ministerstwo. Fascynowało ją te powódki, bo ona nigdy nie czuła potrzeby pomagania — ciągle myślała przecież tylko o samej sobie. Wyjątkowo dziwna była najstarsza z sióstr Lestrange.
— Chyba powinnam to zgłosić, ale wątpię, że uda się złapać winnego. Ja sama nie pamiętam nawet jego twarzy.
torment me. IN DETAIL.