05.08.2026, 14:02 ✶
– Och, tutaj mnie również zawiewa w sumie drugi raz, ale zdecydowanie nie ostatni. – przyznał, otwierając drzwi i wprowadzając ją do obszernego holu pachnącego wilgocią i potrzebą interwencji magicznych renowatorów. – Właściwie to unikałem tego miejsca dwie dekady z powodów osobistych, ale zdecydowanie musi się to zmienić. – Właściwie, to podejrzewał, że i Slughornowie od pewnego momentu zaczęli unikać tego miejsca co nie miało znaczenia. Odpowiednia ilość pieniędzy była w stanie zdziałać cuda, a on i jego fundacja… cóż, na biednych nie trafiło.
– Szkocja powiadasz? Musiałbym się zorientować czy w moim zamku są jakieś duchy, ale cały czas nie mam czasu się tam wybrać – Spalona Noc pokrzyżowała mu wiele planów, a właściwie zasłała go wieloma planami, które okazywały się o wiele pilniejsze w swojej naturze. – Ciotka zostawiła mi go w spadku o czym dowiedziałem się w pierwszym tygodniu września. Jak się domyślasz, od czasu spalonej nocy nie mam czasu, żeby porządnie usiąść we własnym fotelu, a co dopiero zrobić porządną inwentaryzację nieruchomości i zastanowić się co z nią zrobić. – Pewnie rozważałby przeprowadzkę z Little Hangleton, gdyby nie to jak doskonale miał zorganizowane swoje podziemne królestwo w rezydencji. Cóż, mógł też do sprawy podejść jak japoński ogrodnik i po prostu zorganizować sobie nową piwnicę w nowej lokacji. – Po ataku na sieć fiu bardzo opornie idzie im podłączanie nowych kominków, gdy trzeba naprawiać stare. A jednak Szkocja, to jest taki dystans, że nie ryzykowałbym codziennej teleportacji do ministerstwa. Nawet moje wpływy nie sięgają tak daleko, żeby sprawę przyspieszyć, z drugiej strony jeśli już wolałbym przepchnąć kominek w siedzibie fundacji, a nie na drugim końcu wyspy pomiędzy ostrymi szkockimi wzgórzami. Choć… bardzo liczę, że zima będzie tam oszałamiająca. Zamierzam tam zniknąć na parę dni gdy spadnie śnieg. – I porwać Jonathana, który nie raz, nie dwa opowiadał mu o swoich fantazjach na temat szkockich zamków zimą. Mimowolnie rozlał się na jego twarzy błogi uśmiech, a serce łagodnie zakuło tęsknotą, nawet jeśli z Selwynem widzieli się godzinę temu i mieli zobaczyć za godzinę czy dwie. – No zobacz jaki piękny kominek, nawet głowy nie trzeba będzie schylać… – zatrzymał się w głównej sali, która obecnie świeciła pustkami, łącznie z wielkim murowanym kominkiem stanowiącym jej centralny punkt. – Tu książki, tu fotele, tu ławy, tam barek z grzaną herbatą i winem. Tu… scena, na kameralne występy z The Globe czy Muzy, albo spotkania z innymi artystami – dał się porwać opowieści, chcąc by chociaż na moment jego wizja stała się jej wizją. – A tu niewielki zimowy ogród, ten wykusz idealnie się do tego nadaje. I jeszcze w tym miejscu doskonale będzie znaleźć szczura? – zamarł, bo przecież nie tak chciał dokończyć, ale właśnie mierzył się spojrzeniem z wielkim, tłustym gryzoniem, który rzucał mu wyzwanie nie tylko swoją obecnością, ale też buńczuczną postawą istoty, która najwidoczniej uważała się za prawowitego właściciela tego miejsca. – Pedro! PEDRO! – krzyknął Anthony, pospiesznym gestem wzmacniając swój głos. – Wybacz moja droga, ten eksponat trzeba jak najszybciej stąd eksmitować – zwrócił się do Guinevery, gdy zwierzę zdążyło już uciec przestraszone nieoczekiwanym wrzaskiem za ptasznikiem littlehangletońskim. – Zaraz się okażę, że Twojego dziadka będę prosił o sposoby i na korniki i na szczury… jestem przekonany, że zna jakieś… odpowiednio ukształtowane łańcuchy pokarmowe, które zapewniłyby spokój temu miejscu? – zapytał z nadzieją w głosie, lekko zafrapowany całą sytuacją drapiąc się po tyle głowy. Och, to była ledwie chwilowa niedogodność, ale panoszenie się tych istot, tych szkodników irytowała go bardziej z każdą chwilą, gdy łapał się na tej irytacji.
– Szkocja powiadasz? Musiałbym się zorientować czy w moim zamku są jakieś duchy, ale cały czas nie mam czasu się tam wybrać – Spalona Noc pokrzyżowała mu wiele planów, a właściwie zasłała go wieloma planami, które okazywały się o wiele pilniejsze w swojej naturze. – Ciotka zostawiła mi go w spadku o czym dowiedziałem się w pierwszym tygodniu września. Jak się domyślasz, od czasu spalonej nocy nie mam czasu, żeby porządnie usiąść we własnym fotelu, a co dopiero zrobić porządną inwentaryzację nieruchomości i zastanowić się co z nią zrobić. – Pewnie rozważałby przeprowadzkę z Little Hangleton, gdyby nie to jak doskonale miał zorganizowane swoje podziemne królestwo w rezydencji. Cóż, mógł też do sprawy podejść jak japoński ogrodnik i po prostu zorganizować sobie nową piwnicę w nowej lokacji. – Po ataku na sieć fiu bardzo opornie idzie im podłączanie nowych kominków, gdy trzeba naprawiać stare. A jednak Szkocja, to jest taki dystans, że nie ryzykowałbym codziennej teleportacji do ministerstwa. Nawet moje wpływy nie sięgają tak daleko, żeby sprawę przyspieszyć, z drugiej strony jeśli już wolałbym przepchnąć kominek w siedzibie fundacji, a nie na drugim końcu wyspy pomiędzy ostrymi szkockimi wzgórzami. Choć… bardzo liczę, że zima będzie tam oszałamiająca. Zamierzam tam zniknąć na parę dni gdy spadnie śnieg. – I porwać Jonathana, który nie raz, nie dwa opowiadał mu o swoich fantazjach na temat szkockich zamków zimą. Mimowolnie rozlał się na jego twarzy błogi uśmiech, a serce łagodnie zakuło tęsknotą, nawet jeśli z Selwynem widzieli się godzinę temu i mieli zobaczyć za godzinę czy dwie. – No zobacz jaki piękny kominek, nawet głowy nie trzeba będzie schylać… – zatrzymał się w głównej sali, która obecnie świeciła pustkami, łącznie z wielkim murowanym kominkiem stanowiącym jej centralny punkt. – Tu książki, tu fotele, tu ławy, tam barek z grzaną herbatą i winem. Tu… scena, na kameralne występy z The Globe czy Muzy, albo spotkania z innymi artystami – dał się porwać opowieści, chcąc by chociaż na moment jego wizja stała się jej wizją. – A tu niewielki zimowy ogród, ten wykusz idealnie się do tego nadaje. I jeszcze w tym miejscu doskonale będzie znaleźć szczura? – zamarł, bo przecież nie tak chciał dokończyć, ale właśnie mierzył się spojrzeniem z wielkim, tłustym gryzoniem, który rzucał mu wyzwanie nie tylko swoją obecnością, ale też buńczuczną postawą istoty, która najwidoczniej uważała się za prawowitego właściciela tego miejsca. – Pedro! PEDRO! – krzyknął Anthony, pospiesznym gestem wzmacniając swój głos. – Wybacz moja droga, ten eksponat trzeba jak najszybciej stąd eksmitować – zwrócił się do Guinevery, gdy zwierzę zdążyło już uciec przestraszone nieoczekiwanym wrzaskiem za ptasznikiem littlehangletońskim. – Zaraz się okażę, że Twojego dziadka będę prosił o sposoby i na korniki i na szczury… jestem przekonany, że zna jakieś… odpowiednio ukształtowane łańcuchy pokarmowe, które zapewniłyby spokój temu miejscu? – zapytał z nadzieją w głosie, lekko zafrapowany całą sytuacją drapiąc się po tyle głowy. Och, to była ledwie chwilowa niedogodność, ale panoszenie się tych istot, tych szkodników irytowała go bardziej z każdą chwilą, gdy łapał się na tej irytacji.