05.08.2026, 20:11 ✶
Cieszył się, że temat zachodzenia w ciążę i płodności udało się mu stosunkowo szybko uciąć. Nie uważał, że zrobił to z jakąś wybitną finezją. Dobrze, że Vernona nie było obok, bo gdyby usłyszał tekst o płodności, spadłby z krzesła. Chociaż Émile musiał przyznać, że wolałby siedzieć i żartować z nim, niż popijać cierpką herbatę i próbować zaimponować raczej wymagającej matce, a nie swej przyszłej narzeczonej. Mulciber zresztą nie wierzył w cuda. W warstwie uczuciowej liczył jedynie, by go tolerowała. Jednak w tym spojrzeniu czaiło się coś niedookreślonego, jakaś tajemnica. Mrok nocy takiej, w której gwiazdy wyraźnie uwidoczniały się na niebie. Patrzenie na nią przypominało właśnie obserwowanie nieboskłonu w ciepłą, letnią noc.
Szybko przepędził tę myśl. Marna to była poezja, a i okoliczności jej nie sprzyjały.
– Wspaniale – uśmiechnął się do Lydii. – Możemy ustalić termin…
Na chwilę przerwał, bo przez lekko uchylone okno w salonie wleciał lekki wietrzyk. Owionął łagodnie pannę Black, a potem przyleciał do Émile'a, niosąc ze sobą nie tylko świeże powietrze, ale i coś jeszcze. Słodki zapach, który dobrze znał każdy, komu kiedyś zdarzyło się warzyć eliksiry. Bez. I coś jeszcze. Owoc. Tego mężczyzna nie potrafił rozpoznać, może dlatego że jego zmysły zamgliły się na moment. Woń była przecudowna i efemeryczna. Zniknęła tak szybko jak się pojawiła, ku głęboko skrywanemu zawodowi Mulcibera.
– Dzisiaj lub później, listownie. Przepraszam, wciąż jeszcze przyzwyczajam się do angielszczyzny. – Czasami była to naprawdę dobra wymówka.
Rozmowa kleiła się tak samo do końca spotkania i nie wnosiła do wiedzy zgromadzonych nic poza „to jest bardzo poprawny dżentelmen” i „to jest bardzo poprawna rodzina”.
Szybko przepędził tę myśl. Marna to była poezja, a i okoliczności jej nie sprzyjały.
– Wspaniale – uśmiechnął się do Lydii. – Możemy ustalić termin…
Na chwilę przerwał, bo przez lekko uchylone okno w salonie wleciał lekki wietrzyk. Owionął łagodnie pannę Black, a potem przyleciał do Émile'a, niosąc ze sobą nie tylko świeże powietrze, ale i coś jeszcze. Słodki zapach, który dobrze znał każdy, komu kiedyś zdarzyło się warzyć eliksiry. Bez. I coś jeszcze. Owoc. Tego mężczyzna nie potrafił rozpoznać, może dlatego że jego zmysły zamgliły się na moment. Woń była przecudowna i efemeryczna. Zniknęła tak szybko jak się pojawiła, ku głęboko skrywanemu zawodowi Mulcibera.
– Dzisiaj lub później, listownie. Przepraszam, wciąż jeszcze przyzwyczajam się do angielszczyzny. – Czasami była to naprawdę dobra wymówka.
Rozmowa kleiła się tak samo do końca spotkania i nie wnosiła do wiedzy zgromadzonych nic poza „to jest bardzo poprawny dżentelmen” i „to jest bardzo poprawna rodzina”.
Koniec sesji
Monsieur sans visage
Et quand le soir viendra, l'air sera doux
Qui se jouera, caressant, dans vos voiles,
Et les regards paisibles des étoiles
Bienveillamment souriront aux époux.
Et quand le soir viendra, l'air sera doux
Qui se jouera, caressant, dans vos voiles,
Et les regards paisibles des étoiles
Bienveillamment souriront aux époux.