06.08.2026, 12:12 ✶
Dalsze obstawanie przy tym, że Nicholas nie ma pojęcia, co robi, upodobniłoby ich interakcję do dziecięcej przekomarzanki, toteż Helloise przestała dociekać tego, jakie Travers stawia hipotezy badawcze i za jakimi pytaniami goni. Zrozumiała, że niczego się od niego nie dowie.
— Wariat z ciebie albo mędrzec — skomentowała, gdy poruszył temat kompatybilnych szaleństw.
Wbrew temu, w jaki sposób wypowiadała się na ten temat, Helloise wiele szacunku żywiła wobec obłąkanych. Jak liczni romantycy, i ona cudzym urojeniom przypisywała znaczenia, które nie zawsze rzeczywiście tam się kryły. Znaczeń wiedźma poszukiwała bowiem we wszystkim, co spotykała na swojej drodze, i głęboko wierzyła, że ludzkie słowa nie mogą brać się z niczego. Coś za nimi zawsze musiało stać, z czegoś musiały się rodzić, nawet jeśli wychodziły z ust wariata.
Jakże by się niedoszły porywacz, Nicholas Travers, zdziwił, gdyby mu Helloise wyjawiła, że gdy stanęła przed widmami z Louvainem, to owe straszliwe stwory mocniej przyciągała lodowata jaźń Lestrange’a niż słodka, rumiana duszyczka kobiety. Chichot losu! Zimni dranie to, jak widać, dla widm gratka, skoro to na Louvaina się połasiły.
Nad Doliną zaczął mżyć deszcz przenikający ślepo przez dwa duchy.
— Jesteś z policji? — zapytała Helloise, gdy Travers zadał kolejne pytania.
Czarny strój, mrukliwy sposób bycia — niewiele było instytucji, które takie krzywdy czyniły człowiekowi. Wśród nich: urzędy, szpitale, jednostki specjalne. Ministerstwo ubzdurało sobie obstawienie Kniei wzdłuż i wszeż, toteż Helloise nie zdziwiłaby się, gdyby ten człowiek również należał do ich straży.
— Stałam przed nimi w całości. A ty widziałeś je?
— Wariat z ciebie albo mędrzec — skomentowała, gdy poruszył temat kompatybilnych szaleństw.
Wbrew temu, w jaki sposób wypowiadała się na ten temat, Helloise wiele szacunku żywiła wobec obłąkanych. Jak liczni romantycy, i ona cudzym urojeniom przypisywała znaczenia, które nie zawsze rzeczywiście tam się kryły. Znaczeń wiedźma poszukiwała bowiem we wszystkim, co spotykała na swojej drodze, i głęboko wierzyła, że ludzkie słowa nie mogą brać się z niczego. Coś za nimi zawsze musiało stać, z czegoś musiały się rodzić, nawet jeśli wychodziły z ust wariata.
Jakże by się niedoszły porywacz, Nicholas Travers, zdziwił, gdyby mu Helloise wyjawiła, że gdy stanęła przed widmami z Louvainem, to owe straszliwe stwory mocniej przyciągała lodowata jaźń Lestrange’a niż słodka, rumiana duszyczka kobiety. Chichot losu! Zimni dranie to, jak widać, dla widm gratka, skoro to na Louvaina się połasiły.
Nad Doliną zaczął mżyć deszcz przenikający ślepo przez dwa duchy.
— Jesteś z policji? — zapytała Helloise, gdy Travers zadał kolejne pytania.
Czarny strój, mrukliwy sposób bycia — niewiele było instytucji, które takie krzywdy czyniły człowiekowi. Wśród nich: urzędy, szpitale, jednostki specjalne. Ministerstwo ubzdurało sobie obstawienie Kniei wzdłuż i wszeż, toteż Helloise nie zdziwiłaby się, gdyby ten człowiek również należał do ich straży.
— Stałam przed nimi w całości. A ty widziałeś je?
dotknij trawy