06.08.2026, 13:14 ✶
Rodolphus nie odwrócił wzroku, gdy spojrzenie Cynthii odnalazło jego stalowe tęczówki. Słuchał jej z nieruchomą twarzą, na której utrzymał ten sam cienki, wyreżyserowany uśmiech, lecz pod chłodem oklumencyjnej pancernej powłoki słowa Flint osiadały z precyzją skalpela. Pociągnęła za wątek, którego żaden ze znanych mu ludzi nie poważyłby się dotknąć. Mówiła o utracie przyczepności, o braku kotwicy i o cenie, jaką czarna magia oraz nekromancja pobierają z ludzkiej esencji.
Dłoń, którą jeszcze przed chwilą odgarniał srebrne pasmo z jej ramienia, opadła powoli i spoczęła na jego kolanie. Jego palce zacisnęły się lekko na materiale spodni, wymuszając absolutne opanowanie.
– Posiadanie kotwicy w naszych czasach, Cynthio, to nic innego jak wręczenie wrogowi sztyletu i wskazanie mu miejsca pod własnymi żebrami – odezwał się cicho, a jego głos miał w sobie gładką, niemal aksamitną miękkość, podszytą chłodnym rezonansem. – Człowiek, który ma coś do stracenia, staje się przewidywalny. A człowiek przewidywalny jest już martwy, tylko jeszcze o tym nie wie.
Przechylił lekko głowę, przyglądając się jej profilowi, gdy przeniosła wzrok na swoje dłonie. Nawet bez użycia legilimencji samo przebywanie w jej obecności przypominało spacer po cienkim lodzie – pod którym oboje doskonale widzieli te same, niszczycielskie głębiny. I trupy.
– Oboje znamy cenę magii, którą się posługujemy. Zna ją każdy, kto zdecydował się przekroczyć granicę, zza której nie ma powrotu – kontynuował, a w jego spojrzeniu zatańczyła iskra zimnego, niesamowicie intymnego porozumienia. – Ale mylisz się w jednej kwestii. Nie bagatelizuję ryzyka. Ja po prostu przestałem się nim przejmować. Nie szukam ratunku i nie oczekuję, że ktoś mnie z tej drogi zawróci.
Zrobił nieznaczny ruch w jej stronę, skracając i tak już niewielki dystans, jaki ich dzielił.
– Pytanie tylko… dlaczego tak bardzo martwi cię fakt, że balansuję na tej krawędzi? Czyżby ta słynna lodowa zbroja miała w sobie wyłom, przez który wdarła się troska o kogoś takiego jak ja? - w jego głosie pojawiła się nuta sarkazmu. Mogła się martwić o Louvaina. O Leviathana. O każdego śmierciożercę, którego znała. O każdą osobę z mugolskiego świata, która była jej bliska. Ale o niego? Przecież tylko współpracowali nad jednym, małym, drobnym eksperymentem. Ludzkim. Zakazanym. Czy skoro on jej potrzebował, to ona postrzegała go w ten sam sposób? Potrzebowali się, żeby sięgnąć wspólnie po zakazaną wiedzę i władzę, która ona dawała? Lestrange cofnął się, nie planując bardziej naruszać przestrzeni osobistej Cynthii.
Dłoń, którą jeszcze przed chwilą odgarniał srebrne pasmo z jej ramienia, opadła powoli i spoczęła na jego kolanie. Jego palce zacisnęły się lekko na materiale spodni, wymuszając absolutne opanowanie.
– Posiadanie kotwicy w naszych czasach, Cynthio, to nic innego jak wręczenie wrogowi sztyletu i wskazanie mu miejsca pod własnymi żebrami – odezwał się cicho, a jego głos miał w sobie gładką, niemal aksamitną miękkość, podszytą chłodnym rezonansem. – Człowiek, który ma coś do stracenia, staje się przewidywalny. A człowiek przewidywalny jest już martwy, tylko jeszcze o tym nie wie.
Przechylił lekko głowę, przyglądając się jej profilowi, gdy przeniosła wzrok na swoje dłonie. Nawet bez użycia legilimencji samo przebywanie w jej obecności przypominało spacer po cienkim lodzie – pod którym oboje doskonale widzieli te same, niszczycielskie głębiny. I trupy.
– Oboje znamy cenę magii, którą się posługujemy. Zna ją każdy, kto zdecydował się przekroczyć granicę, zza której nie ma powrotu – kontynuował, a w jego spojrzeniu zatańczyła iskra zimnego, niesamowicie intymnego porozumienia. – Ale mylisz się w jednej kwestii. Nie bagatelizuję ryzyka. Ja po prostu przestałem się nim przejmować. Nie szukam ratunku i nie oczekuję, że ktoś mnie z tej drogi zawróci.
Zrobił nieznaczny ruch w jej stronę, skracając i tak już niewielki dystans, jaki ich dzielił.
– Pytanie tylko… dlaczego tak bardzo martwi cię fakt, że balansuję na tej krawędzi? Czyżby ta słynna lodowa zbroja miała w sobie wyłom, przez który wdarła się troska o kogoś takiego jak ja? - w jego głosie pojawiła się nuta sarkazmu. Mogła się martwić o Louvaina. O Leviathana. O każdego śmierciożercę, którego znała. O każdą osobę z mugolskiego świata, która była jej bliska. Ale o niego? Przecież tylko współpracowali nad jednym, małym, drobnym eksperymentem. Ludzkim. Zakazanym. Czy skoro on jej potrzebował, to ona postrzegała go w ten sam sposób? Potrzebowali się, żeby sięgnąć wspólnie po zakazaną wiedzę i władzę, która ona dawała? Lestrange cofnął się, nie planując bardziej naruszać przestrzeni osobistej Cynthii.