07.08.2026, 16:16 ✶
Spalona Noc trwała tyle, że Heniowi zdawała się niemal całym życiem. Rozlała się na niebie gnijącą żółcią, a świat uczyniła otchłanią cierpienia, zła i obrzydliwości. Skończyła się pewna epoka. Londyn znajdował się gdzieś na finiszu swojego istnienia. Jeszcze nie umarł, a dogorywał, aby nie dopuścić, by z jego prochów wyłoniło się coś nowego, jakaś nadzieja. Koniec, jeszcze nie początek.
Henry nie wiedział, czemu przeżył. Co sprawiło, że oszczędzono akurat jego, a nie osoby o wiele bardziej warte ratunku. Jego przyjaciele znikali jeden po drugim, wciągani za Zasłonę. Nie wiedział, kiedy do ich śmierci doszło, a jednak miał tego bolesną świadomość. Electra, którą ścigał oszalały tłum. Dopadł ją i otoczył, a na skutki ich manii Henry nie odważył się spojrzeć. Wiedział tylko, że dziewczyna była dzielna i niepokorna do samego końca. To jej nie uratowało. Wtedy, gdy umierała, po drugiej stronie ulicy, chłopak ujrzał samotną sylwetkę. Mężczyznę ubranego w łachmany żółte jak niebo górujące nad miastem. W białej masce i złotej koronie. Nie wyglądał jak Śmierciożerca, lecz Henry miał teorię, że mógł to być Lord Voldemort doglądający swego dzieła.
Lockhart siedział na schodkach jedynego bezpiecznego miejsca. Ściskał w dłoni zmiętą kartkę. Ołówek, który pokrywał papier, już zdążył się rozmazać, sprawić, że rysunek nie przypominał nic konkretnego. Rzecz w tym, że tylko on mu po niej został. Po dziewczynie, której nie potrafił uratować. Dziewczynie, która rzuciła się przed niego, gdy zielony promień Avady Kedavry już prawie go dosięgnął. Która runęła wtedy na ziemię, bez ostatniego słowa, bez pożegnania. Jedynie ze zmiętym rysunkiem, chyba nawet nieudanym, w kieszeni i różdżką w ręku.
Hestia.
Strata kolejnej przyjaciółki opróżniła serce Henia ze wszelkiej nadziei. Przy śmierci Bletchley'ówny również widział owego człowieka. Znowu Król w Żółci postanowił pojawić się z orędziem, a raczej omenem, że Henry'ego również niedługo czeka ten sam los. Musi tylko popatrzeć, jak najbliżsi mu ludzie giną. Był sam. Kompletnie i niezaprzeczalnie. Bez przyjaciół, bez dziadków, bez rodziców.
Nie potrafił określić, od kiedy siedział na tych schodach. Od kilku minut? Godziny? Od lat? Złamaną rękę wciąż podtrzymywał prowizoryczny temblak. Bolała go, ale tylko w teorii. Bo boleć go powinna.
I wtedy go zobaczył. Człowieka. Nie tego w żółtej szacie, a znajomą twarz. Ten, który Spaloną Noc uczynił nieco mniej koszmarną. Człowiek, którego, wedle wszelkich przekonań chłopaka, Henryk w ogóle nie powinien obchodzić. Patrycjusz tego świata oblany krwią. Swoją? Innych? Kogo to w tej chwili obchodziło? Teraz jednak wszyscy byli równi w niedoli. Sojusz cementowały proste fakty. Na przykład bycie żywym.
Henry wstał. Wziął głęboki oddech i wyciągnął rękę. Był daleko od Shafiqa, a jednak ten gest sprawił, że na chwilę ulica przestała się poruszać i odciągać starszego mężczyznę, dając mu szansę na pochwycenie dłoni chłopaka.
Henry nie wiedział, czemu przeżył. Co sprawiło, że oszczędzono akurat jego, a nie osoby o wiele bardziej warte ratunku. Jego przyjaciele znikali jeden po drugim, wciągani za Zasłonę. Nie wiedział, kiedy do ich śmierci doszło, a jednak miał tego bolesną świadomość. Electra, którą ścigał oszalały tłum. Dopadł ją i otoczył, a na skutki ich manii Henry nie odważył się spojrzeć. Wiedział tylko, że dziewczyna była dzielna i niepokorna do samego końca. To jej nie uratowało. Wtedy, gdy umierała, po drugiej stronie ulicy, chłopak ujrzał samotną sylwetkę. Mężczyznę ubranego w łachmany żółte jak niebo górujące nad miastem. W białej masce i złotej koronie. Nie wyglądał jak Śmierciożerca, lecz Henry miał teorię, że mógł to być Lord Voldemort doglądający swego dzieła.
Lockhart siedział na schodkach jedynego bezpiecznego miejsca. Ściskał w dłoni zmiętą kartkę. Ołówek, który pokrywał papier, już zdążył się rozmazać, sprawić, że rysunek nie przypominał nic konkretnego. Rzecz w tym, że tylko on mu po niej został. Po dziewczynie, której nie potrafił uratować. Dziewczynie, która rzuciła się przed niego, gdy zielony promień Avady Kedavry już prawie go dosięgnął. Która runęła wtedy na ziemię, bez ostatniego słowa, bez pożegnania. Jedynie ze zmiętym rysunkiem, chyba nawet nieudanym, w kieszeni i różdżką w ręku.
Hestia.
Strata kolejnej przyjaciółki opróżniła serce Henia ze wszelkiej nadziei. Przy śmierci Bletchley'ówny również widział owego człowieka. Znowu Król w Żółci postanowił pojawić się z orędziem, a raczej omenem, że Henry'ego również niedługo czeka ten sam los. Musi tylko popatrzeć, jak najbliżsi mu ludzie giną. Był sam. Kompletnie i niezaprzeczalnie. Bez przyjaciół, bez dziadków, bez rodziców.
Nie potrafił określić, od kiedy siedział na tych schodach. Od kilku minut? Godziny? Od lat? Złamaną rękę wciąż podtrzymywał prowizoryczny temblak. Bolała go, ale tylko w teorii. Bo boleć go powinna.
I wtedy go zobaczył. Człowieka. Nie tego w żółtej szacie, a znajomą twarz. Ten, który Spaloną Noc uczynił nieco mniej koszmarną. Człowiek, którego, wedle wszelkich przekonań chłopaka, Henryk w ogóle nie powinien obchodzić. Patrycjusz tego świata oblany krwią. Swoją? Innych? Kogo to w tej chwili obchodziło? Teraz jednak wszyscy byli równi w niedoli. Sojusz cementowały proste fakty. Na przykład bycie żywym.
Henry wstał. Wziął głęboki oddech i wyciągnął rękę. Był daleko od Shafiqa, a jednak ten gest sprawił, że na chwilę ulica przestała się poruszać i odciągać starszego mężczyznę, dając mu szansę na pochwycenie dłoni chłopaka.
Złoty chłopiec
Przymruż złociste światełka,
Ukryj się pod matki rąbek,
Nim cię zgubi śronu ząbek
Lub chłodnej rosy perełka.
Przymruż złociste światełka,
Ukryj się pod matki rąbek,
Nim cię zgubi śronu ząbek
Lub chłodnej rosy perełka.