08.08.2026, 13:28 ✶
Kiedy się patrzy na ludzi standardami oczu wpatrzonych w głównej mierze w bywalców Nokturnu, ciężko było zaliczyć Garricka Ollivandera do grona ludzi bladych. Jasną skórę miał, ale z pewnością nie tak upiornie bladą, jakiej się można było spodziewać po kimś, kto już dawno wydał swoje ostatnie tchnienie. Teraz kolor Ollivandera wydawał się do tych upiornych bieli i beżów przynajmniej porównywalny.
Sytuacja, w jakiej się znaleźli, potwierdziła dwie rzeczy. Po pierwsze – czas reakcji Ollivandera pozostawiał wiele do życzenia i nie miał szans w bezpośrednim starciu. Wypuścił tę torbę o wiele za późno i języki płomieni zdążyły sięgnąć rękawa eleganckiej narzutki. To, że warsztat przy Pokątnej nie spłonął, musiał zawdzięczać jedynie trosce ludzi dobrej woli, lub przysługom u Śmierciożerców, którzy darowali mu za to życie. Po drugie – strach nie był jego przyjacielem i po dramatycznym odchyleniu się w tył i złapaniu poręczy, zastygł w bezruchu jak marmurowy posąg. Jeśliby go sięgnęły pazury złoczyńców, pan Ollivander dałby się związać i umieścić w piwnicy, a później wyczekiwał końca lub łaski. Ten człowiek się do tej rzeczywistości absolutnie nie nadawał.
Minęło kilka sekund. Może nawet kilkanaście. Dopiero po nich, niewiele starszy od Tarpa mężczyzna złapał się za serducho i odetchnął głęboko, próbując się uspokoić.
– Nie wiesz, co w ciebie wstąpiło?! – I w pierwszej chwili, jak każdy zdenerwowany człowiek chciał warknąć: czasami milczenie jest złotem! Bo co to w ogóle za głupota z jego ust wypadła, wstydziłby się w tym wieku, a później… A później jego pomarszczona twarz złagodniała. Przesunął palcami po spoconym czole. – Wezwij tu do siebie klątwołamacza i egzorcystę, jak Matkę kocham, bo jak skrzywdzisz któregoś z tych dzieciaków – pokręcił głową – nie chcę nawet o tym myśleć. – Nie powiedział nic o odwołaniu jego potencjalnego uczestnictwa następnego spotkania Gildii Przedsiębiorców Magicznych Dzielnic, ale za moment taka myśl w niego uderzy. A przynajmniej to, że akurat on powinien być dla bezpieczeństwa zebranych pozbawiony przywileju przynoszenia na to spotkanie własnoręcznie upieczonego ciasta.
@Woody Tarpaulin
Sytuacja, w jakiej się znaleźli, potwierdziła dwie rzeczy. Po pierwsze – czas reakcji Ollivandera pozostawiał wiele do życzenia i nie miał szans w bezpośrednim starciu. Wypuścił tę torbę o wiele za późno i języki płomieni zdążyły sięgnąć rękawa eleganckiej narzutki. To, że warsztat przy Pokątnej nie spłonął, musiał zawdzięczać jedynie trosce ludzi dobrej woli, lub przysługom u Śmierciożerców, którzy darowali mu za to życie. Po drugie – strach nie był jego przyjacielem i po dramatycznym odchyleniu się w tył i złapaniu poręczy, zastygł w bezruchu jak marmurowy posąg. Jeśliby go sięgnęły pazury złoczyńców, pan Ollivander dałby się związać i umieścić w piwnicy, a później wyczekiwał końca lub łaski. Ten człowiek się do tej rzeczywistości absolutnie nie nadawał.
Minęło kilka sekund. Może nawet kilkanaście. Dopiero po nich, niewiele starszy od Tarpa mężczyzna złapał się za serducho i odetchnął głęboko, próbując się uspokoić.
– Nie wiesz, co w ciebie wstąpiło?! – I w pierwszej chwili, jak każdy zdenerwowany człowiek chciał warknąć: czasami milczenie jest złotem! Bo co to w ogóle za głupota z jego ust wypadła, wstydziłby się w tym wieku, a później… A później jego pomarszczona twarz złagodniała. Przesunął palcami po spoconym czole. – Wezwij tu do siebie klątwołamacza i egzorcystę, jak Matkę kocham, bo jak skrzywdzisz któregoś z tych dzieciaków – pokręcił głową – nie chcę nawet o tym myśleć. – Nie powiedział nic o odwołaniu jego potencjalnego uczestnictwa następnego spotkania Gildii Przedsiębiorców Magicznych Dzielnic, ale za moment taka myśl w niego uderzy. A przynajmniej to, że akurat on powinien być dla bezpieczeństwa zebranych pozbawiony przywileju przynoszenia na to spotkanie własnoręcznie upieczonego ciasta.
@Woody Tarpaulin
no rain,
no flowers.
no flowers.