08.08.2026, 22:14 ✶
Helloise również wygodnie rozmawiało się z Ginny. Ich rozmowy nie zawierały elementu wymuszenia, które wiedźma często przekornie stosowała wobec co nadętszych swoich pobratymców. Z każdym bowiem niezależnie od stanu czy wieku mówiła jak z dobrym znajomym, bez zbędnej tytulatury, bez wyszukanej grzeczności. Niektórzy patrzyli na nią z góry, jeszcze zanim się odezwała. Żyła w ciasnej chacie, w której nic nie kojarzyło się luksusowo; gości sadzała na rozchybotanych taboretach i kazała im pić herbatę z wyszczerbionych glinianych czarek. Była biegła w rzemiośle i robiła w drewnie, co kazało sądzić, że liche stołki były albo skrajnym niedbalstwem, albo kpiną.
A były oboma.
Krew takiej choćby Eugenii Jenkins nie była czystsza niż krew Helloise, to i czemu Helloise miałaby ją w specjalny sposób poważać? Każdego zrodziło łono jednej Bogini Matki — i Ginny, i Helloise, i Ministrę Magii. Niektóre dzieci Bogini okazywały się stworzeniami szlachetnymi, inni obrażającymi swoim istnieniem Jej boski projekt, i za to można było je sądzić. Wiedźma z lasu nie dałaby sobie nigdy przypisać nienawiści rasowej. Nie nienawidziła przecież mugoli za to, że byli kimś obcym czy mniejszym od niej, lecz za to, co czynili Matce Ziemi. Byli szkodnikami. Swoje poglądy uważała za zupełnie logiczne.
— Palce widzę we śnie. Oczy… zawsze. I nigdy. Zawsze kątem oka, lecz gdy się odwrócę… ach. — Pokręciła głową sfrustrowana tym, że nigdy nie udało jej się jeszcze przyskrzynić klątwy na gorącym uczynku. Temu, że Guinevere miała pełne prawo czuć się skołowaną, tylko przytaknęła.
Gdy weszły do kuchni, Helloise serdecznie powitała panią McGonagall. Halsey, widząc spuszone wilgocią włosy blondynki, zatrzymała ją przy sobie dłużej, żeby przygładzić je tu i tam, i wpleść z powrotem w warkocz pasma, które wypadły podczas lotu. Wiedźma z lasu przyjęła te zabiegi z cierpliwością, po czym potwierdziła:
— Herbatę. Myślę, że dobrze zrobi nam napar relaksujących ziół.
Wprosiła się do szafki, w której McGonagallowie trzymali herbatki i sama dobrała dla siebie i Ginny mieszankę suszów, o których wiedziała, że najlepiej działają na ukojenie nerwów. Kobieta snuła się ospale po kuchni z mniejszą energią niż stara czarownica, a gdy odmierzała zioła, robiła to z niemal aptekarską precyzją. Gawędziła przy tym sympatycznie z panią McGonagall o zwierzętach, a że temat zakręcił się wokół istot wodnych, Helloise nie omieszkała między wątkami wtrącić, że słyszała o magach, którzy połykają w całości ciamarnice, aby uwalniały w żołądku i jelitach jady oczyszczające organizm z toksyn.
Z przyjemnością owinęła dłonie wokół gorącego kubka, gdy przysiadła się z powrotem do Guinevere.
— Może chcieć. Będzie musiała próbować długo. Nie wygoniły mnie widma. Nie wygoni mnie to. — W nieobecnym zamyśleniu przeciągnęła palcem po krawędzi naczynia, po czym przyjęła rysunek, który wręczyła jej druga czarownica. Było to drzewo, wokół którego nie zalegały liście, mimo że z pozostałych jesień już je postrącała. Helloise zastanowiła się nad tym z cichym pomrukiem, podobnie postąpiła z następnymi szkicami. — Kiełkuje w tobie przyjemny talent — zauważyła mimochodem, sunąc koniuszkiem palca nad powierzchnią kartki. Śledziła pociągnięcia ołówka, nie chcąc go rozmazać. W tym geście rozważała przez chwilę nie treść obrazów, a zdolności Ginny. Nawet jeśli były to tylko szybkie szkice, znać było, że czarownica ćwiczy. — Mam nadzieję, że nie sprowadziłam na ciebie jakiegoś nieszczęścia przez tę wróżbę. — Troskliwie dotknęła ramienia McGonagall, po czym spojrzała na całokształt, jaki przedstawiały rysunki.
Co było wyjątkowego w tym drzewie? Drzewo na wzgórzu… Helloise zanurkowała we wspomnienia Kniei. Dawno w niej nie była, lecz wciąż potrafiła w wyobraźni przejść leśnymi ścieżkami. Znała z pamięci wiele drzew, szczególnie tych starych i w jakiś sposób charakterystycznych. Wpatrując się w rysunki Guinevere, szukała czegoś znajomego.
// Percepcja — czy Helloise rozpoznaje to drzewo i wzgórze jako coś, co widziała kiedyś w Kniei Godryka? (O ile brak sztuk plastycznych Guinevere nie wpłynął aż tak na wierność oddania kształtu drzew i górki? IDK)
A były oboma.
Krew takiej choćby Eugenii Jenkins nie była czystsza niż krew Helloise, to i czemu Helloise miałaby ją w specjalny sposób poważać? Każdego zrodziło łono jednej Bogini Matki — i Ginny, i Helloise, i Ministrę Magii. Niektóre dzieci Bogini okazywały się stworzeniami szlachetnymi, inni obrażającymi swoim istnieniem Jej boski projekt, i za to można było je sądzić. Wiedźma z lasu nie dałaby sobie nigdy przypisać nienawiści rasowej. Nie nienawidziła przecież mugoli za to, że byli kimś obcym czy mniejszym od niej, lecz za to, co czynili Matce Ziemi. Byli szkodnikami. Swoje poglądy uważała za zupełnie logiczne.
— Palce widzę we śnie. Oczy… zawsze. I nigdy. Zawsze kątem oka, lecz gdy się odwrócę… ach. — Pokręciła głową sfrustrowana tym, że nigdy nie udało jej się jeszcze przyskrzynić klątwy na gorącym uczynku. Temu, że Guinevere miała pełne prawo czuć się skołowaną, tylko przytaknęła.
Gdy weszły do kuchni, Helloise serdecznie powitała panią McGonagall. Halsey, widząc spuszone wilgocią włosy blondynki, zatrzymała ją przy sobie dłużej, żeby przygładzić je tu i tam, i wpleść z powrotem w warkocz pasma, które wypadły podczas lotu. Wiedźma z lasu przyjęła te zabiegi z cierpliwością, po czym potwierdziła:
— Herbatę. Myślę, że dobrze zrobi nam napar relaksujących ziół.
Wprosiła się do szafki, w której McGonagallowie trzymali herbatki i sama dobrała dla siebie i Ginny mieszankę suszów, o których wiedziała, że najlepiej działają na ukojenie nerwów. Kobieta snuła się ospale po kuchni z mniejszą energią niż stara czarownica, a gdy odmierzała zioła, robiła to z niemal aptekarską precyzją. Gawędziła przy tym sympatycznie z panią McGonagall o zwierzętach, a że temat zakręcił się wokół istot wodnych, Helloise nie omieszkała między wątkami wtrącić, że słyszała o magach, którzy połykają w całości ciamarnice, aby uwalniały w żołądku i jelitach jady oczyszczające organizm z toksyn.
Z przyjemnością owinęła dłonie wokół gorącego kubka, gdy przysiadła się z powrotem do Guinevere.
— Może chcieć. Będzie musiała próbować długo. Nie wygoniły mnie widma. Nie wygoni mnie to. — W nieobecnym zamyśleniu przeciągnęła palcem po krawędzi naczynia, po czym przyjęła rysunek, który wręczyła jej druga czarownica. Było to drzewo, wokół którego nie zalegały liście, mimo że z pozostałych jesień już je postrącała. Helloise zastanowiła się nad tym z cichym pomrukiem, podobnie postąpiła z następnymi szkicami. — Kiełkuje w tobie przyjemny talent — zauważyła mimochodem, sunąc koniuszkiem palca nad powierzchnią kartki. Śledziła pociągnięcia ołówka, nie chcąc go rozmazać. W tym geście rozważała przez chwilę nie treść obrazów, a zdolności Ginny. Nawet jeśli były to tylko szybkie szkice, znać było, że czarownica ćwiczy. — Mam nadzieję, że nie sprowadziłam na ciebie jakiegoś nieszczęścia przez tę wróżbę. — Troskliwie dotknęła ramienia McGonagall, po czym spojrzała na całokształt, jaki przedstawiały rysunki.
Co było wyjątkowego w tym drzewie? Drzewo na wzgórzu… Helloise zanurkowała we wspomnienia Kniei. Dawno w niej nie była, lecz wciąż potrafiła w wyobraźni przejść leśnymi ścieżkami. Znała z pamięci wiele drzew, szczególnie tych starych i w jakiś sposób charakterystycznych. Wpatrując się w rysunki Guinevere, szukała czegoś znajomego.
// Percepcja — czy Helloise rozpoznaje to drzewo i wzgórze jako coś, co widziała kiedyś w Kniei Godryka? (O ile brak sztuk plastycznych Guinevere nie wpłynął aż tak na wierność oddania kształtu drzew i górki? IDK)
Rzut Z 1d100 - 88
Sukces!
Sukces!
dotknij trawy