09.08.2026, 16:10 ✶
Sytuacja z maledictusem zostawiła go skołowanym i roztrzęsionym. Złożył zeznania włoskiej magicznej policji, a to, co powiedział, pamiętał jak przez mgłę. Coś o cuchnącym szlamie, o klątwie dotykającej tylko kobiety, o której do niedawna nic nie wiedział. O tym, że ziemia się zapadła, przemilczając jednocześnie, że Leviathan zatrzasnął za sobą drzwi. Wreszcie, kiedy domyślili się, że od zszokowanego chłopaka wcale nie dowiedzą się tak wiele, wrócił do pokoju i wziął długi prysznic. Zmył z siebie odór siarki, a ubrania wyprał magią. To nie był jednak koniec wieczoru.
Kiedy do Henia dotarła wieść, że reszta ekspedycji wróciła z jakichś lochów, bardziej pokiereszowana niż Leviathan i on, chłopak od razu pomyślał o Hestii. Jeszcze rankiem siedzieli w sadzie i robili kolaż, a teraz? Henry ruszył do pokoju Bletchleyówny i Ceolsige, wciąż z mokrymi włosami i w stroju, który służył mu za piżamę: w luźnym t-shircie, spodenkach sięgających kolan i klapkach.
Zdążył wypytać Hestię o wszelkie obrażenia, bardzo zaniepokojony o jej dobrostan. Na szczęście żyła, a jej rany opatrzono. Przez chwilę rękę trzymał na jej zdrowym ramieniu, bo nie bardzo mógł ją uściskać. Pocieszyć. Powiedzieć, że ta cała sytuacja była kompletnie pojebana i dobrze, że się skończyła.
Może trochę wyglądali jak gołąbeczki, siedząc obok siebie na tej kanapie. No ale co w tym dziwnego, że martwił się o swoją przyjaciółkę? Chociaż, gdy przyszła Ceolsige, zdecydowanie w cięższym stanie, Heniowi zrobiło się głupio, że zapomniał zapytać o nią. A przeszli przecież razem przez Dunwich.
– Nic mi się nie stało. Jakimś cudem – westchnął. – No właśnie. Przygniecienie grotą solną brzmi strasznie. Szczególnie, że… – Nie, to nie była jego wina. To Leviathan zatrzasnął się z maledictusem w grocie. Oczywiście jego Henry też nie chciał o nic oskarżać, bo może podłoga zaczęła opadać niezależnie od jego działań? – Kobiety, ryby i macki? Matko… Ja pierdolę, co się u was tam stało?
Zdziwiła go też wzmianka o mafii. Zmarszczył brwi.
– Nie, nie, u mnie… Ech… Zacznę od początku. – Usiadł wygodniej i splótł dłonie na kolanach. – Basil zabrał mnie i Leviathana na drinki i pijany uznał, że wspaniałym pomysłem będzie zabranie nas do zamkniętej solnej groty. No i schodzimy tam, już na wejściu koszmarnie jedzie siarką. A w basenie siedziało wielkie, oszlamione, żabopodobne coś. Wytaczało z siebie nie tylko odór, ale też szlam, którego woleliśmy nie dotykać. Ukryliśmy się najpierw za barem, gdzie znaleźliśmy pocztówkę z trzema dziewczynami: Indianką, Azjatką i Afrykanką, zaadresowaną do jakiegoś Marco. Leviathan natomiast stwierdził, że ten potwór to maledictus, zaklęta kobieta. Najpierw próbowałem przekonać ją, żeby się przemieniła i prawie się udało, ale Leviathan pokazał jej pocztówkę i to spowolniło przemianę. A jeszcze ten maledictus zaczął wydzielać z siebie jakiś gaz i prawie byśmy się tam podusili, gdybyśmy nie wyważyli drzwi. Bo wyobraźcie sobie, że ktoś nas tam zamknął. Nie wiem, kto. Ale wydostaliśmy się i poszliśmy do tego całego Marco, masażysty z naszego hotelu. To równy gość, wskazał nam dziewczyny z pocztówki, a Azjatka, Seo-yeon okazała się naszą główną podejrzaną na bycie maledictusem. A jej dwie koleżanki to też maledictusy, jak ona, ale były w ludzkiej formie. Atsa i Nala chciały jej pomóc wyrwać się z tego stanu. Mówiły coś o jakiejś Ogamie, co została skażona przez Nanban-jin. Cokolwiek to znaczy. Kiedy rozmawiałem z nimi, Leviathan miał sprawdzić, czy zamknęliśmy Seo-yeon w środku, ale gdy razem z Atsą, Nalą i Marco dotarliśmy do groty, okazało się, że on zamknął się w środku z maledictusem, a drzwi zaklął tak, by się skleiły z framugą. Udało mi się jednak przeciąć skutki jego zaklęcia. Wtedy ziemia zaczęła się walić w grocie, tam, gdzie był maledictus. Wyczarowałem linę i wyciągnąłem stamtąd tego idio… znaczy no, Leviathana – powstrzymał się przed obelgą, choć ta cisnęła mu się na usta. – I tyle. Dziewczyny poszły zanim zszedłem po Leviathana, więc przynajmniej one się nie przemieniły.
Kiedy do Henia dotarła wieść, że reszta ekspedycji wróciła z jakichś lochów, bardziej pokiereszowana niż Leviathan i on, chłopak od razu pomyślał o Hestii. Jeszcze rankiem siedzieli w sadzie i robili kolaż, a teraz? Henry ruszył do pokoju Bletchleyówny i Ceolsige, wciąż z mokrymi włosami i w stroju, który służył mu za piżamę: w luźnym t-shircie, spodenkach sięgających kolan i klapkach.
Zdążył wypytać Hestię o wszelkie obrażenia, bardzo zaniepokojony o jej dobrostan. Na szczęście żyła, a jej rany opatrzono. Przez chwilę rękę trzymał na jej zdrowym ramieniu, bo nie bardzo mógł ją uściskać. Pocieszyć. Powiedzieć, że ta cała sytuacja była kompletnie pojebana i dobrze, że się skończyła.
Może trochę wyglądali jak gołąbeczki, siedząc obok siebie na tej kanapie. No ale co w tym dziwnego, że martwił się o swoją przyjaciółkę? Chociaż, gdy przyszła Ceolsige, zdecydowanie w cięższym stanie, Heniowi zrobiło się głupio, że zapomniał zapytać o nią. A przeszli przecież razem przez Dunwich.
– Nic mi się nie stało. Jakimś cudem – westchnął. – No właśnie. Przygniecienie grotą solną brzmi strasznie. Szczególnie, że… – Nie, to nie była jego wina. To Leviathan zatrzasnął się z maledictusem w grocie. Oczywiście jego Henry też nie chciał o nic oskarżać, bo może podłoga zaczęła opadać niezależnie od jego działań? – Kobiety, ryby i macki? Matko… Ja pierdolę, co się u was tam stało?
Zdziwiła go też wzmianka o mafii. Zmarszczył brwi.
– Nie, nie, u mnie… Ech… Zacznę od początku. – Usiadł wygodniej i splótł dłonie na kolanach. – Basil zabrał mnie i Leviathana na drinki i pijany uznał, że wspaniałym pomysłem będzie zabranie nas do zamkniętej solnej groty. No i schodzimy tam, już na wejściu koszmarnie jedzie siarką. A w basenie siedziało wielkie, oszlamione, żabopodobne coś. Wytaczało z siebie nie tylko odór, ale też szlam, którego woleliśmy nie dotykać. Ukryliśmy się najpierw za barem, gdzie znaleźliśmy pocztówkę z trzema dziewczynami: Indianką, Azjatką i Afrykanką, zaadresowaną do jakiegoś Marco. Leviathan natomiast stwierdził, że ten potwór to maledictus, zaklęta kobieta. Najpierw próbowałem przekonać ją, żeby się przemieniła i prawie się udało, ale Leviathan pokazał jej pocztówkę i to spowolniło przemianę. A jeszcze ten maledictus zaczął wydzielać z siebie jakiś gaz i prawie byśmy się tam podusili, gdybyśmy nie wyważyli drzwi. Bo wyobraźcie sobie, że ktoś nas tam zamknął. Nie wiem, kto. Ale wydostaliśmy się i poszliśmy do tego całego Marco, masażysty z naszego hotelu. To równy gość, wskazał nam dziewczyny z pocztówki, a Azjatka, Seo-yeon okazała się naszą główną podejrzaną na bycie maledictusem. A jej dwie koleżanki to też maledictusy, jak ona, ale były w ludzkiej formie. Atsa i Nala chciały jej pomóc wyrwać się z tego stanu. Mówiły coś o jakiejś Ogamie, co została skażona przez Nanban-jin. Cokolwiek to znaczy. Kiedy rozmawiałem z nimi, Leviathan miał sprawdzić, czy zamknęliśmy Seo-yeon w środku, ale gdy razem z Atsą, Nalą i Marco dotarliśmy do groty, okazało się, że on zamknął się w środku z maledictusem, a drzwi zaklął tak, by się skleiły z framugą. Udało mi się jednak przeciąć skutki jego zaklęcia. Wtedy ziemia zaczęła się walić w grocie, tam, gdzie był maledictus. Wyczarowałem linę i wyciągnąłem stamtąd tego idio… znaczy no, Leviathana – powstrzymał się przed obelgą, choć ta cisnęła mu się na usta. – I tyle. Dziewczyny poszły zanim zszedłem po Leviathana, więc przynajmniej one się nie przemieniły.
Złoty chłopiec
Przymruż złociste światełka,
Ukryj się pod matki rąbek,
Nim cię zgubi śronu ząbek
Lub chłodnej rosy perełka.
Przymruż złociste światełka,
Ukryj się pod matki rąbek,
Nim cię zgubi śronu ząbek
Lub chłodnej rosy perełka.