10.08.2026, 19:24 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.08.2026, 19:40 przez Aaron Andrew Moody.)
— Ale proszę się tutaj pani szanowna nie unosić, bo naprawdę nie jest to pani sprawa — zapieklił się nieco mężczyzna, gdy Lorien zaczęła stawiać przed nim kolejne pytania, odciągając uwagę od brata bliźniaka, który świętoszkowato splótł ręce przed sobą, strugając głupa. Wójt miał krewki temperament, co brat często wykorzystywał, ale nie tym razem! W obronnym geście podniósł więc rękę, w której dotychczas ściskał coś, co podejrzanie przypominało gąsior z bimbrem, jak gdyby próbował załagodzić wymianę zdań z Lorien. Aaron wątpił jednak, aby alkohol przeznaczony był do degustacji, zwłaszcza, że w drugiej ręce — tej wzniesionej oskarżycielsko chwilę wcześniej w stronę proboszcza — wójt trzymał pudełko zapałek. Czyżby ten szaleniec przyszedł tutaj grozić podpaleniem plebanii? — Pani kompletnie nie o czym pani mówi, bo… — zaczął spokojniej wójt, ale w tym momencie Moody stracił już wszelką cierpliwość.
— Moja żona może mówić co jej się żywnie podoba — zapieklił się nagle, nie dbając wcale o to, że wójt zszedł na niższy rejestr głosowy. "Pan szanowny" lepiej niech sobie przypomni, że do kobiet należy zwracać się z odpowiednią dozą szacunku. Od razu też zaczął mu wyliczać kolejne przewinienia, w tej jakże charakterystycznej dla stróża prawa manierze, polegającym na nieustannym doszukiwaniu się czyjejś winy celem zyskania nad nim przewagi nie tyle osobistej, ale i systemowej. — A pan to w ogóle posiadasz odpowiednią licencję na pędzenie bimbru, że tak się z tym swoim samogonem obnosisz? Czy może państwo łajdacko z akcyzy okradasz?
Widać było, że aż w nim krew wrzała gorąca, wyrywał się, żeby przeprosin żądać: tak jako przed ludźmi, tak i przed… Tym, no… Bogiem. A jak nie przeprosi, to będzie się satysfakcji domagał! Dusza się potężna burzyła w tym człowieku, choć wzrostem potężny nie był: a choć temperament jego nie współgrał z tężyzną, była w Aaronie niepokojąca intensywność, która powodowała, że ludzie zwykli słuchać tego, co mówi.
— Pan niech lepiej po dżentelmeńsku przeprosi żonę za swoje zachowanie, bo ja tu przeprosin żądam i nie ręczę za siebie jak przeprosin nie dostanę.
— Ejże, uspokój się pan, co się pan rzucasz jak okoń w przerębli — burknął poirytowany wójt, a jednak przestał wymachiwać rękoma, i zdecydowanie spuścił z tonu. To nie tak, że chciał się kłócić z bratem przy ludziach! To była sprawa tylko i wyłącznie między bliźniakami, i taką powinna pozostać.
"A pan to tak w ogóle kto?"
— Upraszam o wybaczenie, ale jestem wójtem tutejszej gminy, droga pani — nie stracił bynajmniej rezonu Wolfgoat, który przekonany był, że potrafi zachować się w każdej sytuacji. Tym razem zwrócił się wprost do Lorien. — Samorządowiec, społecznik… — Zmiarkował się, zdając sobie sprawę, że nie pomaga swojej sprawie wymachując bimbrem i zapałkami, których chciał użyć przeciwko bratu, dla niepoznaki odstawił więc gąsior na bok, a zapałki schował do kieszeni. — …Brat tego tutaj sprzedawczyka — dokończył, patrząc w stronę księdza, który zacisnął palce na drewnianym stojaku z krzyżem w kącie, jak gdyby szykował się do pojedynku w imię boże. — Biskup się będzie pytał, co z wodą dla biednych dzieci z Afryki, co żeśmy ją zbierali z inicjatywy pana Morpheusa Longbottoma. Jeden funt brytyjski za każdy jeden galon wody. Wszystko poszłoby na budowanie studni w Afryce! Już nawet umyśliliśmy, na którą misję przekazać. Dobrą wolę wykazałem. Zaangażowałem cię w to wszystko, bo jak już tym całym Afrykańcom dawać, to w końcu braciom naszym, chrześcijanom — nie jakimś dzikusom bezbożnym. A ty tak za moimi plecami, ty, podły… — Wójt potarł sumiastego wąsa, widocznie próbując zachować spokój: poza tym, że wciąż był leciutko czerwony, szło mu wcale dobrze, bo minę miał poważną, marsową; widać było, że na sprawie mu zależy, dlatego jest gniewnym. Na przemian to zerkał to na brata, to na Lorien (może tylko trochę na Aarona, który stał wsparty o oparcie jej krzesła, ale uspokoił się, gdy tylko przeprosiny usłyszał). — Jeden funt brytyjski za jeden galon wody, proszę państwa!! A wiecie, ile funtów na PKB per capita przypada poszczególnym państwom afrykańskim? Ano, nie wiecie. W Rwandzie były to dwa lata temu zaledwie 63 funty, a w Zairze — 76 funtów. A w Burundi, wiecie państwo w ogóle, gdzie jest Burundi? Tam roczna produkcja w przeliczeniu na mieszkańca wynosiła 2 razy mniej, ledwie 29 funtów, krucafuks! Tam w Afryce są biedni ludzie, nieporadni. Pomóc rzeczywiście im trzeba, bo tego odpowiedzialność historyczna wymaga… Ale nie teraz, nie teraz! Dopierośmy się sami podnieśli po katastrofie. Ale ten oto syn judaszowy biskupa zaprasza, kiedy chaos w narodzie, bo za tydzień rozstrzygnięcie akcji charytatywnej. Cała zebrana woda została wykorzystana podczas tych straszliwych pożarów, nijak dociec, kto nazbierał najwięcej… Nie wiadomo nawet, kto nazbierał ile! A biskup na ambonie stanie, rozpocznie perorę, wyrzutów sumienia wszystkim w wiosce narobi. Już moja mała Claudia się popłakała dzisiaj, że wody dla Murzynków nie starczy, bo ledwie beczkę deszczówki nazbieraliśmy od czasu Spalonej Nocy. A pani Folchart pokłóciła się ze wszystkimi sąsiadkami, bo utrzymuje, że w zeszyciku zapisywała wodę, więc powinno się jej wkład uznać za największy, choć dowodów na to żadnych nie ma… Wszyscy mnie wołają, żebym sprawę sprawiedliwie rozsądził, a sprawiedliwe się przecież nie da. No i po co ferment siać wśród ludu? Przedłużylibyśmy akcję na spokojnie, ale nie, bo ty na biskupa przecież chcesz się wybić! Wykazać się, żeby cię w kurii awansowali. A bo może niedobrze ci tutaj, sanhedryńczyku? Faryzeuszu ty przebrzydły, ty! Ty, ty… Ty trąbo jerychońska! Bogu dać co boskie, trąbicie, a cesarzowi co cesarskie. A ja to ci co najwyżej mogę dać w nos, plebanie zafajdany. — Wójt pogroził równie czerwonemu na twarzy bratu zaciśniętą pięścią. — Żadnej wizyty biskupa nie będzie! — zagrzmiał.
Aaron na początku wydawał się sytuacją poirytowany. Niespecjalnie interesował go konflikt między proboszczem a wójtem, którzy wymieniali się coraz to bardziej fantazyjnymi inwektywami. Nie słuchał ich zbyt uważnie. Zastanawiał się, jakiej wymówki użyć, żeby mogli razem z Lorien jak najszybciej opuścić plebanię. Zmarszczył jednak brwi, gdy usłyszał o akcji charytatywnej zorganizowanej przez rodzinę Longbottom. Rzeczywiście, pomysł był zmyślny, zdążył już zapomnieć o tej akcji. Być może mieszkańcy Doliny Godryka niemagicznego pochodzenia zdołali dzięki temu ocalić część swojego dobytku. Szkoda, że nie pomogło to w żaden sposób Warowni.
Coś w sercu Moody'ego ścisnęło się na tę myśl.
Patrząc na kłócących się z sobą mugoli nie czuł już irytacji. Czuł coś skomplikowanego, czego nie umiał do końca nazwać. Często tak się czuł, gdy zawiódł, gdy musiał rozłożyć bezradnie ręce, bo nie dało się zrobić dla sprawy niczego więcej, jak zamknąć śledztwo. Chyba im współczuł. Współczuł tym ludziom, że nie wiedzieli lepiej. Nawet jeżeli mugolska naiwność nie szła w parze z niewinnością, nie była to przecież ich wojna. Co ten głupi proboszcz mógł wiedzieć o planach Voldemorta? Co wójt mógł wiedzieć o atakach Śmierciożerców? Gdy wójt mówił o odpowiedzialności historycznej za kolonializm, Aaron miał ochotę zaśmiać się gorzko. Mugole nie byli przecież świadomi, że sami muszą polegać na cudzej łasce, ażeby przeżyć. Aaron uważał kodeks tajności za doskonały kompromis. Jednostki słabe należało bowiem chronić, także przed nimi samymi. A mugole byli słabi. Jak wiele wojen wywołali za przyczyną swej słabości? Nie umiał im jednak nie współczuć. Nikt nie przejmował się losem myszy pożartej przez kota, bo takie było już prawo natury, że silniejszy zabija słabszego. A jednak bolał widok kota przejechanego przez samochód na zboczu drogi. Bo zabiło go coś nienaturalnego, coś nienależącego do porządku świata, do jakiego należało zwierzę. W tym momencie nawet łaskawość Longbottomów wydała mu się śmieszną: mogli pomóc mugolom ocalić życie i dobytek przed pożarami, ale po wszystkim ingerencja w świat niemagiczny jak zawsze kończyła się nieporozumieniem. Bo oto miał przed sobą mugoli, którzy kłócili się o tę samą wodę, która miała im pomóc przetrwać Spaloną Noc.
Aaron przysiadł obok Lorien, nie zdjął jednak ręki z oparcia jej krzesła. Wcześniej był gniewny, ale teraz wydawał się zamyślony. Wolną ręką szarpał wąsa, dziwnie przejęty. Nie mógł zbawić całego świata. Nikt nie mógł, nawet bogowie, chociaż każdy jeden z nich obiecywał swoim wyznawcom zbawienie, a przynajmniej coś na kształt zbawienia.
Wbrew pozorom, Moody nie zawsze miał z religią na pieńku. Dawno temu, gdy był jeszcze dzieciakiem ledwo odrosłym od ziemi, babka zabierała go z sobą do kowenu. Za przyzwoite zachowanie przyobiecane miał po powrocie do domu łakocie. Nie byle jakie! Wizyty u babci zawsze miały mu się już kojarzyć z jej bułkami drożdżowymi z dżemem. Nie żeby zawsze zachowywał się przyzwoicie… Kiedyś strasznie mu się nudziło na nabożeństwie, więc postanowił zacząć praktykować magię bezróżdżkową. Nie żeby miał jakiś wybór, skoro własnej różdżki jeszcze wtedy nie posiadał. Ale niektórzy bardzo utalentowani aurorzy zaznajomieni byli z arkanami tej sztuki: ojciec mu o tym opowiadał, więc musiała to być prawda. A że Aaron zamierzał zostać najlepszym aurorem w całej wielkiej Anglii, musiał zacząć wprawiać się w magii bezróżdżkowej jak najszybciej, żeby móc ich wszystkich przewyższyć.
Zapatrzył się więc w stojący przy ołtarzu lichtarz, na którym płonęła chyba z setka świec. Wyobraził sobie, że wybuchają ku czci bogini jak fajerwerki na festynie… Kto bowiem nie lubił fajerwerków? Albo festynów? Przypatrywał się z uwagą posągowi Matki, górującym nad wiernymi. Odblask płomieni świec zdawał się tańczyć w jej nieruchomych oczach. Wierzył w nią wiarą dziecka, naiwną, i pełną zachwytu. Może dlatego tak silną niechęć poczuł, gdy korpulentna matrona z ogromną tiarą na głowie wpakowała się do ławki tuż przed nim, przesłaniając mu widok na ołtarz.
W tym samym momencie jej niedorzeczny kapelusz zajął się ogniem.
Babka trzepnęła go po łapach, które zacisnął na znalezionym w kowenowej ławce śpiewniku, wyginając go w rulon imitujący różdżkę. Pociągnęła wnuka za fraki w stronę dalszej nawy kaplicy, a potem na zewnątrz, zanim ktoś zorientował się, że pożar był jego dziełem.
"Dziecko, tak nie można się zachowywać, a już na pewno nie w kowenie. Matka na ciebie patrzy!", jęknęła pani Moody.
"Tylko Matka?", spytał rozczarowany Aaron. Z tego, co mu wtłoczono z katechizmu do głowy, wyciągnął bowiem, że bogini występuje pod trzema postaciami: Dziewicy, Matki i Staruchy.
Uważał, że wszystkie trzy zasługiwały na zobaczenie jego sztuczki.
A drożdżówkę i tak dostał, bo okazało się, że babka nie znosiła pani Rigby odkąd tamta zasłoniła ją szerokim rondem swojego kapelusza na pamiątkowym zdjęciu ze spotkania kowenowego chóru. Dobrze, że nie powiedziała o niczym ojcu, bo pewnie dostałby niezłe manto. Ale wtedy był przecież tylko głupim dzieciakiem, miał może ledwie z pięć lat. Teraz miał pięćdziesiąt, a jego stosunek do bogów wyglądał zgoła inaczej.
Nie wiedział nawet kiedy jego dłoń odnalazła dłoń Lorien. Powinniśmy stąd iść, pomyślał. A jednak nie ruszył się z miejsca, niemo przypatrując się krzyczącym na siebie braciom. Zmęczony był już ich krzykami. Zarówno wójt jak i proboszcz zapomnieć musieli o ich obecności na plebanii, choć teraz mówili coś o samochodzie… Powinniśmy stąd iść, chciał powiedzieć Lorien. Zamiast tego ścisnął delikatnie jej dłoń, patrząc jak pleban rzuca w wójta Biblią.
— To którego obstawiasz? — spytał cicho.
— Moja żona może mówić co jej się żywnie podoba — zapieklił się nagle, nie dbając wcale o to, że wójt zszedł na niższy rejestr głosowy. "Pan szanowny" lepiej niech sobie przypomni, że do kobiet należy zwracać się z odpowiednią dozą szacunku. Od razu też zaczął mu wyliczać kolejne przewinienia, w tej jakże charakterystycznej dla stróża prawa manierze, polegającym na nieustannym doszukiwaniu się czyjejś winy celem zyskania nad nim przewagi nie tyle osobistej, ale i systemowej. — A pan to w ogóle posiadasz odpowiednią licencję na pędzenie bimbru, że tak się z tym swoim samogonem obnosisz? Czy może państwo łajdacko z akcyzy okradasz?
Widać było, że aż w nim krew wrzała gorąca, wyrywał się, żeby przeprosin żądać: tak jako przed ludźmi, tak i przed… Tym, no… Bogiem. A jak nie przeprosi, to będzie się satysfakcji domagał! Dusza się potężna burzyła w tym człowieku, choć wzrostem potężny nie był: a choć temperament jego nie współgrał z tężyzną, była w Aaronie niepokojąca intensywność, która powodowała, że ludzie zwykli słuchać tego, co mówi.
— Pan niech lepiej po dżentelmeńsku przeprosi żonę za swoje zachowanie, bo ja tu przeprosin żądam i nie ręczę za siebie jak przeprosin nie dostanę.
Pomyślałam, że z tym zastraszaniem i dowodzeniem Aarona wójt wolałby sytuację załagodzić?
— Ejże, uspokój się pan, co się pan rzucasz jak okoń w przerębli — burknął poirytowany wójt, a jednak przestał wymachiwać rękoma, i zdecydowanie spuścił z tonu. To nie tak, że chciał się kłócić z bratem przy ludziach! To była sprawa tylko i wyłącznie między bliźniakami, i taką powinna pozostać.
"A pan to tak w ogóle kto?"
— Upraszam o wybaczenie, ale jestem wójtem tutejszej gminy, droga pani — nie stracił bynajmniej rezonu Wolfgoat, który przekonany był, że potrafi zachować się w każdej sytuacji. Tym razem zwrócił się wprost do Lorien. — Samorządowiec, społecznik… — Zmiarkował się, zdając sobie sprawę, że nie pomaga swojej sprawie wymachując bimbrem i zapałkami, których chciał użyć przeciwko bratu, dla niepoznaki odstawił więc gąsior na bok, a zapałki schował do kieszeni. — …Brat tego tutaj sprzedawczyka — dokończył, patrząc w stronę księdza, który zacisnął palce na drewnianym stojaku z krzyżem w kącie, jak gdyby szykował się do pojedynku w imię boże. — Biskup się będzie pytał, co z wodą dla biednych dzieci z Afryki, co żeśmy ją zbierali z inicjatywy pana Morpheusa Longbottoma. Jeden funt brytyjski za każdy jeden galon wody. Wszystko poszłoby na budowanie studni w Afryce! Już nawet umyśliliśmy, na którą misję przekazać. Dobrą wolę wykazałem. Zaangażowałem cię w to wszystko, bo jak już tym całym Afrykańcom dawać, to w końcu braciom naszym, chrześcijanom — nie jakimś dzikusom bezbożnym. A ty tak za moimi plecami, ty, podły… — Wójt potarł sumiastego wąsa, widocznie próbując zachować spokój: poza tym, że wciąż był leciutko czerwony, szło mu wcale dobrze, bo minę miał poważną, marsową; widać było, że na sprawie mu zależy, dlatego jest gniewnym. Na przemian to zerkał to na brata, to na Lorien (może tylko trochę na Aarona, który stał wsparty o oparcie jej krzesła, ale uspokoił się, gdy tylko przeprosiny usłyszał). — Jeden funt brytyjski za jeden galon wody, proszę państwa!! A wiecie, ile funtów na PKB per capita przypada poszczególnym państwom afrykańskim? Ano, nie wiecie. W Rwandzie były to dwa lata temu zaledwie 63 funty, a w Zairze — 76 funtów. A w Burundi, wiecie państwo w ogóle, gdzie jest Burundi? Tam roczna produkcja w przeliczeniu na mieszkańca wynosiła 2 razy mniej, ledwie 29 funtów, krucafuks! Tam w Afryce są biedni ludzie, nieporadni. Pomóc rzeczywiście im trzeba, bo tego odpowiedzialność historyczna wymaga… Ale nie teraz, nie teraz! Dopierośmy się sami podnieśli po katastrofie. Ale ten oto syn judaszowy biskupa zaprasza, kiedy chaos w narodzie, bo za tydzień rozstrzygnięcie akcji charytatywnej. Cała zebrana woda została wykorzystana podczas tych straszliwych pożarów, nijak dociec, kto nazbierał najwięcej… Nie wiadomo nawet, kto nazbierał ile! A biskup na ambonie stanie, rozpocznie perorę, wyrzutów sumienia wszystkim w wiosce narobi. Już moja mała Claudia się popłakała dzisiaj, że wody dla Murzynków nie starczy, bo ledwie beczkę deszczówki nazbieraliśmy od czasu Spalonej Nocy. A pani Folchart pokłóciła się ze wszystkimi sąsiadkami, bo utrzymuje, że w zeszyciku zapisywała wodę, więc powinno się jej wkład uznać za największy, choć dowodów na to żadnych nie ma… Wszyscy mnie wołają, żebym sprawę sprawiedliwie rozsądził, a sprawiedliwe się przecież nie da. No i po co ferment siać wśród ludu? Przedłużylibyśmy akcję na spokojnie, ale nie, bo ty na biskupa przecież chcesz się wybić! Wykazać się, żeby cię w kurii awansowali. A bo może niedobrze ci tutaj, sanhedryńczyku? Faryzeuszu ty przebrzydły, ty! Ty, ty… Ty trąbo jerychońska! Bogu dać co boskie, trąbicie, a cesarzowi co cesarskie. A ja to ci co najwyżej mogę dać w nos, plebanie zafajdany. — Wójt pogroził równie czerwonemu na twarzy bratu zaciśniętą pięścią. — Żadnej wizyty biskupa nie będzie! — zagrzmiał.
Aaron na początku wydawał się sytuacją poirytowany. Niespecjalnie interesował go konflikt między proboszczem a wójtem, którzy wymieniali się coraz to bardziej fantazyjnymi inwektywami. Nie słuchał ich zbyt uważnie. Zastanawiał się, jakiej wymówki użyć, żeby mogli razem z Lorien jak najszybciej opuścić plebanię. Zmarszczył jednak brwi, gdy usłyszał o akcji charytatywnej zorganizowanej przez rodzinę Longbottom. Rzeczywiście, pomysł był zmyślny, zdążył już zapomnieć o tej akcji. Być może mieszkańcy Doliny Godryka niemagicznego pochodzenia zdołali dzięki temu ocalić część swojego dobytku. Szkoda, że nie pomogło to w żaden sposób Warowni.
Coś w sercu Moody'ego ścisnęło się na tę myśl.
Patrząc na kłócących się z sobą mugoli nie czuł już irytacji. Czuł coś skomplikowanego, czego nie umiał do końca nazwać. Często tak się czuł, gdy zawiódł, gdy musiał rozłożyć bezradnie ręce, bo nie dało się zrobić dla sprawy niczego więcej, jak zamknąć śledztwo. Chyba im współczuł. Współczuł tym ludziom, że nie wiedzieli lepiej. Nawet jeżeli mugolska naiwność nie szła w parze z niewinnością, nie była to przecież ich wojna. Co ten głupi proboszcz mógł wiedzieć o planach Voldemorta? Co wójt mógł wiedzieć o atakach Śmierciożerców? Gdy wójt mówił o odpowiedzialności historycznej za kolonializm, Aaron miał ochotę zaśmiać się gorzko. Mugole nie byli przecież świadomi, że sami muszą polegać na cudzej łasce, ażeby przeżyć. Aaron uważał kodeks tajności za doskonały kompromis. Jednostki słabe należało bowiem chronić, także przed nimi samymi. A mugole byli słabi. Jak wiele wojen wywołali za przyczyną swej słabości? Nie umiał im jednak nie współczuć. Nikt nie przejmował się losem myszy pożartej przez kota, bo takie było już prawo natury, że silniejszy zabija słabszego. A jednak bolał widok kota przejechanego przez samochód na zboczu drogi. Bo zabiło go coś nienaturalnego, coś nienależącego do porządku świata, do jakiego należało zwierzę. W tym momencie nawet łaskawość Longbottomów wydała mu się śmieszną: mogli pomóc mugolom ocalić życie i dobytek przed pożarami, ale po wszystkim ingerencja w świat niemagiczny jak zawsze kończyła się nieporozumieniem. Bo oto miał przed sobą mugoli, którzy kłócili się o tę samą wodę, która miała im pomóc przetrwać Spaloną Noc.
Aaron przysiadł obok Lorien, nie zdjął jednak ręki z oparcia jej krzesła. Wcześniej był gniewny, ale teraz wydawał się zamyślony. Wolną ręką szarpał wąsa, dziwnie przejęty. Nie mógł zbawić całego świata. Nikt nie mógł, nawet bogowie, chociaż każdy jeden z nich obiecywał swoim wyznawcom zbawienie, a przynajmniej coś na kształt zbawienia.
Wbrew pozorom, Moody nie zawsze miał z religią na pieńku. Dawno temu, gdy był jeszcze dzieciakiem ledwo odrosłym od ziemi, babka zabierała go z sobą do kowenu. Za przyzwoite zachowanie przyobiecane miał po powrocie do domu łakocie. Nie byle jakie! Wizyty u babci zawsze miały mu się już kojarzyć z jej bułkami drożdżowymi z dżemem. Nie żeby zawsze zachowywał się przyzwoicie… Kiedyś strasznie mu się nudziło na nabożeństwie, więc postanowił zacząć praktykować magię bezróżdżkową. Nie żeby miał jakiś wybór, skoro własnej różdżki jeszcze wtedy nie posiadał. Ale niektórzy bardzo utalentowani aurorzy zaznajomieni byli z arkanami tej sztuki: ojciec mu o tym opowiadał, więc musiała to być prawda. A że Aaron zamierzał zostać najlepszym aurorem w całej wielkiej Anglii, musiał zacząć wprawiać się w magii bezróżdżkowej jak najszybciej, żeby móc ich wszystkich przewyższyć.
Zapatrzył się więc w stojący przy ołtarzu lichtarz, na którym płonęła chyba z setka świec. Wyobraził sobie, że wybuchają ku czci bogini jak fajerwerki na festynie… Kto bowiem nie lubił fajerwerków? Albo festynów? Przypatrywał się z uwagą posągowi Matki, górującym nad wiernymi. Odblask płomieni świec zdawał się tańczyć w jej nieruchomych oczach. Wierzył w nią wiarą dziecka, naiwną, i pełną zachwytu. Może dlatego tak silną niechęć poczuł, gdy korpulentna matrona z ogromną tiarą na głowie wpakowała się do ławki tuż przed nim, przesłaniając mu widok na ołtarz.
W tym samym momencie jej niedorzeczny kapelusz zajął się ogniem.
Babka trzepnęła go po łapach, które zacisnął na znalezionym w kowenowej ławce śpiewniku, wyginając go w rulon imitujący różdżkę. Pociągnęła wnuka za fraki w stronę dalszej nawy kaplicy, a potem na zewnątrz, zanim ktoś zorientował się, że pożar był jego dziełem.
"Dziecko, tak nie można się zachowywać, a już na pewno nie w kowenie. Matka na ciebie patrzy!", jęknęła pani Moody.
"Tylko Matka?", spytał rozczarowany Aaron. Z tego, co mu wtłoczono z katechizmu do głowy, wyciągnął bowiem, że bogini występuje pod trzema postaciami: Dziewicy, Matki i Staruchy.
Uważał, że wszystkie trzy zasługiwały na zobaczenie jego sztuczki.
A drożdżówkę i tak dostał, bo okazało się, że babka nie znosiła pani Rigby odkąd tamta zasłoniła ją szerokim rondem swojego kapelusza na pamiątkowym zdjęciu ze spotkania kowenowego chóru. Dobrze, że nie powiedziała o niczym ojcu, bo pewnie dostałby niezłe manto. Ale wtedy był przecież tylko głupim dzieciakiem, miał może ledwie z pięć lat. Teraz miał pięćdziesiąt, a jego stosunek do bogów wyglądał zgoła inaczej.
Nie wiedział nawet kiedy jego dłoń odnalazła dłoń Lorien. Powinniśmy stąd iść, pomyślał. A jednak nie ruszył się z miejsca, niemo przypatrując się krzyczącym na siebie braciom. Zmęczony był już ich krzykami. Zarówno wójt jak i proboszcz zapomnieć musieli o ich obecności na plebanii, choć teraz mówili coś o samochodzie… Powinniśmy stąd iść, chciał powiedzieć Lorien. Zamiast tego ścisnął delikatnie jej dłoń, patrząc jak pleban rzuca w wójta Biblią.
— To którego obstawiasz? — spytał cicho.
I am the righteous hand of Justice
and I am ready to strike in her name
and I am ready to strike in her name