10.08.2026, 22:39 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.08.2026, 09:33 przez Hannibal Selwyn.)
Powiedział “nie”.
Jessie - poraniony, uparty, zbyt lojalny dla własnego dobra, piekielnie dzielny Jessie - powiedział “nie”.
Hannibal nie powinien się z tego cieszyć, ta decyzja mogła zgubić ich obu, a jednak - a jednak… pożegnanie, które miał na końcu języka zgasło w urwanym, gęstym oddechu, który nie miał nic wspólnego z szaloną ucieczką sprzed chwili. Zamrugał, patrząc na przyjaciela - nie kokieteryjne, przerysowane trzepotanie rzęsami, tylko autentyczne, zaskoczone mrugnięcie kogoś, kto nie dowierza, chociaż może powinien.
Ostatecznie każdy z nich był ostatnim, co pozostało drugiemu.
Umysł tym razem nawet nie osunął się w wygodną, uspokajającą fantazję o scenie do odegrania i Hannibal czuł wszystko boleśnie realnie. Jak wtedy. Przełknął głośno i skinął głową, zbyt słaby, zbyt mimo wszystko wczepiony w życie, by się nie zgodzić.
Wiesz, że możemy tu zginąć.
- Razem. Ja osłaniam, ty rozbijasz to gówno wokół - zaproponował szeptem, mając na myśli uniemożliwiające teleportację pole, słabo opalizujące w ciemnościach, niczym wielka mydlana bańka zajmująca niemal cały plac - W którą stronę?
Być może doświadczenie klątwołamacza mogło pomóc wybrać najdogodniejsze miejsce, by przełamać barierę.
Przestąpił z nogi na nogę, ustawiając się i przygotowując do biegu. Wolną, lewą ręką odnalazł prawą Jessiego.
Nie zostawię cię.
Odwrócenie od niego wzroku było najtrudniejszą rzeczą w jego życiu. Spojrzał na pusty plac. Gdzieś tam czaili się napastnicy
Palec Hannibala stuknął rytmicznie w wierzch dłoni Kelly’ego, trafiając w knykcie.
Raz.
Dwa.
Nie musieli się specjalnie umawiać, ich porozumienie było odruchowe, wypracowane tygodniami wspólnej ucieczki, a może latami przyjaźni.
Trzy.
Wystartowali jednocześnie i trzech kroków trzeba było, by za nimi rozległy się krzyki. Czterech, by rozpoczął się pościg. Potem Hannibal przestał liczyć, a potem zaczęły śmigać zaklęcia.
Rzucił strumieniem ognia przez ramię, przeklinając własną głupotę, bo mógł przecież zawczasu ukształtować tarczę. W biegu powtórzył swój wcześniejszy manewr z korytarza. Chmura piachu zasłoniła ich i uniemożliwiła celowanie tym z tyłu, ale nie z lewej, od strony wyjścia z budynku, skąd dobiegł nowy rozbłysk magii.
Był zielony, upiornie, znajomo zielony, ale z takiej odległości nie było szans, biegli szybko i może gdyby odbili w prawo, to-
Jessie wydał z siebie cichy, nieprzystający do sytuacji odgłos, potknął się i nagle stał się martwym ciężarem uwieszonym na wciąż zaciśniętej dłoni Hannibala. Selwyn poczuł zalewające go przerażenie.
- Nie! - sapnął, nie dbając nawet o posłanie jakiejś odpowiedzi w stronę śmierciożercy. Wyhamował wzniecając kurz, opadł na kolana, coś przemknęło mu nad głową.
- Nie! Jess! - zawołał, ignorując fruwające zaklęcia, które wciąż chybiały, bo Jessie leżał bez ruchu, wrogowie z jakiegoś powodu nie zbliżali się, ale Jessie się nie ruszał, nie ruszał się i chyba nie oddychał…
- JESS!!!
________________________
Hannibal usiadł gwałtownie, z walącym sercem i niejasnym wrażeniem, że obudził go krzyk. Wczorajsze burze oczyściły niebo i zbliżający się do pełni księżyc zaglądał przez okno do obcego pokoju, obcego łóżka, w którym Selwyn był sam.
Krzyk musiał być jego własny.
Przypomniał sobie, gdzie jest.
- Jess - niemal zakrztusił się własnym szeptem. Wyskoczył z pościeli i ostrożnie, by nie narobić więcej hałasu, podszedł do drzwi. To był sen, tylko sen i świadomość, że tamta rzeczywistość się nie stała, wyszarpnęła mu z piersi jakiś totalnie żałosny, niekontrolowany dźwięk. Jego oddech wciąż był nienaturalnie szybki, a pod powiekami tkwił odprysk wizji przyjaciela, leżącego bez życia twarzą w dół na ziemi i Hannibal musiał sprawdzić, upewnić się, jeżeli jeszcze w ogóle miał tej nocy zasnąć.
Tylko na chwilę, przekonywał sam siebie, wciąż jeszcze nie do końca przytomny, rzucę tylko okiem, zobaczę, czy oddycha.
Jessie zajmował sąsiedni pokój. Hannibal gorączkowo otworzył drzwi na korytarz.