11.08.2026, 00:40 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.08.2026, 00:45 przez Septima Ollivander.)
Wsunęła bączek do kieszeni płaszcza. Nie swojego.
Płaszcz zresztą wisiał na niej od kwadransa i ewidentnie nie zamierzała z tym nic robić. Nie poprawiła go, nie ściągnęła z ramion, wciąż nie podziękowała. Był o dwa rozmiary za duży i mieściła się w nim swobodnie, a to, co ją w tym trzymało, miało kształt jego pleców. Pod spodem robiło się jej za ciepło, wilgotno w zgięciu łokci i pod kolanami, a zimno zostało tylko na rumianych policzkach i na czubkach palców, tak że ciało miała podzielone na dwie części, z których jedna należała do samego lasu, a druga do niego. I przy każdym oddechu, kiedy materiał unosił się i opadał tuż pod jej nosem, wypuszczało z siebie tą swoją własną leśną woń — a to wszystko mieszało się już z jej włosami i z jej skórą i przestawało być wyłącznie Samuela.
Wtedy się odezwał, i zdanie musiało najpierw przejść przez tę część głowy, która wciąż zajmowała się płaszczem. Większe. Duży stos. Gałązki znikną w chwilę. Uniosła brew, jeszcze zwrócona do niego bokiem, i przez moment rozważała, czy poinformować go, że stoi przed nim osoba, która od siódmego roku życia potrafi ocenić na oko, ile pnia pójdzie w opał, a ile w warsztat. Nie zrobiła tego, bo po pierwsze to miał rację, a po drugie, to przez ostatnie dwa miesiące zdążyła się nauczyć, że Samuel nie poprawia ludzi bo jest mądralą, tylko po prostu mówi, to co widzi.
I dopiero na końcu, z tym swoim opóźnieniem, dotarło do niej to o niedźwiedzim grzbiecie. Ona prawie o tym również zapomniała. Prawie. Z tamtego wieczoru nie zostało jej właściwie nic — rozmyte twarze, urwane rozmowy, klisze tego co widziała cała sala. Były kolory, muzyka, było również kołysanie się pod żebrami po czwartym kieliszku wina i był jeden konkretny mężczyzna, przy którym przesiedziała całą noc, którą najpierw przetańczyła i którego imienia nie zamierzała w tym lesie wymawiać nawet w myślach. Jeszcze miesiąc temu, jej ciało niczym glina, pamiętało jedynie uścisk jego palców na jej talii. Reszta zaś, rozpuściła się bez śladu, jak klej w gorącej wodzie.
Septima przełożyła zerwaną gałąź z ręki do ręki, jakby to ona wymagała w tej chwili pilnej uwagi i wybrała pytanie, które prowadziło od niej najdalej.
— Niedźwiedź? Jaki? — Odgarnęła włosy nadgarstkiem, bo palce miała czarne od mokrej kory. — Uhm…Niedźwiedź. Brunatny, czarny? Czy przyszedł sam i trzeba się było z nim jakoś dogadać?
Poprowadziła go w dół, ku strudze, tam gdzie grunt zaczynał się osuwać, a buty zapadały się w podstępną wilgoć. Dwa razy nadłożyli drogi, ale za to nie musiała przechodzić przez wykroty, na których stopa mogłaby się jej obrócić. Bo choć była rzemieślnikiem, las szanowała i czciła tak jak tylko jej własna dusza na to pozwalała, to nie oznaczało, że była zwinna i gibka jak młoda sarna.
Przystanęła w miejscu, gdzie ścieżka po prostu przestawała być ścieżką — nie skręcała i nie rozwidlała się, tylko traciła wydeptanie. Za tą granicą runo rosło gęściej i inaczej, wysokie do kolan, nietknięte psami ani rowerami, a dziesięć kroków dalej stało drzewo grubsze niż ona sama z rozłożonymi ramionami, ogłowione dawno temu tak, że korona rozchodziła się z jednego miejsca w kilkanaście ramion naraz, niczym dłoń rozwarta w połowie gestu.
— Stąd nic nie bierzemy — powiedziała, i dopiero potem pokazała podbródkiem cały pień, od korzeni po rozdwojenie. — Leśny pomnik — dodała, kiwając głową tak jak kiwało się rzeczom, którym oddawać się miało szacunek. — Mówią, że niby wciąż coś na nim kwitnie na zimę i traci liście na wiosnę. Sama tego nie widziałam, ale czuć od niego magię. Legenda głosi, że wiele lat temu powiesił się na nim pewien mężczyzna, kiedy rzuciła go narzeczona — wzruszyła ramionami, bo tylko jedną wersję z wielu znała.
Za to wiedziała, że stąd się nie zbierało się grzybów, choćby rosły jak po ulewie, i że jak szło się tędy po zmroku i ktoś zawołać miał po imieniu, to odpowiadać nie można było.
— Nasza sosna jest tam, tam po lewo.
Odchrząknęła, pokazując palcem tam, gdzie światło schodziło już licho, w brunatny półmrok gęsty jak zaprawa.
Płaszcz zresztą wisiał na niej od kwadransa i ewidentnie nie zamierzała z tym nic robić. Nie poprawiła go, nie ściągnęła z ramion, wciąż nie podziękowała. Był o dwa rozmiary za duży i mieściła się w nim swobodnie, a to, co ją w tym trzymało, miało kształt jego pleców. Pod spodem robiło się jej za ciepło, wilgotno w zgięciu łokci i pod kolanami, a zimno zostało tylko na rumianych policzkach i na czubkach palców, tak że ciało miała podzielone na dwie części, z których jedna należała do samego lasu, a druga do niego. I przy każdym oddechu, kiedy materiał unosił się i opadał tuż pod jej nosem, wypuszczało z siebie tą swoją własną leśną woń — a to wszystko mieszało się już z jej włosami i z jej skórą i przestawało być wyłącznie Samuela.
Wtedy się odezwał, i zdanie musiało najpierw przejść przez tę część głowy, która wciąż zajmowała się płaszczem. Większe. Duży stos. Gałązki znikną w chwilę. Uniosła brew, jeszcze zwrócona do niego bokiem, i przez moment rozważała, czy poinformować go, że stoi przed nim osoba, która od siódmego roku życia potrafi ocenić na oko, ile pnia pójdzie w opał, a ile w warsztat. Nie zrobiła tego, bo po pierwsze to miał rację, a po drugie, to przez ostatnie dwa miesiące zdążyła się nauczyć, że Samuel nie poprawia ludzi bo jest mądralą, tylko po prostu mówi, to co widzi.
I dopiero na końcu, z tym swoim opóźnieniem, dotarło do niej to o niedźwiedzim grzbiecie. Ona prawie o tym również zapomniała. Prawie. Z tamtego wieczoru nie zostało jej właściwie nic — rozmyte twarze, urwane rozmowy, klisze tego co widziała cała sala. Były kolory, muzyka, było również kołysanie się pod żebrami po czwartym kieliszku wina i był jeden konkretny mężczyzna, przy którym przesiedziała całą noc, którą najpierw przetańczyła i którego imienia nie zamierzała w tym lesie wymawiać nawet w myślach. Jeszcze miesiąc temu, jej ciało niczym glina, pamiętało jedynie uścisk jego palców na jej talii. Reszta zaś, rozpuściła się bez śladu, jak klej w gorącej wodzie.
Septima przełożyła zerwaną gałąź z ręki do ręki, jakby to ona wymagała w tej chwili pilnej uwagi i wybrała pytanie, które prowadziło od niej najdalej.
— Niedźwiedź? Jaki? — Odgarnęła włosy nadgarstkiem, bo palce miała czarne od mokrej kory. — Uhm…Niedźwiedź. Brunatny, czarny? Czy przyszedł sam i trzeba się było z nim jakoś dogadać?
Poprowadziła go w dół, ku strudze, tam gdzie grunt zaczynał się osuwać, a buty zapadały się w podstępną wilgoć. Dwa razy nadłożyli drogi, ale za to nie musiała przechodzić przez wykroty, na których stopa mogłaby się jej obrócić. Bo choć była rzemieślnikiem, las szanowała i czciła tak jak tylko jej własna dusza na to pozwalała, to nie oznaczało, że była zwinna i gibka jak młoda sarna.
Przystanęła w miejscu, gdzie ścieżka po prostu przestawała być ścieżką — nie skręcała i nie rozwidlała się, tylko traciła wydeptanie. Za tą granicą runo rosło gęściej i inaczej, wysokie do kolan, nietknięte psami ani rowerami, a dziesięć kroków dalej stało drzewo grubsze niż ona sama z rozłożonymi ramionami, ogłowione dawno temu tak, że korona rozchodziła się z jednego miejsca w kilkanaście ramion naraz, niczym dłoń rozwarta w połowie gestu.
— Stąd nic nie bierzemy — powiedziała, i dopiero potem pokazała podbródkiem cały pień, od korzeni po rozdwojenie. — Leśny pomnik — dodała, kiwając głową tak jak kiwało się rzeczom, którym oddawać się miało szacunek. — Mówią, że niby wciąż coś na nim kwitnie na zimę i traci liście na wiosnę. Sama tego nie widziałam, ale czuć od niego magię. Legenda głosi, że wiele lat temu powiesił się na nim pewien mężczyzna, kiedy rzuciła go narzeczona — wzruszyła ramionami, bo tylko jedną wersję z wielu znała.
Za to wiedziała, że stąd się nie zbierało się grzybów, choćby rosły jak po ulewie, i że jak szło się tędy po zmroku i ktoś zawołać miał po imieniu, to odpowiadać nie można było.
— Nasza sosna jest tam, tam po lewo.
Odchrząknęła, pokazując palcem tam, gdzie światło schodziło już licho, w brunatny półmrok gęsty jak zaprawa.
Kocham drewno i duże bicepsy.