11.08.2026, 00:22 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.08.2026, 00:47 przez Benjy Fenwick.)
Pokiwałem głową, chociaż mina, którą zrobiłem, wyraźnie mówiła, że w dalszym ciągu kompletnie nie rozumiałem, dlaczego nie mogliśmy policzyć tego od razu - dla mnie sprawa była prosta - mieliśmy wiatr, miałem nogi, mieliśmy wysokość, więc wystarczyło wszystko ze sobą połączyć i już wiedzielibyśmy, co z tego wychodziło. Pruey oczywiście musiała najpierw przemyśleć każdy możliwy szczegół, pewnie zanotować pogodę, rodzaj kamienia, kierunek wiatru, długość mojego kroku i jeszcze kilka rzeczy, o których nawet nie wiedziałem, że istniały. Właściwie… Im dłużej na nią spoglądałem, tym bardziej dochodziłem do wniosku, iż chociaż jej logika była dla mnie jedną wielką niewiadomą, ani trochę nie zdziwiła mnie taką a nie inną odpowiedzią. Sam wcale nie uważałem, że musieliśmy tworzyć skomplikowany plan badawczy z całym mnóstwem przygotowań przed przejściem do części praktycznej, zdążyłem jednak całkiem przywyknąć do tego, że gdy tylko pojawiały się jakieś wyjątkowo złożone i skomplikowane czynniki, które należało uznać za tak poważne, by wziąć je pod lupę, Pruey chyba nie znała pojęcia „zróbmy to od razu”, nawet jeśli chodziło o coś, co naprawdę ją interesowało.
- Dobra, dobra, nie tera. - Uniosłem dłonie w geście poddania, chociaż w dalszym ciągu wymownie uśmiechałem się pod nosem, dając jej tym samym do zrozumienia, co tak naprawdę sądziłem o przymusowym odroczeniu testów sprawnościowych - nie mogła mi kazać czekać miesiąca, jak już miała tworzyć jakiś plan, chciałem brać w tym udział - wiedziała zresztą, że nie byłem dobry w czekaniu, szczególnie kiedy uważałem, że coś mogło być ciekawe. Nie miałem jednak najmniejszych wątpliwości, że jeśli kiedyś naprawdę stałoby się coś, o czym właśnie rozmawialiśmy, zrobiłaby dokładnie to, co obiecała.
- Nie wiem, czy chcę, żebyś testowała na mnie jakieś zaklęcie. - Przyznałem z pewnym ociąganiem i zastanowiłem się chwilę. - Chociaż… Jeśli znajdziesz takie, które chyba działa, możemy to sprawdzić. Tylko najpierw na kimś innym. Na przykład na jakimś Ślizgonie. Może na Shafiqu? Albo Traversie? - Podsunąłem, ani przez sekundę nie dając do zrozumienia, że mógłbym żartować, nawet nie drgnęła mi powieka, nie byłem aż tak głupi, żeby od razu zostać pierwszym człowiekiem, na którym sprawdziłaby, czy można komuś jakoś magicznie zabezpieczyć jadaczkę - to była chyba jedna z tych sytuacji, w których rozsądek Pruey rzeczywiście zaczynał mi się udzielać, choć oczywiście tylko trochę - nie miałem nic przeciwko temu, żeby być akurat jej obiektem doświadczalnym, ale istniała granica pomiędzy odrobiną ryzyka a pozwoleniem na eksperymentowanie z zaklęciami, których efektów nie znała.
Mimo wszystko nie wiedziałem, dlaczego sama myśl o tym, że mogłem jej zaufać nawet w tak absurdalnej sprawie jak to, o czym zaczęliśmy rozmawiać, sprawiała mi taką satysfakcję. Była dokładna w każdej rzeczy, którą robiła, więc chyba rzeczywiście mogłem być spokojny, że gdybym po jakimś niefortunnym powiewie wiatru kiedyś został rozpaćkany na bruku albo na murawie, ona nie pozwoliłaby nikomu uznać sprawy za zakończoną, dopóki nie znalazłaby wszystkich moich części - to było trochę obrzydliwe, ale jednocześnie bardzo pocieszające - podobało mi się, że uznawała moje towarzystwo oraz egzystowanie w nienaruszonej w całości za coś potrzebnego. Chyba właśnie dlatego tak bardzo lubiłem, kiedy mówiła, że byłem jej zmartwieniem, problemem albo prowodyrem kolejnego eksperymentu. Nie chciałem być dla niej największym kłopotem w złym sensie, jasna sprawa, chciałem po prostu być tym, którego szukała, kiedy miała ochotę coś sprawdzić albo komuś coś opowiedzieć.
Zmarszczyłem lekko brwi, kiedy wspomniała, że mogłaby mnie odwiedzać, nawet gdybyśmy umarli w różnym czasie. Sam pomysł był mi trochę nie po drodze, ale nie dlatego, że nie chciałem jej widzieć, wręcz przeciwnie, w mojej głowie powoli powstawała cała lista zasad dotyczących naszego przyszłego życia po życiu, a im dłużej o tym rozmawialiśmy, tym bardziej byłem przekonany, że kiedyś naprawdę powinniśmy to sprawdzić, oczywiście najlepiej za bardzo długi czas, ale sama wiedza mogła się przydać.
- Spytamy któregoś. - Stwierdziłem po prostu po parunastu sekundach. - Najlepiej takiego, który wygląda, jakby wiedział wszystko. Ty będziesz zadawała pytania, ja będę pilnował, żeby nie uciekł. - Mieliśmy to ustalone, więc mogliśmy zagłębić się w dalsze części powstającego planu.
To, co mówiliśmy brzmiało całkiem logicznie, bo skoro żywi mieli zasady, nauczyciele mieli zasady, rodzice mieli zasady i nawet Quidditch miał zasady - chociaż akurat je czasami zwyczajnie trzeba było naginać, na przykład grając z bandą przygłupów ze Slytherinu - to duchy też powinny jakieś mieć, nie bardzo wyobrażałem sobie, co prawda, kto miałby ich pilnować i jak byłyby egzekwowane, ale to była już marginalna sprawa.
Dla mnie dorośli po prostu mieli więcej przyjaciół niż dzieci, tak jak mieli większe domy, więcej pieniędzy i więcej rzeczy, których nie wolno było dotykać. W moim świecie starsi ludzie robili różne rzeczy, których my nie musieliśmy rozumieć, bo po co, a więc po prostu przyjąłem za oczywiste, że skoro ojciec miał koleżanki, z którymi mieszkał podczas wyjazdów, dzieląc się z nimi galeonami i tak dalej, to najwyraźniej tak właśnie wyglądało życie po ukończeniu pewnego wieku.
- No, ma kilka. - Odpowiedziałem całkiem normalnie, po czym wzruszyłem ramionami, bo naprawdę nie widziałem w tym niczego szczególnie interesującego. - Nie wiem, po co mu aż tyle, ale chyba lubi ludzi. - Co prawda, nie byłem o tym w pełni przekonany, ale kiedy wracał, opowiadał o różnych osobach, z którymi się spotykał, więc nigdy nie zastanawiałem się nad tym głębiej. - Jak wyjeżdża, to czasami mieszka u jednej albo u drugiej. Pewnie dlatego, że nie lubi być sam. - Nie miałem najmniejszego pojęcia, że za tym z pozoru niewinnym wyjaśnieniem stało coś, co miało zupełnie inne znaczenie, słowo „przyjaciółki” wydawało mi się zatem całkowicie wystarczające, aby połączyć ze sobą wszystkie nasze wnioski i uargumentować wspólne plany na przyszłość, właściwie byłem gotowy zamknąć na tym temat i dopiero kolejne słowa Prue sprawiły, że spojrzałem na nią trochę uważniej. - Nie, ja też nie potrzebuję więcej. Po co? - Nie rozumiałem nawet, dlaczego miałbym potrzebować większej liczby najlepszych przyjaciół, skoro najlepszy mógł być tylko jeden, albo jedna, to działało dokładnie tak samo jak w innych dziedzinach - nie można było mieć dwóch pierwszych miejsc na przykład w wyścigu na miotłach - w mojej głowie sprawa była już rozstrzygnięta i nie miałem zamiaru pozwolić jej myśleć, że jej obecność była dla mnie czymś drugorzędnym, podczas gdy nie widziałem powodu, żeby szukać kogokolwiek jeszcze. Po co miałbym to robić, skoro już znalazłem osobę, z którą chciałem spędzać większość czasu? Poza tym nasz ostateczny plan był doskonały, mogliśmy ze sobą zamieszkać już po szkole, nie musielibyśmy szukać się po całym zewnętrzu, nie trzeba byłoby ustalać, gdzie się spotkamy, a jeśli przyszłoby mi coś do głowy, wystarczyłoby przejść do jej pokoju. Mogłaby mieć swoją bibliotekę, ja mógłbym mieć miejsce na miotły, a pomiędzy tym wszystkim bylibyśmy po prostu razem.
- Tylko nie możesz wyrzucać moich rzeczy, nawet jak uznasz, że są niepotrzebne. One mogą być potrzebne później. Człowiek nigdy nie wie. - Podkreśliłem, obdarzywszy ją czujniejszym spojrzeniem, kiedy tylko przyszło mi to do głowy, bo przecież nigdy nie wiadomo… Przez chwilę zastanowiłem się jeszcze nad tym, czy nie przeszkadzałoby jej, gdybym wracał do domu brudny po jakiejś wyprawie, ale uznałem, że najwyżej by mnie wtedy ochrzaniła, co to też było… W miarę w porządku, do zniesienia, bo przecież od tego były skrzaty domowe, a mieszkając wspólnie, mogliśmy mieć ich dwa razy tyle, co standardowo, czyli bardzo dużo.
Nie miałem zamiaru zawieść tej wiary, którą włożyła we mnie, bez wahania potwierdziwszy moje kolejne słowa - może nie znała się na Quidditchu tak dobrze jak ja, ale właśnie dlatego jej zawierzanie moim możliwościom wydawało mi się jeszcze pełniejsze - chciałem być naprawdę dobrym ścigającym, takim, którego ludzie rozpoznawali z daleka, takim, o którym mówiło się po meczach, bo zrobił coś, czego nikt wcześniej nie próbował, takim… Najlepszym z najlepszych. Wyobrażałem sobie trybuny, tłum, miotłę pod sobą, moment, w którym trzeba było ruszyć za kaflem, wyrwać w górę szybciej niż pozostali i zrobić coś, czego wcześniej jeszcze nie potrafiłem… Woooow… Quidditch był jedną z tych rzeczy, o których potrafiłem mówić bez końca, ale kiedy Prue zasugerowała, że będzie przychodziła na każdy mój mecz, na moment ważniejsze od samej gry stało się nagle to, że będzie tam ona. Oczywiście, nigdy bym tego aż tak bardzo nie przyznał, lecz znowu zrobiło mi się… Miło. Przechyliłem głowę, spoglądając na nią przez moment, gdy zapewniła, że mogłaby zrobić coś więcej, gdyby było trzeba, po czym skinąłem krótko, bezgłośnie się z tym zgadzając.
- Jasna sprawa. - Stwierdziłem, wreszcie zeskakując na bruk nieopodal niej - była moją najlepszą przyjaciółką, moim najważniejszym człowiekiem i moim talizmanem, żadnego z tych określeń nie uważałem za coś więcej niż szczery, najprawdziwszy fakt. Nie mogłem jednak długo stać spokojnie, bo skoro już ustaliliśmy wszystkie najważniejsze rzeczy dotyczące mojego przyszłego losu, duchów, wspólnego domu i tego, że Pruey miała być moim talizmanem, potrzebowałem nowego zajęcia.
- A tak w ogóle to, Sun, Sun, Sunny… - Spojrzałem na nią z miną człowieka, który właśnie wymyślił coś wyjątkowo dobrego, nachyliwszy się ku niej konspiracyjnie. - Widziałem dzisiaj na wrzosowisku żmiję zygzakowatą, wiesz? Całkiem dużą. - Zrobiłem krótką pauzę, obserwując jej twarz. - Myślisz, że dałoby się ją jakoś przenieść do szatni Ślizgonów przed meczem? Tylko na trochę. Dla nauki. - Uniosłem oba kąciki ust, zerkając na nią spod rzęs z najbardziej przekonującą miną niewiniątka, na jaką było mnie stać w tych okolicznościach. - Możemy policzyć, jak szybko uciekają i… I czy też biegną zygzakiem, i… I jak długo zajmie im zorientowanie się, co właściwie tam jest, i czy któryś spróbuje ją złapać… - Doskonale wiedziałem, że za chwilę zacznie wymieniać wszystkie powody, dla których absolutnie nie powinniśmy tego robić, ale właśnie dlatego ten pomysł wydawał mi się jeszcze lepszy. - I zanim powiesz, że to głupie, pomyśl o wynikach. Będziesz mogła je sobie zapisać. - Wyszczerzyłem się szeroko, bo byłem niemal pewien, że spróbuje ukrócić ten plan, zanim zdążę wymyślić, jak właściwie złapać „dzikie, jadowite stworzenie, które na pewno mnie ugryzie, zanim w ogóle zdążę zrobić coś, co wpędzi mnie w kłopoty”, ale warto było spróbować…
- Dobra, dobra, nie tera. - Uniosłem dłonie w geście poddania, chociaż w dalszym ciągu wymownie uśmiechałem się pod nosem, dając jej tym samym do zrozumienia, co tak naprawdę sądziłem o przymusowym odroczeniu testów sprawnościowych - nie mogła mi kazać czekać miesiąca, jak już miała tworzyć jakiś plan, chciałem brać w tym udział - wiedziała zresztą, że nie byłem dobry w czekaniu, szczególnie kiedy uważałem, że coś mogło być ciekawe. Nie miałem jednak najmniejszych wątpliwości, że jeśli kiedyś naprawdę stałoby się coś, o czym właśnie rozmawialiśmy, zrobiłaby dokładnie to, co obiecała.
- Nie wiem, czy chcę, żebyś testowała na mnie jakieś zaklęcie. - Przyznałem z pewnym ociąganiem i zastanowiłem się chwilę. - Chociaż… Jeśli znajdziesz takie, które chyba działa, możemy to sprawdzić. Tylko najpierw na kimś innym. Na przykład na jakimś Ślizgonie. Może na Shafiqu? Albo Traversie? - Podsunąłem, ani przez sekundę nie dając do zrozumienia, że mógłbym żartować, nawet nie drgnęła mi powieka, nie byłem aż tak głupi, żeby od razu zostać pierwszym człowiekiem, na którym sprawdziłaby, czy można komuś jakoś magicznie zabezpieczyć jadaczkę - to była chyba jedna z tych sytuacji, w których rozsądek Pruey rzeczywiście zaczynał mi się udzielać, choć oczywiście tylko trochę - nie miałem nic przeciwko temu, żeby być akurat jej obiektem doświadczalnym, ale istniała granica pomiędzy odrobiną ryzyka a pozwoleniem na eksperymentowanie z zaklęciami, których efektów nie znała.
Mimo wszystko nie wiedziałem, dlaczego sama myśl o tym, że mogłem jej zaufać nawet w tak absurdalnej sprawie jak to, o czym zaczęliśmy rozmawiać, sprawiała mi taką satysfakcję. Była dokładna w każdej rzeczy, którą robiła, więc chyba rzeczywiście mogłem być spokojny, że gdybym po jakimś niefortunnym powiewie wiatru kiedyś został rozpaćkany na bruku albo na murawie, ona nie pozwoliłaby nikomu uznać sprawy za zakończoną, dopóki nie znalazłaby wszystkich moich części - to było trochę obrzydliwe, ale jednocześnie bardzo pocieszające - podobało mi się, że uznawała moje towarzystwo oraz egzystowanie w nienaruszonej w całości za coś potrzebnego. Chyba właśnie dlatego tak bardzo lubiłem, kiedy mówiła, że byłem jej zmartwieniem, problemem albo prowodyrem kolejnego eksperymentu. Nie chciałem być dla niej największym kłopotem w złym sensie, jasna sprawa, chciałem po prostu być tym, którego szukała, kiedy miała ochotę coś sprawdzić albo komuś coś opowiedzieć.
Zmarszczyłem lekko brwi, kiedy wspomniała, że mogłaby mnie odwiedzać, nawet gdybyśmy umarli w różnym czasie. Sam pomysł był mi trochę nie po drodze, ale nie dlatego, że nie chciałem jej widzieć, wręcz przeciwnie, w mojej głowie powoli powstawała cała lista zasad dotyczących naszego przyszłego życia po życiu, a im dłużej o tym rozmawialiśmy, tym bardziej byłem przekonany, że kiedyś naprawdę powinniśmy to sprawdzić, oczywiście najlepiej za bardzo długi czas, ale sama wiedza mogła się przydać.
- Spytamy któregoś. - Stwierdziłem po prostu po parunastu sekundach. - Najlepiej takiego, który wygląda, jakby wiedział wszystko. Ty będziesz zadawała pytania, ja będę pilnował, żeby nie uciekł. - Mieliśmy to ustalone, więc mogliśmy zagłębić się w dalsze części powstającego planu.
To, co mówiliśmy brzmiało całkiem logicznie, bo skoro żywi mieli zasady, nauczyciele mieli zasady, rodzice mieli zasady i nawet Quidditch miał zasady - chociaż akurat je czasami zwyczajnie trzeba było naginać, na przykład grając z bandą przygłupów ze Slytherinu - to duchy też powinny jakieś mieć, nie bardzo wyobrażałem sobie, co prawda, kto miałby ich pilnować i jak byłyby egzekwowane, ale to była już marginalna sprawa.
Dla mnie dorośli po prostu mieli więcej przyjaciół niż dzieci, tak jak mieli większe domy, więcej pieniędzy i więcej rzeczy, których nie wolno było dotykać. W moim świecie starsi ludzie robili różne rzeczy, których my nie musieliśmy rozumieć, bo po co, a więc po prostu przyjąłem za oczywiste, że skoro ojciec miał koleżanki, z którymi mieszkał podczas wyjazdów, dzieląc się z nimi galeonami i tak dalej, to najwyraźniej tak właśnie wyglądało życie po ukończeniu pewnego wieku.
- No, ma kilka. - Odpowiedziałem całkiem normalnie, po czym wzruszyłem ramionami, bo naprawdę nie widziałem w tym niczego szczególnie interesującego. - Nie wiem, po co mu aż tyle, ale chyba lubi ludzi. - Co prawda, nie byłem o tym w pełni przekonany, ale kiedy wracał, opowiadał o różnych osobach, z którymi się spotykał, więc nigdy nie zastanawiałem się nad tym głębiej. - Jak wyjeżdża, to czasami mieszka u jednej albo u drugiej. Pewnie dlatego, że nie lubi być sam. - Nie miałem najmniejszego pojęcia, że za tym z pozoru niewinnym wyjaśnieniem stało coś, co miało zupełnie inne znaczenie, słowo „przyjaciółki” wydawało mi się zatem całkowicie wystarczające, aby połączyć ze sobą wszystkie nasze wnioski i uargumentować wspólne plany na przyszłość, właściwie byłem gotowy zamknąć na tym temat i dopiero kolejne słowa Prue sprawiły, że spojrzałem na nią trochę uważniej. - Nie, ja też nie potrzebuję więcej. Po co? - Nie rozumiałem nawet, dlaczego miałbym potrzebować większej liczby najlepszych przyjaciół, skoro najlepszy mógł być tylko jeden, albo jedna, to działało dokładnie tak samo jak w innych dziedzinach - nie można było mieć dwóch pierwszych miejsc na przykład w wyścigu na miotłach - w mojej głowie sprawa była już rozstrzygnięta i nie miałem zamiaru pozwolić jej myśleć, że jej obecność była dla mnie czymś drugorzędnym, podczas gdy nie widziałem powodu, żeby szukać kogokolwiek jeszcze. Po co miałbym to robić, skoro już znalazłem osobę, z którą chciałem spędzać większość czasu? Poza tym nasz ostateczny plan był doskonały, mogliśmy ze sobą zamieszkać już po szkole, nie musielibyśmy szukać się po całym zewnętrzu, nie trzeba byłoby ustalać, gdzie się spotkamy, a jeśli przyszłoby mi coś do głowy, wystarczyłoby przejść do jej pokoju. Mogłaby mieć swoją bibliotekę, ja mógłbym mieć miejsce na miotły, a pomiędzy tym wszystkim bylibyśmy po prostu razem.
- Tylko nie możesz wyrzucać moich rzeczy, nawet jak uznasz, że są niepotrzebne. One mogą być potrzebne później. Człowiek nigdy nie wie. - Podkreśliłem, obdarzywszy ją czujniejszym spojrzeniem, kiedy tylko przyszło mi to do głowy, bo przecież nigdy nie wiadomo… Przez chwilę zastanowiłem się jeszcze nad tym, czy nie przeszkadzałoby jej, gdybym wracał do domu brudny po jakiejś wyprawie, ale uznałem, że najwyżej by mnie wtedy ochrzaniła, co to też było… W miarę w porządku, do zniesienia, bo przecież od tego były skrzaty domowe, a mieszkając wspólnie, mogliśmy mieć ich dwa razy tyle, co standardowo, czyli bardzo dużo.
Nie miałem zamiaru zawieść tej wiary, którą włożyła we mnie, bez wahania potwierdziwszy moje kolejne słowa - może nie znała się na Quidditchu tak dobrze jak ja, ale właśnie dlatego jej zawierzanie moim możliwościom wydawało mi się jeszcze pełniejsze - chciałem być naprawdę dobrym ścigającym, takim, którego ludzie rozpoznawali z daleka, takim, o którym mówiło się po meczach, bo zrobił coś, czego nikt wcześniej nie próbował, takim… Najlepszym z najlepszych. Wyobrażałem sobie trybuny, tłum, miotłę pod sobą, moment, w którym trzeba było ruszyć za kaflem, wyrwać w górę szybciej niż pozostali i zrobić coś, czego wcześniej jeszcze nie potrafiłem… Woooow… Quidditch był jedną z tych rzeczy, o których potrafiłem mówić bez końca, ale kiedy Prue zasugerowała, że będzie przychodziła na każdy mój mecz, na moment ważniejsze od samej gry stało się nagle to, że będzie tam ona. Oczywiście, nigdy bym tego aż tak bardzo nie przyznał, lecz znowu zrobiło mi się… Miło. Przechyliłem głowę, spoglądając na nią przez moment, gdy zapewniła, że mogłaby zrobić coś więcej, gdyby było trzeba, po czym skinąłem krótko, bezgłośnie się z tym zgadzając.
- Jasna sprawa. - Stwierdziłem, wreszcie zeskakując na bruk nieopodal niej - była moją najlepszą przyjaciółką, moim najważniejszym człowiekiem i moim talizmanem, żadnego z tych określeń nie uważałem za coś więcej niż szczery, najprawdziwszy fakt. Nie mogłem jednak długo stać spokojnie, bo skoro już ustaliliśmy wszystkie najważniejsze rzeczy dotyczące mojego przyszłego losu, duchów, wspólnego domu i tego, że Pruey miała być moim talizmanem, potrzebowałem nowego zajęcia.
- A tak w ogóle to, Sun, Sun, Sunny… - Spojrzałem na nią z miną człowieka, który właśnie wymyślił coś wyjątkowo dobrego, nachyliwszy się ku niej konspiracyjnie. - Widziałem dzisiaj na wrzosowisku żmiję zygzakowatą, wiesz? Całkiem dużą. - Zrobiłem krótką pauzę, obserwując jej twarz. - Myślisz, że dałoby się ją jakoś przenieść do szatni Ślizgonów przed meczem? Tylko na trochę. Dla nauki. - Uniosłem oba kąciki ust, zerkając na nią spod rzęs z najbardziej przekonującą miną niewiniątka, na jaką było mnie stać w tych okolicznościach. - Możemy policzyć, jak szybko uciekają i… I czy też biegną zygzakiem, i… I jak długo zajmie im zorientowanie się, co właściwie tam jest, i czy któryś spróbuje ją złapać… - Doskonale wiedziałem, że za chwilę zacznie wymieniać wszystkie powody, dla których absolutnie nie powinniśmy tego robić, ale właśnie dlatego ten pomysł wydawał mi się jeszcze lepszy. - I zanim powiesz, że to głupie, pomyśl o wynikach. Będziesz mogła je sobie zapisać. - Wyszczerzyłem się szeroko, bo byłem niemal pewien, że spróbuje ukrócić ten plan, zanim zdążę wymyślić, jak właściwie złapać „dzikie, jadowite stworzenie, które na pewno mnie ugryzie, zanim w ogóle zdążę zrobić coś, co wpędzi mnie w kłopoty”, ale warto było spróbować…
Koniec sesji
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)