Wczoraj, 09:14 ✶
Rodolphus zjawiał się na spotkaniach dokładnie tak, jak dyktował mu zwyczaj i uroda dawnych manier – z kilkunastominutowym wyprzedzeniem, pozwalającym wsiąknąć w rytm miejsca, nim nadejdzie właściwy moment. Nie musiał jednak czekać długo. Astoria pojawiła się w progu herbaciarni idealnie na czas, z punktualnością godną prawdziwej damy, co na powrót sprowadziło na jego twarz lekki, ledwie dostrzegalny cień uśmiechu. On sam prezentował się jak zawsze nienagannie, w stałym, bezbłędnym kanonie własnej elegancji: czarne, skrojone z liniałem spodnie, ciemna jak sama noc marynarka i nieskazitelnie biała, idealnie wyprasowana koszula, która odcinała się gładko od surowego materiału odzienia. W jego postawie nie było ani drobiny zmęczenia. Choć los nie szczędził mu ciosów, jego wzrok pozostał bystry, żywy i do bólu przytomny – z tą samą stalową ostrością taksował przestrzeń wokół, rejestrując każdy gest i najmniejsze drgnienie cienia.
Jako dżentelmen powstrzymał się od składania zamówienia przed jej przybyciem. Poczekał niespiesznie, aż kobieta usiądzie naprzeciwko, i dopiero gdy przy ich stoliku zjawiła się młoda kelnerka, złożył zamówienie płynnym, głębokim i opanowanym głosem:
– Dziękuję, dla mnie zielona herbata z dodatkiem pomarańczy i maliny - gdy dziewczyna oddaliła się, pozostawiając ich w poświacie popołudniowego światła, Rodolphus przeniósł bystre, uważne spojrzenie na Astorię. Na jej zatroskane pytania odpowiedział ciepłem, które rzadko gościło na jego zazwyczaj powściągliwym obliczu. – Czuję się dobrze. Dziękuję za troskę, Astorio.
Powiedział miękko, pozwalając, by słowa wybrzmiały gładko między nimi. Chociaż na chwilę zwątpił, czy był to wyraz troski, czy pytanie zadane z grzeczności.
Nastała chwila wytrawnego milczenia. Rodolphus przypatrywał się jej w skupieniu, jakby ważył myśli na delikatnej szali, po czym kontynuował z dbałością o każdy nastrojowy akcent:
– A ty jak się czujesz? Mam szczerą nadzieję, że ostatnie wydarzenia nie odbiły się na tobie zbyt mocno… Chcieć ci również podziękować za pomoc. Twoja obecność i wsparcie były nieocenione.
Subtelny, niemal poetycki klimat małego lokalu został jednak zakłócony z gracją rzuconego w szkło kamienia. Tuż obok ich stolika usiadła trójka mężczyzn, którzy za nic nie pasowali do kameralnego charakteru herbaciarni. Byli zbyt głośni, znoszeni przez los i miasto, a w powietrzu wokół nich natychmiast rozeszła się ciężka, dławiąca woń przetrawionego, taniego alkoholu, brutalnie psująca rześki zapach parzących się liści. Rodolphus drgnął niezauważalnie, na ułamek sekundy omiatając ich spojrzeniem, po czym bez słowa wrócił uwagą do Astorii, jakby obcy ludzie byli jedynie nieistotnym tłem. Może zabłądzili, bo jeszcze nic nie zamówili, a kelnerka patrzyła na nich wzrokiem, którego nie powstydziłby się bazyliszek
- Pięknie wyglądasz - zaczął z uśmiechem, jednak jego wypowiedź przerwał dźwięk tłuczonego wazoniku. Na moment drgnął. Oczywiście, że ci którzy tu przyszli, musieli narobić rabanu i hałasować - a specjalnie wybrał miejsce publiczne, żeby nie stresować Avery i jednocześnie na tyle zaciszne, żeby mogli porozmawiać. Wyglądało jednak na to, że mężczyźni zbierali się do wyjścia, chociaż bardzo powoli i niezgrabnie. Kelnerka do nich podeszła, ale Lestrange nie skupiał się więcej na nich.
Jako dżentelmen powstrzymał się od składania zamówienia przed jej przybyciem. Poczekał niespiesznie, aż kobieta usiądzie naprzeciwko, i dopiero gdy przy ich stoliku zjawiła się młoda kelnerka, złożył zamówienie płynnym, głębokim i opanowanym głosem:
– Dziękuję, dla mnie zielona herbata z dodatkiem pomarańczy i maliny - gdy dziewczyna oddaliła się, pozostawiając ich w poświacie popołudniowego światła, Rodolphus przeniósł bystre, uważne spojrzenie na Astorię. Na jej zatroskane pytania odpowiedział ciepłem, które rzadko gościło na jego zazwyczaj powściągliwym obliczu. – Czuję się dobrze. Dziękuję za troskę, Astorio.
Powiedział miękko, pozwalając, by słowa wybrzmiały gładko między nimi. Chociaż na chwilę zwątpił, czy był to wyraz troski, czy pytanie zadane z grzeczności.
Nastała chwila wytrawnego milczenia. Rodolphus przypatrywał się jej w skupieniu, jakby ważył myśli na delikatnej szali, po czym kontynuował z dbałością o każdy nastrojowy akcent:
– A ty jak się czujesz? Mam szczerą nadzieję, że ostatnie wydarzenia nie odbiły się na tobie zbyt mocno… Chcieć ci również podziękować za pomoc. Twoja obecność i wsparcie były nieocenione.
Subtelny, niemal poetycki klimat małego lokalu został jednak zakłócony z gracją rzuconego w szkło kamienia. Tuż obok ich stolika usiadła trójka mężczyzn, którzy za nic nie pasowali do kameralnego charakteru herbaciarni. Byli zbyt głośni, znoszeni przez los i miasto, a w powietrzu wokół nich natychmiast rozeszła się ciężka, dławiąca woń przetrawionego, taniego alkoholu, brutalnie psująca rześki zapach parzących się liści. Rodolphus drgnął niezauważalnie, na ułamek sekundy omiatając ich spojrzeniem, po czym bez słowa wrócił uwagą do Astorii, jakby obcy ludzie byli jedynie nieistotnym tłem. Może zabłądzili, bo jeszcze nic nie zamówili, a kelnerka patrzyła na nich wzrokiem, którego nie powstydziłby się bazyliszek
- Pięknie wyglądasz - zaczął z uśmiechem, jednak jego wypowiedź przerwał dźwięk tłuczonego wazoniku. Na moment drgnął. Oczywiście, że ci którzy tu przyszli, musieli narobić rabanu i hałasować - a specjalnie wybrał miejsce publiczne, żeby nie stresować Avery i jednocześnie na tyle zaciszne, żeby mogli porozmawiać. Wyglądało jednak na to, że mężczyźni zbierali się do wyjścia, chociaż bardzo powoli i niezgrabnie. Kelnerka do nich podeszła, ale Lestrange nie skupiał się więcej na nich.