Guinevere nie umiała odmawiać, gdy znajomi prosili ją o pomoc, i prawdę powiedziawszy w większości odmawiać wcale nie chciała. Tym bardziej jeśli sprawa tyczyła się kotów, które tak sobie ukochała, że przeszła drugi rytuał przemiany w animaga (a był trudny i upierdliwy), wybierając sobie formę kota. Koty również w jakiś sposób ją lubiły, nie uciekały aż tak bardzo jak przed innymi nieznajomymi, być może wyczuwając w niej ten koci pierwiastek, który miał zostać z nią aż do końca. Kiedy więc dostała zaproszenie na to małe przyjęcie dla osób, które zainteresowały się problemem i pomogły odszukać zguby, nie wahała się przed przyjściem. Nie miała może za dużo czasu, wyrwała się z pracy tylko na chwilę, ale uważała że niegrzecznie byłoby odmówić, a poza tym chciała zobaczyć co i jak ze znajdami.
Przywitała się więc z organizatorką przyjęcia i przeszła do ogrodu, co i raz kucając i dając powąchać swoją dłoń kotom, które się tam kręciły. Szukała przy tym wzrokiem Szyszka, po którego weszła na drzewo, ale kot ją wypatrzył (albo raczej wywęszył) pierwszy i przybiegł poocierać się o nogi i na swoją dawkę czułości.
Skubnęła trochę smakołyków, wysłuchała gorącej mowy dziękczynnej, gdy zjawiła się reszta. Porozmawiała też z Thomasem, Norą czy Anthonym, jeśli się w ogóle zjawili, chwilę pogawędziła też z innymi mieszkańcami Wiśniowej, uśmiechneła się do innych, nieznajomych osób, ale w końcu trzeba było wrócić do swoich zajęć. Nim się pożegnała, przyjęła jeden z prezentów i pogłaskała kilka kolejnych kocich łebków, przeciagając chwilę rozstania na kolejne minuty.
Biorę Amulet dziewięciu żyć