11 godzin(y) temu ✶
Mimo że w głębi serca tętniły w nim skomplikowane emocje, na zewnątrz Lestrange pozostawał posągowo chłodny i zdystansowany – dokładnie taki, jakiego znał go świat: powściągliwy, wyprostowany, odgrodzony od rzeczywistości niewidzialną murem d dumy. A jednak za każdym razem, gdy jego bystry wzrok spoczywał na twarzy Astorii, ten lodowaty pancerz pękał. W jego jasnych oczach odzywało się wtedy coś zupełnie nowego, jakaś utajona, miękka nuta ciepła, której kobieta nigdy wcześniej u niego nie dostrzegła.
– Dziękuję ci… za to, że mnie wtedy po prostu nie wyrzuciłaś za drzwi – powiedział cicho, a jego głos, zazwyczaj mocny, osiadł w powietrzu z głęboką, poruszającą pokorą. Po tych słowach nastała gęsta, pełna znaczenia pauza. Rodolphus powoli uniósł dłoń i przeczesał palcami swoje czarne jak noc, gładkie włosy, naciągając pasma w geście rzadko spotykanego u niego zniecierpliwienia samymi myślami. Wypuścił głośno powietrze z płuc, oparł się o oparcie krzesła i na ułamek sekundy zerknął na sufit, jakby tam szukał odpowiednio ważących słów. – To, co wtedy mówiłem… to było…
Zaczął niepewnie, lecz zdanie zamarło mu na ustach, nim zdołał je dobiec do końca.
Zauważył bowiem, jak z twarzy Astorii w mgnieniu oka odpływa cała krew, pozostawiając jedynie kredową, przerażającą bladość.
– Wszystko w porządku? – zapytał natychmiast, a w jego głosie chłodna dystynkcja momentalnie ustąpiła miejsca nagłemu, ostremu niepokojowi. Nim zdążyła odpowiedzieć, jej ciałem wstrząsnęła reakcja, której końcówkę wyłowił w jedynym ułamku sekundy. Widząc, jak gwałtownie traci rezon, Rodolphus zerwał się z miejsca z szybkością drapieżnika. Pomiędzy stolikami przesunął się niczym czarny cień i w mgnieniu oka znalazł się tuż przy niej. Bez wahania otoczył jej drżące ramiona silnym, ochronnym uściskiem, chroniąc ją przed całym światem, i zaczął czule, rytmicznie gładzić jej włosy, próbując przywrócić jej oddech. – Astoria? Co się dzieje? Powiedz mi, błagam…
Szeptał gorączkowo, schylając się nad nią, po czym uniósł głowę i rzucił w przestrzeń ostry, władczy rozkaz:
– Wody! Przynieście natychmiast wody!
W tym samym ułamku sekundy, gdy w łagodną przestrzeń herbaciarni wdarł się ten nagły, dramatyczny impuls, trójka opryskliwych mężczyzn przy sąsiednim stoliku zniknęła. Wyczuwając zmieniającą się gwałtownie atmosferę ulotnili się bezszelestnie przez uchylone drzwi, pozostawiając po sobie jedynie mętną smugę po alkoholu i głuchą ciszę, w której liczył się już tylko każdy urwany oddech Astorii. Rodolphus z niesamowitą delikatnością ujął oparcie krzesła, na którym siedziała kobieta, i powoli odsunął je od stołu, by zyskać więcej przestrzeni i dostępu do słabnącej kobiety. Sam nie dbał już o nienaganność własnego stroju czy czystość posadzki – bez wahania opadł na kolana tuż obok niej, stając się dla niej jedynym, niewzruszonym oparciem. Trzymał ją mocno, tak żeby w razie utraty przytomności nie uderzyła o posadzkę.
Gdy przerażona, drżąca kelnerka zjawiała się przy ich stoliku, wyciągając szklankę z chłodną wodą, Lestrange przejął naczynie z jej rąk płynnym, ostrożnym ruchem. Przysunął szklankę do pobladłych warg Astorii, podtrzymując drugą dłonią jej drżącą brodę i próbując pomóc jej wziąć choć mały łyk.
– Pij, tylko powoli – szeptał nieprzytomnie cicho, a w jego głosem tętniła desperacka czułość. Jego bystre, zwykle tak analityczne oczy omiatały każdy milimetr jej ciała z najwyższym skupieniem. Obserwował gwałtowne, nierówne falowanie jej piersi, drobne drżenia przebiegające pod bladą skórą i ten obcy, przejmujący wzrok, w którym odbijało się coś, do czego nie miał dostępu. Przeglądał w pamięci każde słowo, każdy zapach, każdy detal tego i poprzedniego popołudnia – szukał trucizny, nagłego ataku magicznego, skrytej klątwy albo dawnego urazu, który mógł uderzyć z opóźnieniem. Ale nic nie przychodziło mu do głowy.
Jego zazwyczaj błyskotliwy umysł, zdolny rozwikłać najtrudniejsze zagadki, tym razem napotykał jedynie głuchą, przerażającą pustkę. Nic nie układało się w logiczną całość, nie przychodziło mu do głowy zupełnie nic, co mogłoby wytłumaczyć tak gwałtowne załamanie. Ten brak odpowiedzi palił go od środka gorzej niż najgorsze przeczucie, podczas gdy on po prostu trzymał ją mocno, nie pozwalając jej osunąć się w ciemność. Atak paniki? Ale… Dlaczego? Czy to reakcja na niego? Ostrożnie pozwolił kobiecie zsunąć się z krzesła.
- Oddychaj - powiedział szeptem, gładząc ją po włosach. - Jeden, dwa…
Liczył, sam nie wiedział po co. Ale może jakaś powtarzalność w liczbach uspokoi Astorię na tyle, żeby nie osunęła się w ciemność?
– Dziękuję ci… za to, że mnie wtedy po prostu nie wyrzuciłaś za drzwi – powiedział cicho, a jego głos, zazwyczaj mocny, osiadł w powietrzu z głęboką, poruszającą pokorą. Po tych słowach nastała gęsta, pełna znaczenia pauza. Rodolphus powoli uniósł dłoń i przeczesał palcami swoje czarne jak noc, gładkie włosy, naciągając pasma w geście rzadko spotykanego u niego zniecierpliwienia samymi myślami. Wypuścił głośno powietrze z płuc, oparł się o oparcie krzesła i na ułamek sekundy zerknął na sufit, jakby tam szukał odpowiednio ważących słów. – To, co wtedy mówiłem… to było…
Zaczął niepewnie, lecz zdanie zamarło mu na ustach, nim zdołał je dobiec do końca.
Zauważył bowiem, jak z twarzy Astorii w mgnieniu oka odpływa cała krew, pozostawiając jedynie kredową, przerażającą bladość.
– Wszystko w porządku? – zapytał natychmiast, a w jego głosie chłodna dystynkcja momentalnie ustąpiła miejsca nagłemu, ostremu niepokojowi. Nim zdążyła odpowiedzieć, jej ciałem wstrząsnęła reakcja, której końcówkę wyłowił w jedynym ułamku sekundy. Widząc, jak gwałtownie traci rezon, Rodolphus zerwał się z miejsca z szybkością drapieżnika. Pomiędzy stolikami przesunął się niczym czarny cień i w mgnieniu oka znalazł się tuż przy niej. Bez wahania otoczył jej drżące ramiona silnym, ochronnym uściskiem, chroniąc ją przed całym światem, i zaczął czule, rytmicznie gładzić jej włosy, próbując przywrócić jej oddech. – Astoria? Co się dzieje? Powiedz mi, błagam…
Szeptał gorączkowo, schylając się nad nią, po czym uniósł głowę i rzucił w przestrzeń ostry, władczy rozkaz:
– Wody! Przynieście natychmiast wody!
W tym samym ułamku sekundy, gdy w łagodną przestrzeń herbaciarni wdarł się ten nagły, dramatyczny impuls, trójka opryskliwych mężczyzn przy sąsiednim stoliku zniknęła. Wyczuwając zmieniającą się gwałtownie atmosferę ulotnili się bezszelestnie przez uchylone drzwi, pozostawiając po sobie jedynie mętną smugę po alkoholu i głuchą ciszę, w której liczył się już tylko każdy urwany oddech Astorii. Rodolphus z niesamowitą delikatnością ujął oparcie krzesła, na którym siedziała kobieta, i powoli odsunął je od stołu, by zyskać więcej przestrzeni i dostępu do słabnącej kobiety. Sam nie dbał już o nienaganność własnego stroju czy czystość posadzki – bez wahania opadł na kolana tuż obok niej, stając się dla niej jedynym, niewzruszonym oparciem. Trzymał ją mocno, tak żeby w razie utraty przytomności nie uderzyła o posadzkę.
Gdy przerażona, drżąca kelnerka zjawiała się przy ich stoliku, wyciągając szklankę z chłodną wodą, Lestrange przejął naczynie z jej rąk płynnym, ostrożnym ruchem. Przysunął szklankę do pobladłych warg Astorii, podtrzymując drugą dłonią jej drżącą brodę i próbując pomóc jej wziąć choć mały łyk.
– Pij, tylko powoli – szeptał nieprzytomnie cicho, a w jego głosem tętniła desperacka czułość. Jego bystre, zwykle tak analityczne oczy omiatały każdy milimetr jej ciała z najwyższym skupieniem. Obserwował gwałtowne, nierówne falowanie jej piersi, drobne drżenia przebiegające pod bladą skórą i ten obcy, przejmujący wzrok, w którym odbijało się coś, do czego nie miał dostępu. Przeglądał w pamięci każde słowo, każdy zapach, każdy detal tego i poprzedniego popołudnia – szukał trucizny, nagłego ataku magicznego, skrytej klątwy albo dawnego urazu, który mógł uderzyć z opóźnieniem. Ale nic nie przychodziło mu do głowy.
Jego zazwyczaj błyskotliwy umysł, zdolny rozwikłać najtrudniejsze zagadki, tym razem napotykał jedynie głuchą, przerażającą pustkę. Nic nie układało się w logiczną całość, nie przychodziło mu do głowy zupełnie nic, co mogłoby wytłumaczyć tak gwałtowne załamanie. Ten brak odpowiedzi palił go od środka gorzej niż najgorsze przeczucie, podczas gdy on po prostu trzymał ją mocno, nie pozwalając jej osunąć się w ciemność. Atak paniki? Ale… Dlaczego? Czy to reakcja na niego? Ostrożnie pozwolił kobiecie zsunąć się z krzesła.
- Oddychaj - powiedział szeptem, gładząc ją po włosach. - Jeden, dwa…
Liczył, sam nie wiedział po co. Ale może jakaś powtarzalność w liczbach uspokoi Astorię na tyle, żeby nie osunęła się w ciemność?