Kiwnęła do mężczyzny głową, gdy jej podziękował, ale jej wzrok automatycznie przesunął się na poszkodowanego, który właśnie gapił się w niebo i gadał jakiś wierszyk o różowych obłoczkach, których teraz próżno było znaleźć gdziekolwiek na horyzoncie. Zmarszczyła przy tym brwi, zastanawiając się, czy przypadkiem nie przesadziła z dawką tego środka uspokajającego, ale z drugiej strony nie wiedziała, jak szybko zjawi się tutaj ktokolwiek, kto go uwolni z tej bardzo niewygodnej pozycji i go poskłada.
Starała się stać tak, by nie plątać im się pod nogami i nie przeszkadzać, chociaż z pewną ciekawością obserwowała co robią, bo choć uczyła się o tym na stażu, to z rozszczepieniem w pracy zawodowej nie miewała do czynienia. Na wykopaliskach górowały zupełnie inne wypadki – złamania najczęściej, ale musiała być elastyczna, bo stare pułapki bywały bardzo wymyślne i czasami czegoś się nie zauważyli pomimo wzmożonej ostrożności – niż nieudana teleportacja.
– Nikogo nie widziałam. Dziadek mówił, że usłyszał go przypadkiem, gdy leciał za sowami. Po tych polach nie za bardzo ktokolwiek się kręci, trochę też dlatego niedaleko rodzina założyła ostoję dla zwierząt – wyjaśniła mężczyźnie tyle, ile sama wiedziała, choć nie było tego wiele, bo gdy dziadek powiedział w domu co i jak, to złapała jedynie torbę z podręcznymi eliksirami jakie ze sobą miała bardziej z przyzwyczajenia niż konieczności (przecież nie była tutaj w pracy, a na urlopie) i wypadła z domu, żeby jak najszybciej znaleźć się we wskazanym miejscu. – Próbowałam się od niego dowiedzieć co się właściwie stało, ale chyba był zbyt przerażony swoim stanem, żeby mówić sensownie – dodała jeszcze, bo spodziewała się, że za chwilę padnie o to pytanie.
Po chwili odwróciła głowę od poszkodowanego i zawiesiła spojrzenie na Laurence’u.
– Dużo macie teraz takich interwencji? – teraz znaczy… ostatnio. Od czasu manifestu Lorda Voldemorta.
Guinevere przeczytała o tym w gazecie, wieści dotarły nawet do Egiptu; ojciec też mówił o tym w domu, że dostali depeszę z Ministerstwa Magii z Wielkiej Brytanii, że czarnoksiężnik zwany Lordem Voldemortem ogłosił się Czarnym Panem i zapowiedział, że zaprowadzi porządek, jaki zawsze powinien istnieć w świecie czarodziejów: czystokrwiści powinni znaleźć się na szczycie hierarchii społecznej, a mugole i mugolacy im służyć. Dla Ginny było to niepojęte, dlaczego jeden człowiek powinien służyć drugiemu, dlaczego jeden miał być lepszy, w drugi gorszy – a wszystko to okraszone rozlewem krwi i torturami. Historia znała przypadku tyranów i dyktatorów, którzy przy braku argumentów przekonywali społeczeństwo do swoich racji za pomocą przemocy i zastraszania. Każdorazowo, prędzej czy później kończyło się to tak samo: buntem ciemiężonych. Upadkiem tych, którzy znęcali się nad innymi. Ale w Anglii to był dopiero początek i patrzyła na to z niepokojem wpierw z ciepłego Egiptu, a teraz z zimnej Anglii, która odwiedziła z rodziną tak naprawdę na chwilę…