5 godzin(y) temu ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 5 godzin(y) temu przez Septima Ollivander.)
Nie zaśmiała się, choć chciała, i nawet zdążyła to zaplanować gdzieś w połowie zdania — w głowie zagrało już preludium tego krótkiego, uprzejmego dźwięku, którym kwituje się cudze absurdy, żeby nie robić z siebie marmurowego posągu… ale wyszło z tego tylko raptowne odetchnięcie nosem i coś, co przy dobrym nastroju można było wziąć za rozbawienie, gdyby ktoś tylko patrzył jej wtedy na twarz. Ale robiło się już ciemno i parada cieni mrowiła niespokojnie po jej obliczu. Nic z tego.
Za to rękę podał jej cztery razy. Liczyła, chociaż wcale nie chciała liczyć.
Za pierwszym razem ją zignorowała, bo świetnie poradziła sobie sama. Za drugim przyjęła, bo grunt osunął się jej pod prawym butem i wyboru po prostu nie było (cmoknęła wtedy w eter). Za trzecim przyjęła, chociaż wybór był, i to ją zirytowało bardziej niż samo zejście. Za czwartym wzięła go już bez namysłu i bez dąsów, bo krok wymagał od niej lekkiego podskoku, na który zdecydować się nie potrafiła.
Przy pomniku Samuel wyciągnął różdżkę i to był moment, w którym przestała wyglądać w gęstwinę lasu.
Czternaście cali, może odrobinę mniej. Rękojeść nie miała żadnego wykończenia poza tym, które wyrobiła jej cudza dłoń przez lata. Angielska robota. Drewna nie rozpoznała z odległości czterech kroków, ale miała swoje podejrzenia. Mrugnęła dwa razy i wyszła z tego lubieżnego, rzemieślniczego zapatrzenia jak z zaparowanej łaźni — spóźniona, przyłapana, ze skupionymi oczami akurat tam, gdzie nie powinny były zabłądzić. Nadgarstek. Miała patrzeć na nadgarstek.
— Nieszczęśnik — odpowiedziała za to na tamto jego pytanie, chociaż być może nie oczekiwał odpowiedzi. — Nie wybrał miejsca, w którym łatwo by go znaleziono. Chciał po prostu odejść.
Poprawiła kołnierz cudzego płaszcza, bo ręce ewidentnie chciały coś zagestykulować.
W samą opowieść o narzeczonej nie bardzo wierzyła i nigdy nie potrafiła sobie wyobrazić, żeby ktoś po prostu pragnął wymazać się z egzystencji tylko dlatego, że ktoś przestał go chcieć; miłość romantyczna w jej głowie zawsze była raczej sprawą praktycznie nie miała w sobie ani ciężaru, ani ostrza wystarczających, żeby kogokolwiek tak daleko zaprowadzić. Może zresztą po prostu nie miała czym tego zmierzyć.
Ale w cierpienie duszy wierzyła całkowicie i tego cierpienia właśnie, nieszczęśnikowi jak najbardziej współczuła.
Złapał ją za ramię, a ona nie zapytała o doprecyzowanie. Wyprostowała się, wysunęła pierś do przodu, jakby chciała zająć w tym lesie o pół stopy więcej miejsca niż jej przysługiwało, i skupiona powiodła wzrokiem po runie, powoli i spokojnie, tak jak wodziło się po świeżych deskach ułożonych do wyboru.
Rzucam na percepcję czy aby zobaczę coś w lesie?
Percepcja: ◉◉◉○○
Wyjęła różdżkę, po czym wytężyła wzrok i słuch, aż zaczęło jej dzwonić w uszach od samego wysiłku. Łuna słabej mgły stała między pniami płaskimi pasami i nie ruszała się wcale. Nic. Ani jednego chrupnięcia, ani jednego przesunięcia w runie. Cisza tak gruba, że słyszała własny oddech odbity w skórze płaszcza.
Położyła mu dłoń na barku. Poklepała. Dwa razy, powoli, z łagodną wyrozumiałością, jaką serwuje się dzieciom zlęknionym skrzypnięciem schodów.
— Samuelu — powiedziała ciepło. — To tylko las. Może jakieś rozbudzone wiewiórki.
Zdanie wisiało w powietrzu przez jedną, dwie sekundy, po czym Septima usłyszała je z zewnątrz, uświadamiając sobie z całkowitą jasnością, że właśnie objaśniła istotę lasu człowiekowi, który się w lesie urodził, wychował i najprawdopodobniej przespał w nim więcej nocy niż ona w swoim własnym łóżku.
Cóż. On jej trochę robił to samo.
— Chodźmy po tę sosnę.
Za to rękę podał jej cztery razy. Liczyła, chociaż wcale nie chciała liczyć.
Za pierwszym razem ją zignorowała, bo świetnie poradziła sobie sama. Za drugim przyjęła, bo grunt osunął się jej pod prawym butem i wyboru po prostu nie było (cmoknęła wtedy w eter). Za trzecim przyjęła, chociaż wybór był, i to ją zirytowało bardziej niż samo zejście. Za czwartym wzięła go już bez namysłu i bez dąsów, bo krok wymagał od niej lekkiego podskoku, na który zdecydować się nie potrafiła.
Przy pomniku Samuel wyciągnął różdżkę i to był moment, w którym przestała wyglądać w gęstwinę lasu.
Czternaście cali, może odrobinę mniej. Rękojeść nie miała żadnego wykończenia poza tym, które wyrobiła jej cudza dłoń przez lata. Angielska robota. Drewna nie rozpoznała z odległości czterech kroków, ale miała swoje podejrzenia. Mrugnęła dwa razy i wyszła z tego lubieżnego, rzemieślniczego zapatrzenia jak z zaparowanej łaźni — spóźniona, przyłapana, ze skupionymi oczami akurat tam, gdzie nie powinny były zabłądzić. Nadgarstek. Miała patrzeć na nadgarstek.
— Nieszczęśnik — odpowiedziała za to na tamto jego pytanie, chociaż być może nie oczekiwał odpowiedzi. — Nie wybrał miejsca, w którym łatwo by go znaleziono. Chciał po prostu odejść.
Poprawiła kołnierz cudzego płaszcza, bo ręce ewidentnie chciały coś zagestykulować.
W samą opowieść o narzeczonej nie bardzo wierzyła i nigdy nie potrafiła sobie wyobrazić, żeby ktoś po prostu pragnął wymazać się z egzystencji tylko dlatego, że ktoś przestał go chcieć; miłość romantyczna w jej głowie zawsze była raczej sprawą praktycznie nie miała w sobie ani ciężaru, ani ostrza wystarczających, żeby kogokolwiek tak daleko zaprowadzić. Może zresztą po prostu nie miała czym tego zmierzyć.
Ale w cierpienie duszy wierzyła całkowicie i tego cierpienia właśnie, nieszczęśnikowi jak najbardziej współczuła.
Złapał ją za ramię, a ona nie zapytała o doprecyzowanie. Wyprostowała się, wysunęła pierś do przodu, jakby chciała zająć w tym lesie o pół stopy więcej miejsca niż jej przysługiwało, i skupiona powiodła wzrokiem po runie, powoli i spokojnie, tak jak wodziło się po świeżych deskach ułożonych do wyboru.
Rzucam na percepcję czy aby zobaczę coś w lesie?
Percepcja: ◉◉◉○○
Rzut Z 1d100 - 41
Słaby sukces...
Słaby sukces...
Wyjęła różdżkę, po czym wytężyła wzrok i słuch, aż zaczęło jej dzwonić w uszach od samego wysiłku. Łuna słabej mgły stała między pniami płaskimi pasami i nie ruszała się wcale. Nic. Ani jednego chrupnięcia, ani jednego przesunięcia w runie. Cisza tak gruba, że słyszała własny oddech odbity w skórze płaszcza.
Położyła mu dłoń na barku. Poklepała. Dwa razy, powoli, z łagodną wyrozumiałością, jaką serwuje się dzieciom zlęknionym skrzypnięciem schodów.
— Samuelu — powiedziała ciepło. — To tylko las. Może jakieś rozbudzone wiewiórki.
Zdanie wisiało w powietrzu przez jedną, dwie sekundy, po czym Septima usłyszała je z zewnątrz, uświadamiając sobie z całkowitą jasnością, że właśnie objaśniła istotę lasu człowiekowi, który się w lesie urodził, wychował i najprawdopodobniej przespał w nim więcej nocy niż ona w swoim własnym łóżku.
Cóż. On jej trochę robił to samo.
— Chodźmy po tę sosnę.
Kocham drewno i duże bicepsy.