• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Dolina Godryka v
1 2 3 4 5 … 7 Dalej »
[30.08.1972] Śmierć w fikcyjnych opowieściach - tego się nie robi kotu. Przyjęcie.

[30.08.1972] Śmierć w fikcyjnych opowieściach - tego się nie robi kotu. Przyjęcie.
the web
Il n'y a qu'un bonheur
dans la vie,
c'est d'aimer et d'être aimé
wiek
43
sława
VI
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Szef OMSHM-u
187 cm | 75 kg | oczy szare | włosy płowo brązowe Wysoki. Zazwyczaj rozsądny. Poliglota. Przystojna twarz, która okazjonalnie cierpi na bycie przymocowana do osoby, która myśli, że pozjadała wszelkie rozumy.

Anthony Shafiq
#3
5 godzin(y) temu ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 4 godzin(y) temu przez Dearg Dur.)  
Anthony pojawił się na przyjęciu razem z Jonathanem. Powodem był oczywiście powód - wspólnymi siłami wydobyli Makbetha z kryjówki, choć z całego zajścia Shafiq pamiętał głownie nieudane zajęcie i unoszący się wokół niego smród magicznego tuńczyka. Prawdą było też to, że tego rodzaju kameralne spotkania stanowiły jak najbardziej naturalny element jego codzienności. W pewnym sensie właśnie na tym polegała jego polityczna przewaga – potrafił wejść niemal wszędzie, odnaleźć się wśród ludzi o zupełnie różnych interesach i sprawić wrażenie, że naprawdę jest zainteresowany tym, co mają do powiedzenia. Tego popołudnia Dolina Godryka nie potrzebowała jednak dyplomaty ani urzędnika wysokiego szczebla. Potrzebowała potencjalnego sąsiada, osobę, która bez trudu, niemal odruchowo pochyla się nad potrzebami tych najmniejszych.

Nie lubił kotów, ale nikt nie musiał o tym wiedzieć.

Ubrał się elegancko, choć na pierwszy rzut oka jego strój miał wyglądać zupełnie niewymuszenie. Jasna, miękka koszula z wysokiej jakości bawełny pozostawała rozpięta pod szyją, rękawy miał nonszalancko podwinięte do przedramion, a spodnie z lekkiej letniej wełny miały krój na tyle prosty, by nie wyglądały na strój urzędnika, i na tyle perfekcyjny, by nikt nie pomylił ich z ubraniem kupionym naprędce na placu targowym. Całość dopełniały skórzane półbuty i cienka, piaskowa szata, obecnie przewieszona przez oparcie jednego z krzeseł. Pieniądze stojące za tym ubraniem były ukryte w jakości materiału, idealnym skrojeniu i zdobnych detalach, ale stanowiły tylko dodatek, do cechującej Shafiq'a pełnej swobody pewności siebie której nie dało się kupić razem z ubraniem. Anthony wiedział zresztą, że strój był dopiero połową pierwszego wrażenia. Drugą stanowił zapach i to bynajmniej nie omyłkowo wyczarowany tuńczyk.

Tego dnia użył jednych z letnich perfum od Potterów, lekkich i świeżych, z bergamotką oraz gorzkawą nutą zielonych liści na początku, po chwili przechodzących w cedr, wetywerię i odrobinę ciepłego bursztynu. Zapach nie był ciężki ani przesadnie formalny, ale pozostawał na skórze wystarczająco długo, by ktoś, kto przechodził obok Anthony'ego, zapamiętał go jeszcze chwilę później. Było w nim przekonanie, że perfumy były równie istotne jak ubranie – stanowiły niewidzialną aurę, ostatni element, dopełnienie wizerunku, którego nie można było zobaczyć, a jednak można było go skojarzyć z konkretną osobą i uczuciami, które wzbudzała.

Najbardziej zdradliwym elementem całej stylizacji okazał się jednak złoty sygnet. Anthony obracał go między palcami niemal bezwiednie, przesuwając kciukiem po wygrawerowanych insygniach Ministerstwa - ledwie iluzji przesłaniającej szalkową wagę. Robił to już od wejścia i przestał, tylko po to, by po kilku minutach zorientować się, że znowu zaczął. Sygnet był pamiątką po latach spędzonych razem ze szkolnymi przyjaciółmi, symbolem młodzieńczej obietnicy, że niezależnie od tego, dokąd zaprowadzą ich ambicje, pozostaną po tej samej stronie. Na dobre i na złe. Przez całe lata ten gest był dla Anthony'ego czymś uspokajającym, niemal mechanicznym. Pamięcią o tym, że istniało na świecie bezgraniczne zaufanie. Że były w świecie osoby, przed którymi mógł po prostu milczeć. Być sobą.

Dzisiaj jednak złoto przesuwało się między jego palcami trochę częściej.

Bo obok niego stał Jonathan, właściciel drugiego sygnetu, na którym dla odmiany ukrywała się pod iluzją ministerialnych insygniów korona.

Nieoceniony zastępca w biurze. Najlepszy przyjaciel prywatnie. Człowiek, któremu Anthony ufał przez większą część swojego dorosłego życia. Człowiek, z którym potrafił rozmawiać o rzeczach, o których nie mówił niemal nikomu. I człowiek, o którym dowiedział się zaledwie wczoraj, że należy do tajnej partyzanckiej organizacji, biorącej udział w wojnie domowej na pograniczu prawa.

Wczoraj Anthony przyjął tę wiadomość z zadziwiającym spokojem. Nie zrobił sceny, nie podniósł głosu, nawet nie domagał się od Morpheusa, który z dużą swobodą zdradził mu tę informację większej ilości szczegółów. Nawet - mimo kolejnej nieprzespanej nocy - nie zaczął natychmiast układać w głowie wszystkich sytuacji, w których jego przyjaciel mógł go okłamać. To ostatnie było jednak coraz trudniejsze. Wystarczyło, że teraz spojrzał na Jonathana, uśmiechającego się swobodnie do któregoś z gospodarzy, a w jego głowie pojawiało się jedno pytanie: Ile razy już to robiłeś? Ile razy piłeś ze mną rano kawę i omijałeś szerokim łukiem kilka godzin podjazdowej walki na ulicach Londynu?

Anthony przekręcił sygnet na palcu.

Nie zamierzał jednak psuć przyjęcia, czy pozbawiać się możliwości, które przynosiło. Rozmawiał z ludźmi, uśmiechał się, poklepywał po ramieniu starych znajomych, z nowymi wymieniając galanteryjne uprzejmości. I obserwował. Jonathana, przede wszystkim. Nie w sposób ostentacyjny – na tyle subtelny, by sam zainteresowany mógł uznać to za zwyczajne zainteresowanie rozmową. Anthony znał jego twarz zbyt dobrze, był pewien, że z łatwością może odczytywać drobne zmiany mikroekspresji, sposobu, w jaki drugi mężczyzna reagował na pytania, chwilowych zawahań. Problem polegał na tym, że przez wszystkie poprzednie lata nie szukał w nim kłamstwa. Ufał mu. A kiedy człowiek ufa komuś bezwarunkowo, przestaje zauważać rzeczy, które w przypadku obcej osoby wydałyby mu się podejrzane. Jak długo? – kołatało się w antoniuszowej głowie, gdy zwilżał wargi domową lemoniadą.

Na szczęście otoczenie skutecznie utrudniało pogrążanie się w podobnych myślach. W ogrodzie było gwarno, ale nie hałaśliwie. Kocie ogony przemykały między nogami gości, jeden z większych rudych kotów bezczelnie zajął miejsce przy stole i najwyraźniej uznał, że skoro uroczystość została zorganizowana na jego cześć, wszystkie przekąski również należą do niego. Rozmowy stopniowo rozeszły się po ogrodzie. Anthony korzystał z okazji, by rozmawiać z kolejnymi mieszkańcami Doliny, zapamiętując nazwiska, zawody, drobne problemy i jeszcze drobniejsze uwagi dotyczące życia w miasteczku. Nie pytał o politykę. Pytał o rzeczy, które były dla ludzi ważniejsze od polityki – o sklepy, komunikację, dzieci, miejsce, gdzie można spotkać sąsiadów. Jeśli chciał kiedyś naprawdę zrozumieć społeczność, musiał najpierw wiedzieć, gdzie jej członkowie spędzają wolny czas.

Dopiero gdy zrobiło się nieco spokojniej, a Anthony ukrył w kieszeni uroczy amulecik w kształcie kociej głowy, znalazł gospodynię przy stole z napojami. Podszedł do niej z w połowie pustą szklanką w dłoni, dokładając starań by wyglądać jak człowiek, któremu rzeczywiście wpadł do głowy pewien pomysł.

– Mogę panią o coś zapytać? – zaczął. – Jak właściwie wyglądają tutaj warunki lokalowe? Mam na myśli coś więcej niż prywatne domy. Czy Dolina ma jakieś miejsce, w którym mieszkańcy mogą się spotkać, porozmawiać, poczytać prasę, zorganizować niewielkie wydarzenie? Kojarzę plac Lovegoodów, koleżanka też pokazała mi jakiś czas temu ten bar u Lizzy – uśmiechnął się ciepło, starając się myśleć o tym jako o lokalnej atrakcji turystycznej, a nie tanim barzątku do żłopania lokalnego piwska.

– Zastanawiałem się ostatnio nad biblioteką. Niewielką. Nic przesadnie ambitnego. Kilka pomieszczeń, księgozbiór, może czytelnia, miejsce, gdzie można prowadzić zajęcia albo po prostu usiąść przy herbacie, czy winie i porozmawiać… Z pewnością nie zabrakło wygodnych foteli by zatopić się w lekturze na miejscu i mieć miejsce przygotowane dla Makbetha do snucia swoich mruczanek – cieszył się, że wspomniany kocur nie był nigdzie w pobliżu. Ostatecznie nie reagował zbyt dobrze na mężczyznę, ulegając łagodności Jonathana w tej całej próbie ratunku. Bezwiednie obrócił sygnet kciukiem.

Na dobre i na złe.

Szklance zdawało się zdecydowanie brakować czegoś z większą ilością procentów.

Wybieram Amulet dziewięciu żyć
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Anthony Shafiq (1116), Baba Jaga (710), Guinevere McGonagall (262)




Wiadomości w tym wątku
[30.08.1972] Śmierć w fikcyjnych opowieściach - tego się nie robi kotu. Przyjęcie. - przez Baba Jaga - 12.08.2026, 16:16
RE: [30.08.1972] Śmierć w fikcyjnych opowieściach - tego się nie robi kotu. Przyjęcie. - przez Guinevere McGonagall - Wczoraj, 10:27
RE: [30.08.1972] Śmierć w fikcyjnych opowieściach - tego się nie robi kotu. Przyjęcie. - przez Anthony Shafiq - 5 godzin(y) temu
RE: [30.08.1972] Śmierć w fikcyjnych opowieściach - tego się nie robi kotu. Przyjęcie. - przez Baba Jaga - 4 godzin(y) temu

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa