Tak się akurat składało, że herbatę jaśminową owszem miała. Trzymała w swoim domu zapas droższych, smakowych herbat oprócz klasycznej londyńskiej mieszanki, głównie dla gości, a ta jaśminowa cieszyła się pewną popularnością. Skrzatka została więc wezwana, by zrobić dla czarownic herbatę i zaraz zniknęła, zostawiając je same z błękitnym kotem.
– O tak, uważam, że przyda mu się zajęcie. Uczenie się nowych rzeczy dobrze wpływa na głowę, poza tym ma w mieszkaniu tak sterylnie wręcz pusto. Trzeba było trochę ożywić wnętrze – odparła niewinnie i bez zająknięcia, być może nawet na jej ustach błąkał się pewien bardzo delikatny uśmieszek (ach, wcale nie złośliwy, wcale), bo w mieszkaniu Rodolphusa było tak, jakby to nie należało do niego, żadnych prywatnych elementów, które mówiłyby, że oto mieszka tam właśnie on. Victoria lubiła się droczyć ze swoją rodziną, postanowiła więc troszkę zabawić się z biednym Rodolphusem i całkowicie celowo za każdym razem gdy u niego była, ledwie zauważalnie przesuwała mu na przykład fotel – na tyle delikatnie, by można to było zwalić na “ojj, przypadek”, choć i ona i Rudi wiedzieli, że nic tu nie było przypadkiem, bo żadne z nich nie należało do osób, które nie kalkulowało swoich ruchów. Zresztą tak samo jak te rośliny, co do których wiedziała doskonale, że młody Lestrange nie ma bladego pojęcia, jak się z nimi obchodzić, a ona i tak mu je wysyłała… ze szczegółową instrukcją podlewania i gdzie należy je ustawić. Victoria bawiła się przy tym świetnie. Zresztą Rodolphus nie pozostawał jej dłużny i wysyłał jej jakieś rękawiczki czy czapki, żeby nie zmarzła, choć wiedział doskonale, że nie ma takiego ognia, który był ją w stanie ogrzać. Czarnowłosa pozostawała lodowato wręcz zimna, co Astoria mogła wyczuć, gdy przez moment znalazła się bliżej Victorii. Gazety nie kłamały: Zimni nazwani byli Zimnymi zupełnie nie bez powodu.
– Jestem aurorem – odpowiedziała Avery, może nawet minimalnie zdziwiona, że o tym nie wiedziała, bo o jej zawodzie zdawał się wiedzieć niemal cały czarodziejski światek po tym, co wydarzyło się podczas Beltane. Nie widziała jednak powodu, by nie odpowiedzieć. – Byłam na dyżurze, kiedy zaczął się atak – doprecyzowała łagodnie. Chwilę później w salonie pojawiła się skrzatka z tacą, i postawiła na stoliku dzbanek z herbatą, cukiernicę, mały dzbanuszek z mlekiem, komplet dwóch filiżanek ze spodeczkami, łyżeczki talerzyk z jakimiś korzennymi, kruchymi ciastkami. Nalała herbaty do obu filiżanek.
– Dziękuję. Możesz odejść, Strzałko – zwróciła się do skrzatki, która ponownie ukłoniła się i zostawiła je same. – Warzeniem eliksirów zajmuję się hobbystyczne i w czasie wolnym – dodała, kontynuując myśl, bo zakładała, że skoro Astoria nie znała jej zawodu, to mogła przez moment pomyśleć, że Rodolphus wprowadził ją w błąd. Avery niewiele się myliła w tym, że Victoria nie zajmowała się eliksirami dlatego, że potrzebowała pieniędzy: tych miała wystarczająco dużo nawet zanim zaczęła pracę jako auror (a był to zawód bardzo dobrze płatny). Zwyczajnie nie lubiła stać w miejscu, a eliksiry od zawsze były czymś, co pozwalało jej się zrelaksować, jakkolwiek dziwnie to nie brzmiało. No i lubiła eksperymentować, wymyślać nowe receptury.
– Przykro mi – powiedziała, wysłuchawszy słów kobiety, gdy mówiła o swoim mieszkaniu. – Po tamtej nocy w wielu mieszkaniach zostało trochę tej dziwnej magii. Zastanawiam się, czy domy były w jakiś sposób celowane, czy to zupełny przypadek, że niektóre pozostały nietknięte, a niektóre skończyły tak, jak twoje mieszkanie… słyszałam też o niedającej się zmyć sadzy, śladach dłoni czy o dziwnych znikających runach… – Lestrange zapatrzyła się na moment na Astorię. Była urodziwą dziewczyną wychowaną prawdopodobnie dokładnie tak, jak ona: wiedziała, kiedy się uśmiechnąć, kiedy dygnąć, kiedy odwrócić wzrok, kiedy się odezwać i tak dalej. – Dobrze, że masz się gdzie zatrzymać – dodała przy tym, bo z pewnością przebywanie w mieszkaniu pełnym tego dziwacznego pyłu nie wpływał dobrze na zdrowie. Victoria do dzisiaj kaszlała (choć teraz już dużo mniej), a „jedyne” co ją spotkało, to mnóstwo tego syfu wdychane po przebywaniu kilkanaście godzin na zewnątrz w Londynie.
Kiwnęła głową, ponownie wracając do studiowania listy, robiąc już sobie w głowie notatki co do potrzebnych składników. Brak alergii ułatwiał sprawę, bo nie musiała szukać odpowiednio działających zamienników, a nie każdy składnik o podobnej właściwości dobrze działał z innymi. Często bywało, że gdy wymieniało się jeden, trzeba było też zmienić kilka innych, by uzyskać odpowiednio zadowalający efekt.
– Zajmę się tym w najbliższej wolnej chwili. Bal to jedno, ale po drodze mam jeszcze przeprowadzkę – przyznała. Nie wspominając rzecz jasna o pracy zawodowej i licznych, niestandardowych godzinach pracy. Zerknęła przy tym na kota, który nie odrywał oczu od Astorii i nerwowo przebierał ogonem, ale nie ruszył się ze swojego miejsca, najwyraźniej uznawszy, że skoro jego właścicielka jest spokojna, to i on może dalej leżeć.