• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Dolina Godryka Knieja Godryka v
1 2 Dalej »
[23.10.72] Puk, puk, czy ktoś mnie słyszy? Ściana jak mur, drzwi jak zły sen...

[23.10.72] Puk, puk, czy ktoś mnie słyszy? Ściana jak mur, drzwi jak zły sen...
cythryblus
Angel pen ffordd, diawl pen tân
wiek
35
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
uzdrowiciel
Ma bladą, niepokochaną przez słońce, za to gęsto obsypaną piegami, cerę. Oczy jasne, zielonoszare, osadzone głęboko pod ciężkim łukiem brwiowym, przez co nawet neutralne spojrzenie wygląda na foch i pretensję. Miękczą je jedynie rzęsy, gęste i dłuższe niż wypadałoby chłopu tej postury. Nos długi, ze śladem po dawnym złamaniu, którego nikt mu porządnie nie nastawił. Zarost zazwyczaj nosi krótki i nierówny, goli się na specjalne okazje. Włosy sięgają obojczyków, falują nieprzewidywalnie i wiecznie wchodzą w twarz; związuje je do pracy i w pogodę, która ciska w usta więcej niż dziesięć przekleństw na minutę. Jest szeroki w barach i mierzy ponad sześć stóp wzrostu. Buciory, których nie zdejmuje właściwie nigdy, dokładają mu nie tylko parę cali, ale i za dużo hałasu, bo słychać go w korytarzu na długo, zanim się pojawi. Chodzi ciężko i pewnie, z lekkim przechyłem na prawą stronę, pamiątką po czymś, o czym nie opowiada.

Gareth Rowle
#1
3 godzin(y) temu ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 2 godzin(y) temu przez Gareth Rowle.)  
Jego siostra jest świruską.
Pomyślał to po raz pierwszy w drugim tygodniu po ślubie i do dziś pamięta, co przeżuwał wtedy w ustach. Stół był zastawiony tak, jak zastawia się stoły w domach, gdzie ludzie nie tyle mają co świętować, a po prostu nie wiedzą co dokładnie lubią jeść na śniadanie — było z nadmiarem i zbytkiem, ze świeżym pieczywem i kilkoma gatunkami cuchnącego sera oraz obrusem tak białym, że aż wypalał oczy. Siedział przy tym świeżo wyprany i ostrzyżony, jakby przycięty do rozmiaru nowej koszuli, która nie znała na sobie plamy żadnego nieszczęsnego stworzenia. I czuł się najnormalniejszym człowiekiem pod walijskim niebem.

List od Heli leżał między pustym dzbankiem a rozmiękłym masłem, ale nawet tam wyglądał jak coś co dom okrutnie nawiedziło, a nie coś co dostarczyła mu jego własna sowa do ręki.
Ujrzał coś, co już wcześniej widział, ale dziś jawiło mu się jakoś inaczej. Cztery strony pisma pnącego się pod górę niczym powój po suchym grochowisku, dwie plamy po czymś ziołowym i cholernie dużo epitetów, które kiedyś niby rozumiał, ale tamtego dnia obijały się o jego czaszkę z impetem gorliwego, acz drobnego wróbla. Przez dwadzieścia parę lat czytał siostrę tak, jak Walijczyk czyta się janusowe niebo nad Yr Wyddfa — z jednego wnikliwego spojrzenia i bez wysiłku, wiedząc już od wschodu słońca, co nadejdzie po południu. Jedno takie jej mrugnięcie i wiedział kiedy przed surowym rodzicem łgać. Jeden trzepot rzęs i wiedział kiedy biec szybciej od stwora, którego się niepotrzebnie rozdrażniło. Dwie, trzy sekundy przeczucia, że napięte barki i kark poprowadzą do wybuchu i rozdarcia absolutnego, które przyśni mu się potem w nocy. Ale tego ranka niebo jakoś przestało być walijskim niebem. Zdania stały jedno obok drugiego, słowa siedziały krzywo, jakby wbijał je ktoś młotkiem, byle się trzymały do zimy. Bełkot. Bełkot ładny, kaligraficzny, przepięknie niestrawny przy tym obrusie.

Czytał więc dalej, z tym swoim nerwowym kącikiem ust, i podnosił co chwilę wzrok znad papieru, czy aby czasem go ktoś w tym stanie nie podgląda, ale nie podglądał go nawet jego własny skrzat, który akurat dłubał sobie w nosie. Nic na to poradzić nie mógł. Westchnął wtedy, uśmiechając się do niewinnej, pięknej istoty, która siedziała tuż na przeciw i zamarzył się tak jak każdy naiwny kretyn potrafił. Plecy Celine. Proste jak sztachetka, ale taka z nowego płotu, nie z takiego, przez który się przechodzi. Sposób, w jaki trzymała widelec i nóż — zupełnie tak samo jak trzymało się nóż w domu, w którym oboje z Helą wyrośli. I obrączka, opasująca palec ciasno i gładko, bez luzu, jak wąska złota obróżka.
I pomyślał, przełykając cuchnący ser, którego nazwy nie pamiętał, całkiem szczerze i bez cienia wstydu — dlaczego Helloise tu z nim nie ma? Co tak okropnego spotykało ją w rodzinnym domostwie, że uciec musiała z dala od tego do czego należała?
A potem przepadł i czysty obrus i sama przeklęta Slughornówna.

Płot u Heli był wyszczerbiony jak uzębienie starego psa i pełnił dokładnie tę samą funkcję, nikogo już nie gryzł, ale nadal sobie stał i straszył. Ciekawe czy działało?
Podwórze przywitało go tym, czym zawsze go niestety witało, czyli rupieciami rozłożonymi w chaosie, który Hela nazwałaby swoim własnym "porządkiem". Wzrok nie był w stanie spamiętać wszystkich badziewi, acz zawodowo odnotował, że leżąca nieopodal smocza kość jest w lepszym stanie niż połowa żywych okazów w rezerwacie.

Kury rozstąpiły się przed nim jak przed kupieckim karawanem. Jedna, ruda, poszła za nim krok w krok przez pół podwórza, patrząc mu na buty z wyrazem, który u człowieka nazwałby bałamutnym wymuszaniem haraczu. Ale licho wiedziało, co kury Heli mogą od niego żądać. Podejrzewał, że już dawno nie chodziło im o ziarno. Przeszedł dalej i ucieszył się z głębi serca, bo Chatka wciąż stała.
To znaczy stała w tej chwili. Gareth widział ją już kucającą i to na tyle razy, że przestał się przy tym wzdrygać jak alkoholik na wodnej imprezie, chociaż nigdy nie przestał liczyć w myślach, jak wygląda statyka konstrukcji opartej na jednej kończynie. Bo skręt w stawie skokowym przy takiej masie to była kwestia czasu, a głupie szczęście i magia ratować to mogła tylko do pewnego czasu. Marudził jej o tym wiele razy, ale za każdym razem dowiadywał się, że nie jest weterynarzem od domów i żeby zamknął japę. Ale Gareth japy zamykać nie lubił gdy mu ktoś kazał. Miał tylko nadzieję, że Chatka nie stanie się pewnego dnia żywą trumną Heli, bo nie do końca ufał Kniei i jej zjawom. Odebrałyby mu siostrę już na zawsze. Bezpowrotnie.

Zatrzymał się przy tarasie, a do nozdrzy dotarła zielna woń suchej mięty.
— Ta kość wciąż leży ci pod pergolą i wciąż jej brakuje żuchwy. Może przywiozę ci następnym razem całą?— rzucił na przywitanie, szczerząc się cwanie, jednostronnie, tak jakby jej coś zdążył zajumać jeszcze przed przekroczeniem progu. Ale kieszenie były puste.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: Helloise Rowle, 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Gareth Rowle (791)




Wiadomości w tym wątku
[23.10.72] Puk, puk, czy ktoś mnie słyszy? Ściana jak mur, drzwi jak zły sen... - przez Gareth Rowle - 3 godzin(y) temu

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa