Ogłoszenie manifestu przez Lorda Voldemorta, było datą bardziej znaczącą, niż można było się tego spodziewać. Atreus doskonale pamiętał moment, kiedy się z nim zapoznawał, dzieląc się swoimi spostrzeżeniami z Florence. Więcej w tym było niedowierzania i sceptycyzmu, niż właściwego zmartwienia. Jakaś jego wewnętrzna buta nie pozwalała tak zwyczajnie i w pełni przyjąć do wiadomości tego, że teraz miał być gorzej. Ale przyszły kolejne dni, kolejne wydarzenia, kolejne charakterystyczne znaki na niebie, wywołane zaklęciem morsmorde. Szybko i jakże systematycznie, zaczęły być kojarzone z terrorem, a jednocześnie sporo ludzi wciąż niedowierzało, że coś złego mogłoby się przydarzyć im, albo ich sąsiadom.
Śmierciożerców było chyba na tyle niewielu, że przeprowadzane przez nich ataki wydawały się być planowane na chybił trafił. Rozsiane po całej Anglii i jedyne co miały wspólnego, to pochodzenie lub przeświadczenia ofiar. Albo byli z mugolakami związani, albo popierali ich sprawy w magicznym społeczeństwie.
Kimkolwiek byli Brownowie, kiedy informacja o czarnoksięskim znaku trafiła do Ministerstwa, Bulstrode zdawał się podświadomie wiedzieć, że nie byli winni temu, za co zostali skazani. Wspieranie słabszych nie było niczym, za co należało być piętnowanym, nawet jeśli on sam nigdy przesadnie nie przejmował się mugolakami. Byli, rozpychali się swoimi niemagicznymi łokciami, próbując pokracznie wpasować do magicznego społeczeństwa, ale w gruncie rzeczy pracowali na tym by zostać zaakceptowanymi, zamiast wywracać cały system do góry nogami.
Odgłosy teleportacji rozległy się na pustej ulicy, przecinając dzwoniącą w uszach ciszę. Oprócz tego, że pojawiły się umundurowane jednostki, nie zmieniło się nic - żaden pies się nie zająknął, a uliczka pozostawała tak samo martwa, jakby mieszkańcy wciąż bali się okrutnie, że niebezpieczeństwo nie minęło. Atreus przez moment wchłaniał ten bezruch, jakby samemu bojąc się go naruszyć, wspinając się spojrzeniem po fasadzie zrujnowanego budynku. Drzwi zostały wysadzone, okna nie posiadały we framugach szyb. W środku też pewnie panował istny rozgardiasz.
— Ktoś jest w środku — zauważył cicho. Spojrzeli na siebie, kiwając krótko, mocniej zaciskając palce na trzymanych różdżkach i ruszyli do przodu. Starszy auror wszedł pierwszy, przystając po paru krokach w przedsionku. — Tu służby Biura Aurorów. Zostaliśmy wezwani na miejsce zbrodni, ktokolwiek tu jest, ma natychmiast odłożyć różdżkę i wyjść z podniesionymi rękoma.