— Jestem przekonany, że uda ci się jakoś sensownie rozeznać w sytuacji i znaleźć najlepsze rozwiązanie. — Uśmiechnął się do niej lekko, całkiem szczerze i z pełnym przekonaniem, że tak właśnie będzie. Widział już w jej oczach, jak trybiki zaczęły działać, starając się dojść do odpowiedniej kolejności, w jakiej powinna podejść do stawianych przez nią problemów. Była to jedna z tych rzeczy, które w niej bezgranicznie cenił i czuł pewien komfort w tym, że była wystarczająco samodzielna i pewna siebie, by sobie poradzić. Szczególnie, że on przesadnie nie chciał się tym zajmować, chociaż jego niechęć wynikała z prostej obawy, że całość sprawy zaprowadziłaby go na Nokturn. A on Nokturnu nienawidził szczerze i całym swoim sercem, jakby było to miejsce w którym koncentrowała się cała jego niechęć do wszystkiego co najgorsze w ludzkich siedliskach pokroju miast. Był dla niego siedliskiem desperacji i upodlenia. Wszystkich rzeczy, z którymi każdy szanujący się arystokrata nie powinien mieć bezpośrednio nic wspólnego.
Uśmiechnął się jeszcze, kiedy kontynuowała krótko kwestię jaja i stosunku Vulcora do niego – brzmiało to wszystko nader prawdopodobnie i pasująco do posiadanego przez nią stworzenia. Levi mógł nie być jego właścicielem, ale jakby nie patrzeć, wyszedł spod jego ręki, a wprawny hodowca potrafił poznawać charaktery swoich podopiecznych już na najwcześniejszych stadiach rozwoju. Potem obydwoje podnieśli się ze swoich miejsc, a może właściwsze było powiedzenie, że zrobili to we trójkę, bo smoczognik opadł z poręczy i poleciał w ślad za nimi, kiedy udali się na zewnętrze. Z radością rozprostował skrzydła w pełnym locie, nie musząc przejmować się ciasnotą wnętrz.
— Zawsze nieco fascynowało mnie jej podejście do życia. A przez fascynowało mam na myśli to, że wydaje się nie mieć nic pożytecznego do roboty i dlatego aż tak interesuje się innymi — mruknął z przekąsem. Co prawda Blackówna pisywała tylko do Proroka Niedzielnego, co według niego nigdy nie było niczym porywającym, ale zdawało mu się czytywać jej artykuły. Głównie z nudów. Wszystkie traktowały o tym, co interesowało go najmniej, czyli socjecie. Potknięciach ważnych osób, które Arista z lubością piętnowała, jakby mianowała siebie w międzyczasie bojowniczką o poprawną moralność czystokrwistych rodów. Według niego za dużo w tym było ujadania, a za mało treści. — Mam nadzieję, że odpowiedziałaś jej coś, co nie nadawałoby się do jej najbliższego artykułu. Mam też nadzieję, że to twoje… staropanieństwo? Okropne słowo w twoim przypadku, nie zagrało ci przesadnie na nerwach.
Go on, stick your bloody head in the jaws of the beast