17.08.2026, 08:13 ✶
Stwierdzenie, że Brenna czuła się tego dnia niepewnie, byłoby niedopowiedzeniem.
Odwiedziła gabinet hipnotyzerki już jakiś czas temu i było lepiej. Mimo to wspomnienie tej chwili, gdy podpaliła fotel w jej gabinecie, wciąż tkwiło w głowie Brenny i sprawiło choćby, że na sam ślub Geraldine wetknęła własną różdżkę Norze, rozstając się z tą pierwszy raz odkąd miała jedenaście lat, z obawy, że mogłaby spróbować podpalić pannę młodą. Wciąż nie zbliżała się do kominka, chociaż niektórzy zaczynali już w takich palić, bo nad Anglię nadciągnęła jesień i wciąż odruchowo wybierała światło różdżki nad światło świec. Była więc trochę bardziej spięta niż zwykle, kiedy pojawiły się w siedzibie towarzystwa herbologicznego, i to nie dlatego, że nie znała się na mandragorach, bo od tego była tutaj Victoria, a dlatego, że jeśli miałaby użyć widmowidzenia, do tego będzie potrzeba świec.
Lęk zdawał się już rozpływać, ale wcale nie była pewna, czy jakaś wewnętrzna blokada, gdy wejdzie do kręgu takich, nie sprawi, że zawiedzie haniebnie. Albo znów odezwie się to coś, co tkwiło w jej głowie od Spalonej Nocy i spanikuje.
– Hm… pewnie po takim czasie nie będzie tu już zapachu, ale zaczęłabym od rozejrzenia się, ty jako… no ty, a ja jako wilk, na wszelki wypadek – stwierdziła, stając w progu pomieszczenia. – Zobaczę czy coś nie wywoła jakiegoś odczytu, a jak nie, zobaczymy, czy jest tu dość emocji, żeby dało się z tymi tubami pogadać. Tylko Tori?
Zawahała się i przeczesała włosy ręką, zastanawiając się, jak to ująć.
– Po Spalonej miałam problem z ogniem, więc trzymaj rękę w pogotowiu, jakbym miała spanikować, gdy odpalę te świece. Zdaje mi się, że powinno być już w porządku i muszę wrócić prędzej czy później do próbowania, ale lepiej być przygotowanym – rzuciła niemalże na jednym wdechu. Rano celowo spoglądała w płomień świecy, absolutnie bez własnej różdżki w zasięgu dłoni, i poza ogólnego poczucia niepewności nie stało się właściwie… nic. To jednak nie oznaczało jeszcze, że może odetchnąć.
Weszła do pomieszczenia, rozglądając się: przede wszystkim oczywiście spojrzała na tuby, ale potem też na wejście i przetworzyła w głowie drogę, jaką przeszły.
– Zakładam, że pewnie tych madragor nie dałoby się transmutować w coś mniejszego? I pewnie byłyby za duże na woreczek z wsiąkiewki? Masz gdzieś listę osób, przed którymi te drzwi by się otworzyły czy wystarczy podejść? – zapytała. Mandragory były tak mordercze, że pewnie nie, ale nie znając się na zielarstwie wolała spytać, bo upchnięcie ich w czymś byłoby… no najprostsze.
na wypadek, gdyby wydarzyły się tu jakieś istotne, emocjonalne wydarzenia, rzucam z percepcji na odczyt historyczny – przepraszam, nie wiem jeszcze sama jak do końca to działa i czy powinnamXD
Odwiedziła gabinet hipnotyzerki już jakiś czas temu i było lepiej. Mimo to wspomnienie tej chwili, gdy podpaliła fotel w jej gabinecie, wciąż tkwiło w głowie Brenny i sprawiło choćby, że na sam ślub Geraldine wetknęła własną różdżkę Norze, rozstając się z tą pierwszy raz odkąd miała jedenaście lat, z obawy, że mogłaby spróbować podpalić pannę młodą. Wciąż nie zbliżała się do kominka, chociaż niektórzy zaczynali już w takich palić, bo nad Anglię nadciągnęła jesień i wciąż odruchowo wybierała światło różdżki nad światło świec. Była więc trochę bardziej spięta niż zwykle, kiedy pojawiły się w siedzibie towarzystwa herbologicznego, i to nie dlatego, że nie znała się na mandragorach, bo od tego była tutaj Victoria, a dlatego, że jeśli miałaby użyć widmowidzenia, do tego będzie potrzeba świec.
Lęk zdawał się już rozpływać, ale wcale nie była pewna, czy jakaś wewnętrzna blokada, gdy wejdzie do kręgu takich, nie sprawi, że zawiedzie haniebnie. Albo znów odezwie się to coś, co tkwiło w jej głowie od Spalonej Nocy i spanikuje.
– Hm… pewnie po takim czasie nie będzie tu już zapachu, ale zaczęłabym od rozejrzenia się, ty jako… no ty, a ja jako wilk, na wszelki wypadek – stwierdziła, stając w progu pomieszczenia. – Zobaczę czy coś nie wywoła jakiegoś odczytu, a jak nie, zobaczymy, czy jest tu dość emocji, żeby dało się z tymi tubami pogadać. Tylko Tori?
Zawahała się i przeczesała włosy ręką, zastanawiając się, jak to ująć.
– Po Spalonej miałam problem z ogniem, więc trzymaj rękę w pogotowiu, jakbym miała spanikować, gdy odpalę te świece. Zdaje mi się, że powinno być już w porządku i muszę wrócić prędzej czy później do próbowania, ale lepiej być przygotowanym – rzuciła niemalże na jednym wdechu. Rano celowo spoglądała w płomień świecy, absolutnie bez własnej różdżki w zasięgu dłoni, i poza ogólnego poczucia niepewności nie stało się właściwie… nic. To jednak nie oznaczało jeszcze, że może odetchnąć.
Weszła do pomieszczenia, rozglądając się: przede wszystkim oczywiście spojrzała na tuby, ale potem też na wejście i przetworzyła w głowie drogę, jaką przeszły.
– Zakładam, że pewnie tych madragor nie dałoby się transmutować w coś mniejszego? I pewnie byłyby za duże na woreczek z wsiąkiewki? Masz gdzieś listę osób, przed którymi te drzwi by się otworzyły czy wystarczy podejść? – zapytała. Mandragory były tak mordercze, że pewnie nie, ale nie znając się na zielarstwie wolała spytać, bo upchnięcie ich w czymś byłoby… no najprostsze.
na wypadek, gdyby wydarzyły się tu jakieś istotne, emocjonalne wydarzenia, rzucam z percepcji na odczyt historyczny – przepraszam, nie wiem jeszcze sama jak do końca to działa i czy powinnamXD
Rzut PO 1d100 - 5
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.