17.08.2026, 13:38 ✶
On.
Lucy przeniosła swoje spojrzenie we wskazanym kierunku i skrzywiła się nieznacznie. Cień w pierwszej chwili stał nieruchomo, po czym zaczał przemieszczać się z zaskakującą zwinnością w ich kierunku. Nie, nie w ich kierunku. W kierunku Helloise. Lucy zmarszczyła brwi i odruchowo wyszła przed czarownicę, bez słowa dając jej znak dłonią, aby została z tyłu. Zielone oczy wampirzycy, jak przystało na krwiopijczego drapieżnika, skupiły się teraz w pełni na drugim drapieżniku najwyraźniej próbującym właśnie zabić jedyną wiedźmę z lasu, której obecność naprawdę tolerowała.
I już… Już miała się zerwać do biegu. Już miała spotkać się z nim w połowie drogi i bezlitośnie wbić w niego swoje kły, kiedy…
Zniknął.
– Helloise? – zapytała cicho. Kolejny grzmot. Kolejny poryw wiatru. – Co tu się dzieje?
Niestety nie otrzymała odpowiedzi, a przynajmniej nie od samej kobiety. W końcu ciężko było, aby Helloise jakkolwiek jej odpowiedziała, gdy właśnie była duszona. I tak to już właśnie było z tymi śmiertelnikami! Zaczynała jakiegoś lubił, to ten umierał ze starości, choroby, lub jak w tym wypadku był duszony w czymś co chyba nawet nie było do końca jawą! I to jeszcze próbował zamordować ją jakiś przerośnięty gargulec! Bezczelność!
Szybko rzuciła się w stronę mężczyzny, zatapiając w jego karku śnieżnobiałe kły. Koszmar wydał z siebie chrapliwy odgłos, wampirzyca poczuła cieknącą po brodzie posokę, ale w jej ustach nie zagościł ten charakterystyczny posmak. Mężczyzna szarpnął się. Lucy nie dawała za wygraną. Wgryzła się jeszcze mocniej, na każdą próbę uwolnienia się odpowiadając kolejnymi ranami. Karl, szyja, dłonie. Powinien już coś poczuć. Powinien krzyczeć z bólu. I wreszcie, gdy rozważała, jak odgryźć mu ucho, wreszcie wtedy napastnik wypuścił Helloise i zataczając się wpadł na stolik. Dalej jednak był zaskakująco żywy.
– Porcelana – syknęła Lucy mając oczywiście na myśli, aby Heloise poharatała mu nia twarz. Teraz, trupio-blada, z rozwianym warkoczem i zabarwioną na czerwono koszulą, zapewne sama wyglądała jak istota z koszmarów, ale nieszczególnie jej to przeszkadzało.
Lucy przeniosła swoje spojrzenie we wskazanym kierunku i skrzywiła się nieznacznie. Cień w pierwszej chwili stał nieruchomo, po czym zaczał przemieszczać się z zaskakującą zwinnością w ich kierunku. Nie, nie w ich kierunku. W kierunku Helloise. Lucy zmarszczyła brwi i odruchowo wyszła przed czarownicę, bez słowa dając jej znak dłonią, aby została z tyłu. Zielone oczy wampirzycy, jak przystało na krwiopijczego drapieżnika, skupiły się teraz w pełni na drugim drapieżniku najwyraźniej próbującym właśnie zabić jedyną wiedźmę z lasu, której obecność naprawdę tolerowała.
I już… Już miała się zerwać do biegu. Już miała spotkać się z nim w połowie drogi i bezlitośnie wbić w niego swoje kły, kiedy…
Zniknął.
– Helloise? – zapytała cicho. Kolejny grzmot. Kolejny poryw wiatru. – Co tu się dzieje?
Niestety nie otrzymała odpowiedzi, a przynajmniej nie od samej kobiety. W końcu ciężko było, aby Helloise jakkolwiek jej odpowiedziała, gdy właśnie była duszona. I tak to już właśnie było z tymi śmiertelnikami! Zaczynała jakiegoś lubił, to ten umierał ze starości, choroby, lub jak w tym wypadku był duszony w czymś co chyba nawet nie było do końca jawą! I to jeszcze próbował zamordować ją jakiś przerośnięty gargulec! Bezczelność!
Szybko rzuciła się w stronę mężczyzny, zatapiając w jego karku śnieżnobiałe kły. Koszmar wydał z siebie chrapliwy odgłos, wampirzyca poczuła cieknącą po brodzie posokę, ale w jej ustach nie zagościł ten charakterystyczny posmak. Mężczyzna szarpnął się. Lucy nie dawała za wygraną. Wgryzła się jeszcze mocniej, na każdą próbę uwolnienia się odpowiadając kolejnymi ranami. Karl, szyja, dłonie. Powinien już coś poczuć. Powinien krzyczeć z bólu. I wreszcie, gdy rozważała, jak odgryźć mu ucho, wreszcie wtedy napastnik wypuścił Helloise i zataczając się wpadł na stolik. Dalej jednak był zaskakująco żywy.
– Porcelana – syknęła Lucy mając oczywiście na myśli, aby Heloise poharatała mu nia twarz. Teraz, trupio-blada, z rozwianym warkoczem i zabarwioną na czerwono koszulą, zapewne sama wyglądała jak istota z koszmarów, ale nieszczególnie jej to przeszkadzało.