Avery była niczym dziecko. Może nie przepadała za niską temperaturą, kiedy jednak pojawiał się śnieg - humor od razu jej się poprawiał. Uwielbiała wędrować zaśnieżonymi uliczkami, podziwiać widoki i cieszyć się tą piękną pogodą. Nie przeszkadzało jej to, że trzeba było się cieplej ubrać, do tego zakładać czapki i szaliki, w których niekoniecznie atrakcyjnie się wyglądało - to nie miało znaczenia, najmniejszego.
Yule minęło jej spokojnie. Rodzice mieli na głowie sprawy związane z zamążpójściem jej starszej siostry, więc jej nieco odpuścili. Mogła malować, nie przeszkadzać nikomu - zajmować się tym, co najbardziej lubiła. Nie wymieniali jej tym razem listy kandydatów, którymi powinna się zainteresować, nie mieli na to czasu, bo udało im się dogadać z Crouchami w sprawie śluby Clare. Widziała, że siostra nie jest tym zachwycona, ale nie miała co oponować, w końcu od dawna było wiadome - że taka jest ich rola i prędzej, czy później każdą z nich to czeka. Clare miała gorzej, bo była starsza, ona musiała przeżyć to jaka pierwsza. Współczuła jej mocno, bo nikt nawet nie zapytał jej o zdanie, ale taki już ich los.
Jako, że pogoda była wspaniała, idealna do spacerowania postanowiła napisać list do Stanleya. Jakoś tak wyszło, że przy tej końcówce roku mieli dla siebie mniej czasu. Miała świadomość, że zamierzał przejść kurs na aurora, co pewnie było takie proste i musiał poświęcić się nauce. Nie zamierzała mu w tym przeszkadzać, chociaż raz na jakiś czas to nawet dobrze zrobi, takie oderwanie się od książek. Dlatego też zaprosiła go na spacer, nie spodziewała się, że jej odmówi, nie było nawet takiej możliwości, oczywiście więc, że wszystko poszło po jej myśli.
Stella przygotowała się do wyjścia. Zajęło jej to chwilę, bo musiała na siebie narzucić te wszystkie warstwy ubrań. Wełnianą, granatową spódnicę, do tego grube rajstopy i czarny, jedwabny golf. Może nie wyglądała zjawiskowo jak zawsze, ale najważniejsze, że było jej ciepło. Na wierzch narzuciła zimowy kożuch, szalik i niestety czapkę przez którą wyglądała jak leprechaun, ale nie mogła z tym nic zrobić, musiała to po prostu zaakceptować.
Zjawiła się w umówionym miejscu chwilę przed czasem, Stanley pojawił się punktualnie - co wcale jej nie zdziwiło, zdążyła mu już zademonstrować, jak bardzo nie znosi spóźniania. Widać było, że dotarło to do niego i dbał o to, aby zawsze być na czas.
Avery co chwilę unosiła głowę w stronę nieba i przymykała oczy, pozwalała, aby płatki śniegu lądowały na jej twarzy. Widać było, że naprawdę lubi zimę, uśmiech bowiem też nie schodził jej z twarzy. - Sprawozdania brzmią bardzo nudno, to musi być najgorsze w Twojej pracy. - Stella pewnie by zwariowała, gdyby miała pisać jakieś raporty. Zresztą w jakiejkolwiek stałej pracy by pewnie sobie nie poradziła. Artystyczny styl życia był tym do czego była przyzwyczajona.
- Dziękuję, że o mnie pomyślałeś. Właściwie to pewnie nie miałabym z tym problemu, ale to miłe, że patrzysz na to też w ten sposób. - Borgin nie chciał dokładać jej stresu związanego z udawaniem pary przed całą rodziną, dobrze, że o tym pomyślał, chociaż miała wrażenie, że gdyby doszło do takiej sytuacji to on by bardziej panikował.
Miała wrażenie, że padający śnieg nie jest już taki przyjemny. Dołączył do tego silny wiatr, jeszcze chwila i zrobi się z tego zamieć. Nie wróżyło to nic dobrego, Stelli zdecydowane nie chodziło o spacer w takich trudnych warunkach. - Jasne, przeczekajmy tam trochę, bo daleko nie zajdziemy, jak dalej będzie tak wyglądała sytuacja. - Mieli szczęście, że pojawiło się miejsce, do którego mogli wejść. Idealnie się złożyło. Cóż za zbieg okoliczności.
- Grzane wino brzmi jak coś, czego potrzebuję, bardzo! - Czuła, że szybko ją rozgrzeje, w końcu alkohol w tym pomagał, a ciepły? Nie było nic, co lepiej by działało na zmarznięte ciało. Weszła więc przodem do miejsca, w którym mieli przeczekać. Stella pozbyła się śniegu z czapki, szalika, kożucha, było tego sporo, zaczęła już nawet przypominać bałwana.
- Dzień dobry! - Rzuciła jeszcze wesoło w eter. Wypadało się przywitać. Dopiero wtedy rozejrzała się po pomieszczeniu - było puste, to ją trochę zaskoczyło, jednak może nie do końca. Sama wolałaby w taką pogodę siedzieć w domu, tyle, że na to trochę już za późno.
- Przy kominku! Tam będzie ciepło, rozgrzejemy się trochę. - Do tego kominek jakoś tak przyjemnie jej się kojarzył. Ruszyła więc w tamtą stronę. Podziękowała Stanleyowi, kiedy pomógł jej pozbyć się kożucha. - Grzane wino jest idealnym wyborem! - Nawet nie pomyślała, że mogłaby poprosić o coś innego.
- Czyli to moja wina? No dobra, mogę to wziąć na siebie, na usprawiedliwienie tylko powiem, że nie miałam pojęcia, że tak to się skończy. Ten śnieżek delikatnie padał. - Zatrzepotała rzęsami, a minę miała bardzo niewinną. Nie spodziewała się, że aż tak gwałtownie może się to zmienić. - Wołałbyś pewnie siedzieć nad książkami, a ja okropna Cię wyciągnęłam z domu.
Spojrzała za okno, kiedy wspomniał o tym, że trochę tu posiedzą. Jakoś niespecjalnie się tym przejmowała, nigdzie jej się przecież nie spieszyło. - Możemy siedzieć do rana, przynajmniej ja, masz jutro wolne? - Wolała się upewnić.