17.08.2026, 18:35 ✶
Sześć lat wcześniej, pod Llyn Llydaw, całe gniazdo zamilkło na dwa tygodnie — nie skowyt, albo ryk, tylko cisza, którą obsypano zbocze jak wapnem sypanym na padlinę. Ludzie z rezerwatu obstawiali kłusowników; on obstawiał zarazę i przegrał czternaście galeonów, bo w szczelinie pod skałą siedziało coś, czego smoki nie chciały nawet ruszyć. Wykurzyli to po miesiącu. Do dziś nie wiedział, jakie monstrum miał wtedy w kleszczach, bo pamiętał tylko wagę, ciepło i to, że materia poddawała się pod naciskiem jak przetrawione mięso. Nauczył się wtedy jednej ważnej rzeczy — cisza nie była brakiem hałasu. Cisza to organizm, który wkroczył na miejsce hałasu. I zaczął go trawić.
Biała smuga przyszła z innej strony.
Usłyszał ją, zanim zobaczył — srebro o srebro, cichy brzęk bransolet przy każdym ruchu ramion. Pierwszy porządny dźwięk odkąd się tu pojawił; w ogrodzie, w którym nie odezwał się ani jeden kos, ktoś chodził obwieszony dzwoneczkami i nic go nie zjadło. Nie odwrócił głowy od razu, bo od razu odwracają ją ludzie albo przestraszeni, albo ci zbyt dobrze wychowani, a on przecież nie należał do żadnej z tych grup. Chociaż na wychowanego czasem jednak pozował.
Potem ujrzał sylwetkę w czerni; dobre cięcie, dobry materiał. Twarz do połowy schowana w kołnierz, blada tak, że nie miała już czym zblednąć — cera jak wnętrze muszli, bez piega, bez rumieńca, bez jednego naczynka wybroczonego pod skórą. Oczy niebiesko-zielone, przydymione czymś ciemnym i rozmazanym niedbale. Neutralne, choć przez ułamek sekundy nieneutralne, i to zapamiętał. Pachniała świeżym praniem i owocami, a pod tym papierosem, i przez trzy oddechy była jedyną rzeczą w promieniu stu jardów, która pachniała jak coś, co jeszcze się nie rozkłada.
Chyba znał tę twarz. Dwa szybkie spojrzenia w bok mu przypommiały — Rookwood.
— Nie przeszkadza pani — powiedział głośno i chropawo, bo whisky i tytoń ewidentnie wypaliły mu fałdy głosowe.
Edith, przypomniał sobie sekundę później Nazwiska nie dodał, nie kiedy oficjalnie sobie przedstawieni nigdy nie byli.
Wyciągnął różdżkę z rękawa i podał ogień jednym drgnieniem kciuka na drzewcu; płomień wyszedł o połowę większy, niż powinien, jak zwykle u niego — uzdrowicielskiej subtelności wyuczył się w opuszkach, wszystkiego innego nie. Osłonił go dłonią, chociaż nie było czego osłaniać. Potem srebrna papierośnica z czyimiś inicjałami, zatartymi jego własnym kciukiem do gładkości blizny, i drugi papieros, i mur pod plecami, chłodny przez płaszcz aż po łopatki.
Zdanie zostało nieskończone. Ogrody z jednej strony, a z drugiej to coś — miał się domyśleć i domyśleć się może i mógł, ale z tego by żadnej konwersacji nie było.
— To coś… czyli co? — zapytał z niewinnym uśmiechem na wargach.
Zaciągnął się, a papierosowa trucizna szła mu do gardła cierpko i znajomo, osiadała na podniebieniu tym samym nalotem co zawsze.
— Wykop na prawie dwie stopy. Niezły potworek.
Kciuk odruchowo poszedł do kieszeni, gdzie leżał płaski ołówek ciesielski, zabrany z deski przy wejściu, bo tam leżał, w jego oczach niczyj i niepotrzebny. Nie nazywał tego kradzieżą, nie nazywał tego nawet ubytkiem; myśl, która stała za tym gestem, ważyła w nim tyle co strząśnięty popiół i właśnie dlatego nie zamierzał wypuszczać jej na powietrze. Miał ją w sobie od jakichś dwudziestu lat, wyhodowaną przy tym samym stole, przy którym wyhodowano mu nazwisko, i wiedział, ile taka myśl kosztuje, kiedy się ją mówi obcej kobiecie przy murze.
— W tym wszystkim ciekawi jedna rzecz. — Postukał końcem papierosa o blachę; odpowiedziała głucho, wypchana z tyłu czymś miękkim. — Dzieje się tu coś — zaciągnął się —niecodziennego. Wie Pani co i dlaczego? Ministerstwo z pewnością wie.
A Ministerstwem jesteś ty mógłby dodać, ale przecież wcale nie musiał.
Biała smuga przyszła z innej strony.
Usłyszał ją, zanim zobaczył — srebro o srebro, cichy brzęk bransolet przy każdym ruchu ramion. Pierwszy porządny dźwięk odkąd się tu pojawił; w ogrodzie, w którym nie odezwał się ani jeden kos, ktoś chodził obwieszony dzwoneczkami i nic go nie zjadło. Nie odwrócił głowy od razu, bo od razu odwracają ją ludzie albo przestraszeni, albo ci zbyt dobrze wychowani, a on przecież nie należał do żadnej z tych grup. Chociaż na wychowanego czasem jednak pozował.
Potem ujrzał sylwetkę w czerni; dobre cięcie, dobry materiał. Twarz do połowy schowana w kołnierz, blada tak, że nie miała już czym zblednąć — cera jak wnętrze muszli, bez piega, bez rumieńca, bez jednego naczynka wybroczonego pod skórą. Oczy niebiesko-zielone, przydymione czymś ciemnym i rozmazanym niedbale. Neutralne, choć przez ułamek sekundy nieneutralne, i to zapamiętał. Pachniała świeżym praniem i owocami, a pod tym papierosem, i przez trzy oddechy była jedyną rzeczą w promieniu stu jardów, która pachniała jak coś, co jeszcze się nie rozkłada.
Chyba znał tę twarz. Dwa szybkie spojrzenia w bok mu przypommiały — Rookwood.
— Nie przeszkadza pani — powiedział głośno i chropawo, bo whisky i tytoń ewidentnie wypaliły mu fałdy głosowe.
Edith, przypomniał sobie sekundę później Nazwiska nie dodał, nie kiedy oficjalnie sobie przedstawieni nigdy nie byli.
Wyciągnął różdżkę z rękawa i podał ogień jednym drgnieniem kciuka na drzewcu; płomień wyszedł o połowę większy, niż powinien, jak zwykle u niego — uzdrowicielskiej subtelności wyuczył się w opuszkach, wszystkiego innego nie. Osłonił go dłonią, chociaż nie było czego osłaniać. Potem srebrna papierośnica z czyimiś inicjałami, zatartymi jego własnym kciukiem do gładkości blizny, i drugi papieros, i mur pod plecami, chłodny przez płaszcz aż po łopatki.
Zdanie zostało nieskończone. Ogrody z jednej strony, a z drugiej to coś — miał się domyśleć i domyśleć się może i mógł, ale z tego by żadnej konwersacji nie było.
— To coś… czyli co? — zapytał z niewinnym uśmiechem na wargach.
Zaciągnął się, a papierosowa trucizna szła mu do gardła cierpko i znajomo, osiadała na podniebieniu tym samym nalotem co zawsze.
— Wykop na prawie dwie stopy. Niezły potworek.
Kciuk odruchowo poszedł do kieszeni, gdzie leżał płaski ołówek ciesielski, zabrany z deski przy wejściu, bo tam leżał, w jego oczach niczyj i niepotrzebny. Nie nazywał tego kradzieżą, nie nazywał tego nawet ubytkiem; myśl, która stała za tym gestem, ważyła w nim tyle co strząśnięty popiół i właśnie dlatego nie zamierzał wypuszczać jej na powietrze. Miał ją w sobie od jakichś dwudziestu lat, wyhodowaną przy tym samym stole, przy którym wyhodowano mu nazwisko, i wiedział, ile taka myśl kosztuje, kiedy się ją mówi obcej kobiecie przy murze.
— W tym wszystkim ciekawi jedna rzecz. — Postukał końcem papierosa o blachę; odpowiedziała głucho, wypchana z tyłu czymś miękkim. — Dzieje się tu coś — zaciągnął się —niecodziennego. Wie Pani co i dlaczego? Ministerstwo z pewnością wie.
A Ministerstwem jesteś ty mógłby dodać, ale przecież wcale nie musiał.