Z kolei Guinevere miała słabość do próbowania nowych rzeczy. Do poznawania świata wszystkimi dostępnymi zmysłami. Nawet teraz, gdy była w nastroju raczej… refleksyjnym, niż takim, gdy tryska się energią, ciekawość brała górę i dokładnie z tego powodu znalazła się na tym festynie, jarmarku, czy jak to zwać. Odeszli więc od miejsca, gdzie dzieciaki handlowali… cóż… chyba mało legalnie zdobytymi przedmiotami (choć kto wie, może część rzeczywiście wzięli ze strychu od cioci) i zdecydowanie byli w wieku, gdy powinni być teraz w szkole, a nie włóczyć się po Magicznych Dzielnicach. Ginny rozglądała się mimo wszystko z pewnym zainteresowaniem po tych kramikach z jedzeniem w części, gdzie można było dostać właściwie tylko to. Jeśli chodziło o jedzenie to była gotowa chyba próbować wszystkiego, a dowodem na to było pewne zamiłowanie do ryzyka związane z próbowaniem fasolek wszystkich smaków Bertiego Botta… Nie każdy był na to tak śmiały. Uśmiechnęła się pod nosem, przyglądając się jakimś ruszającym się żelkom i wyczuła, że przygląda jej się pewna kobieta, odziana… dość specyficznie. Nie do końca na angielską modłę, zresztą uroda tej kobiety również świadczyła o tym, że prawdopodobnie przyjechała tutaj z Azji, chociaż Guinevere nie tak od razu była w stanie dopasować z jakiego kraju czy kręgu kulturowego.
– Hmmm – zamruczała po nosem, odwracając na tę chwilę spojrzenie od kobiety, lecz mimo to ciągle miała wrażenie, że ta ją obserwuje. – Kiepski okres, tak to chyba można nazwać – przyznała po chwili, gdy na moment zatrzymali się przy czekoladkach z pomarańczą w środku. Guinevere na razie tylko oglądała, nie była pewna, czy coś sobie kupi, ale wolała przejrzeć najpierw wszystko, by później nie żałować, że wydała na coś za dużo pieniędzy. – Musiałam wziąć wolne w pracy, żeby wszystko sobie poukładać – przyznała po chwili i westchnęła. Ginny lubiła swoją pracę, bardzo. Nie było to tez nic bardzo dziwnego, skoro przyjechała tutaj aż z Egiptu, chociaż mogła przecież pracować w swoich rodzinnych stronach – wykopalisk archeologicznych przecież tam nie brakowało.
Zaszli właśnie pod kramik, z którego chińska wieszczka przyglądała się Guineverze – obie o egzotycznej urodzie, choć w zupełnie inny sposób. Obie wieszczki… czego Ginny jeszcze nie wiedziała.
– Jesteś zagubiona – zwróciła się do Egipcjanki spod swojego głęboko granatowego szala, którym była owinięta. – Ciasteczko z wróżbą będzie drogowskazem – powiedziała, na co Guinevere westchnęła raz jeszcze i po chwili zawahania sięgnęła do kieszeni po pieniądze i odliczyła sumę, która była zapisana na tabliczce. Nie była przekonana, czy wróżba jej dzisiaj pomoże, ale… może akurat los miał jej do powiedzenia coś dla odmiany dobrego. Wzięła więc ciasteczko i spojrzała przy tym na Hannibala, bo może również był zainteresowany ulicznymi wróżbami, a jeśli nie, to gotowa była odejść choć kawałek, nim w ogóle odgryzła kawałek ciasteczka.
– Mój pradziadek zmarł kilka dni temu – kontynuowała po chwili, jakby wcale nie przerwali tej rozmowy. To prawda, że nie znali się… prawie wcale. I to prawda, że obcemu czasami łatwiej było powiedzieć to, co się trudnego działo w życiu. – Normalna sprawa, spodziewałam się, że to prędzej czy później nastąpi. Ale przyniosło to ze sobą też inne rzeczy… W mojej rodzinie występuje trzecie oko, które się w tym czasie obudziło i… trochę sobie z tym nie radzę – miała ugryźć ciasteczko ponownie, gdy zobaczyła, że znajduje się tam jakaś karteczka. Wydobyła ją więc ze środka i rozwinęła, spoglądając na zapis. Bluszcz. Niezawodny przyjaciel. Uśmiechnęła się pod nosem. – Wiesz co… Chyba chętnie sobie kupię trochę tamtych czekoladek.