17.08.2026, 23:01 ✶
Najpierw wrócił dźwięk i to tylko do jednego ucha, bo drugie zatkało się czymś gęstym, a przez tę tajemniczą zatyczkę miasto brzmiało tępo jak zza ściany rodzinnego warsztatu. Stłumione i obce. Potem odkryła żelazo na języku. Potem rozmazany bruk, który przez cały ten czas życzliwie trzymał jej rozłupaną skroń. Twardy, nierówny i wyszczerbiony jak stary kamień probierczy, a ona leżała na nim policzkiem i przez chwilę nie miała pojęcia, czy przywierając do niego posiadała jeszcze własne ciało.
Uniosła głowę i świat przechylił się bezwzględnie o pół cala w bok. Chciało jej się wymiotować, ale umysł jeszcze nie zdążył tego zakomunikować. Więc po prostu mrugnęła, a sadza chrupnęła jej pod powieką.
Kucająca przy niej kobieta mówiła do niej i słowa docierały spóźnione o pół taktu, osobno od ruchu ust, niczym źle zestrojony obraz z dźwiękiem. Tą kobietą była sama Victoria Lestrange, o której świat dowiadywał się z pierwszych stron gazet. Septima pamiętała ją również ze szkoły, tyle że w takim momencie każda twarz byłaby dla niej obliczem bezimiennego. Oprócz twarzy jej własnego ojca, o którym jaźń zaczynała sobie przypominać.
— Nie w głowę — odpowiedziała bełkotliwie — w bark…a może głowę bardziej…
Nie było w tym ani przekory, ani wdzięczności, po prostu chłodna kalkulacja mózgu, który nie spodziewał się prawego sierpowego od kamiennej posadzki. Sięgnęła wolną ręką w bok, macając bruk wokół siebie, i macała długo, coraz szerzej, bo różdżki nie było tam, gdzie powinna być, a różdżkarka bez różdżki na płonącej ulicy to nieśmieszny żart, którego nikt nie odważy się dokończyć. Znalazła za to rozprutą torbę i sproszkowany korzeń wilczej jagody, który wysypał się na kamienie i wsiąkał teraz w ciemną ciecz rozlaną nieopodal. Łzy albo krew. A może ktoś się zesikał.
— Co się dzieje?
Nie musiała się rozglądać, nie musiała się wsłuchiwać. Nie miała do czynienia z żadną katastrofą naturalną, ani z nieszczęśliwym wypadkiem. Gdy dym wcierał się w jej płuca, coś w niej przytomniało powoli; rozedrgana jak osika ręka powędrowała do wnętrza płaszcza — różdżka była na miejscu.
— Zaraz wstanę — oznajmiła, bardziej sobie niż komukolwiek, i podciągnęła się na łokciu.
Prawa noga posłuchała. Lewa nie odpowiedziała wcale, jakby ktoś przeciął jej cięgno gdzieś wysoko, przy samym biodrze, i przez jedno długie uderzenie serca Septima myślała tylko o tym jak dużym ciężarem właśnie się stała. Może to był tylko skurcz? Nie chciała jeszcze patrzeć.
— Jesteś aurorem — charknęła, próbując złapać stabilniejszy oddech — była pani na pokątnej? Muszę na pokątną, muszę do ojca.
Gdy chybocząca prostowała się na nogach, złapała błagalnie Victorię za rękaw, tak jak dziecko łapało matkę w tłoku na hucznym jarmarku. Nie za dłoń, bo dłoń można było zbyt łatwo wypuścić, tylko za mankiet, za sam brzeg materiału, bo trzymało się go tak długo, aż zostawały w palcach cztery zgniecione fałdy i pretensja w cudzych oczach.
Nad dachami niebo miało kolor rozgrzanego do czerwoności paleniska.
Uniosła głowę i świat przechylił się bezwzględnie o pół cala w bok. Chciało jej się wymiotować, ale umysł jeszcze nie zdążył tego zakomunikować. Więc po prostu mrugnęła, a sadza chrupnęła jej pod powieką.
Kucająca przy niej kobieta mówiła do niej i słowa docierały spóźnione o pół taktu, osobno od ruchu ust, niczym źle zestrojony obraz z dźwiękiem. Tą kobietą była sama Victoria Lestrange, o której świat dowiadywał się z pierwszych stron gazet. Septima pamiętała ją również ze szkoły, tyle że w takim momencie każda twarz byłaby dla niej obliczem bezimiennego. Oprócz twarzy jej własnego ojca, o którym jaźń zaczynała sobie przypominać.
— Nie w głowę — odpowiedziała bełkotliwie — w bark…a może głowę bardziej…
Nie było w tym ani przekory, ani wdzięczności, po prostu chłodna kalkulacja mózgu, który nie spodziewał się prawego sierpowego od kamiennej posadzki. Sięgnęła wolną ręką w bok, macając bruk wokół siebie, i macała długo, coraz szerzej, bo różdżki nie było tam, gdzie powinna być, a różdżkarka bez różdżki na płonącej ulicy to nieśmieszny żart, którego nikt nie odważy się dokończyć. Znalazła za to rozprutą torbę i sproszkowany korzeń wilczej jagody, który wysypał się na kamienie i wsiąkał teraz w ciemną ciecz rozlaną nieopodal. Łzy albo krew. A może ktoś się zesikał.
— Co się dzieje?
Nie musiała się rozglądać, nie musiała się wsłuchiwać. Nie miała do czynienia z żadną katastrofą naturalną, ani z nieszczęśliwym wypadkiem. Gdy dym wcierał się w jej płuca, coś w niej przytomniało powoli; rozedrgana jak osika ręka powędrowała do wnętrza płaszcza — różdżka była na miejscu.
— Zaraz wstanę — oznajmiła, bardziej sobie niż komukolwiek, i podciągnęła się na łokciu.
Prawa noga posłuchała. Lewa nie odpowiedziała wcale, jakby ktoś przeciął jej cięgno gdzieś wysoko, przy samym biodrze, i przez jedno długie uderzenie serca Septima myślała tylko o tym jak dużym ciężarem właśnie się stała. Może to był tylko skurcz? Nie chciała jeszcze patrzeć.
— Jesteś aurorem — charknęła, próbując złapać stabilniejszy oddech — była pani na pokątnej? Muszę na pokątną, muszę do ojca.
Gdy chybocząca prostowała się na nogach, złapała błagalnie Victorię za rękaw, tak jak dziecko łapało matkę w tłoku na hucznym jarmarku. Nie za dłoń, bo dłoń można było zbyt łatwo wypuścić, tylko za mankiet, za sam brzeg materiału, bo trzymało się go tak długo, aż zostawały w palcach cztery zgniecione fałdy i pretensja w cudzych oczach.
Nad dachami niebo miało kolor rozgrzanego do czerwoności paleniska.