Przywykła już, że to ona jest zaganiana do pisania raportów. Gdy przez rok byli razem na kursie aurorskim (razem jeszcze z Borginem…), to kto musiał pisać? Ona. Jeden pajac pajacował, a drugi pajac był leniwy, zaś robotę trzeba było zrobić, więc ta najbardziej zorganizowana osoba siadała i pisała… Pewne rzeczy się nie zmieniały. Więc gdy teraz już Atreus nie pajacował, a faktycznie pracował, ona i tak siedziała i spisywała wszystko, o czym rozmawiali w Dolinie Godryka. Burza mózgów okazała się całkiem owocna, ostatecznie długie pismo mogło spocząć na biurku Harper, a oni… udali się do Kowenu, zrobić jakieś rozeznanie w tym, co się mogło tam w ogóle dziać.
Nie wiedziała, czy inicjatywa wychodziła z samej góry, czy to jakieś rozruchy u podstaw – ludzi, którzy nie mieli bladego pojęcia, co dzieje się w Kniei i myśleli, że odebranie im Polany Ognisk jest złośliwością. Owszem, ich obecność mogła nieco pokrzyżować plany dowiedzenia się czegoś, ale równie dobrze, to że byli to akurat oni mogło grać na ich korzyć. Z prostego powodu: byli Zimnymi. Zimnymi, którzy już nie raz szukali pomocy w Kowenie. Gdyby nie Arcykapłanka, to kto wie, co by teraz było z Atreusem. Victoria również zwracała się tutaj o pomoc, rozmawiała z kapłanką o tym, co miało miejsce w Limbo, ta naprowadziła ją na to, że powinna rozglądać się za nekromantą, a niekoniecznie spirytystą. Udostępniła jej też możliwość skorzystania z kowenowej biblioteki, z czego zresztą Victoria skorzystała na początku września. Poza tym… Przychodziła na nabożeństwa. Nie całkowicie regularnie, ale co jakiś czas i nie omijała też sabatów. W Mabon przyszła ze swoim darem, oprócz tego, że była się też pomodlić… Lestrange nie była tutaj całkowicie obca. Tak jak zresztą również nie Atreus.
Nie miała problemów z teleportacją, na pewno nie takich jak Bulstrode. Był nawet moment, że ćwiczyła translokację z Cainem… nim to wszystko poszło w łeb wraz z jego śmiercią.
– Może na początek chodźmy udać, że przyszliśmy się tylko pomodlić i poobserwujemy jak będą reagować kapłani? – zaproponowała, nie chcąc, by od razu się rozeszło, że Ministerstwo coś wie. – A potem zapytamy o coś związanego z naszym… stanem, albo Samhain w ogólności – skrzywiła się lekko. – Myślę, że Arcykapłan to ostateczność – dodała, patrząc na wejście do budynku, po czym poprawiła sobie marynarkę, bo przecież musiała wyglądać schludnie i nienagannie. – Idziemy?